wtorek, 30 kwietnia 2013

"Niewinna" - Taylor Stevens


„Sekta – niszczy, zniewala, izoluje i nigdy nie zapomina…”

Biorąc pod uwagę wszelkie artykuły w gazetach czy filmy oparte na faktach, gdzie poznajemy zeznania świadków, którym udało się z sekty uciec, coś w tych słowach jest. Są prawdziwe. Szczerze aż do bólu. Fanatycy, którzy zarządzają takim stowarzyszeniem są skłonni posunąć się do wszystkiego, a ucieczka jest niemal niemożliwa. Z czasem jednak nikt nawet nie myśli o ucieczce, bo pranie mózgu wykonało swoje zadanie…

Vanessa „Michael” Munroe przyjmuje kolejne zadanie. Prośba przyjaciela przekonuje ją do odbicia małej
dziewczynki z rąk Wybranych, która 8 lat temu została uprowadzona. Zadanie wymaga nie lada sprytu, inteligencji i wytrwałości. Informacje to jedno, ale bez odpowiedniego przygotowania i zaplanowania akcji, zadanie może zostać niewykonane. Munroe musi wniknąć do świata sekty i w jakiś sposób wydostać dziewczynkę z ich rąk. Dodatkowo stale prowadzi walkę sama ze sobą, ale nie może pozwolić, żeby cokolwiek przeszkodziło jej w uratowaniu Hanny. Czy jej się to uda?

Gdy zobaczyłam zapowiedź „Niewinnej” i tę cudowną okładkę to wiedziałam, że będę musiała po nią sięgnąć. Intrygujący opis, znakomita okładka, wzmianka o tym, że czyta się jednym tchem, a główna bohaterka jest silną osobowością… no rany, same plusy! Jak tu przejść obok niej obojętnie? No dobra, ale koniec zachwytów, teraz czas na opinię.

Książka wypadła faktycznie całkiem nieźle. Od pierwszych stron wciąga czytelnika, mimo że potem wydaje się być trochę nużąca, gdyż etap przygotowań nie obfituje raczej w za ciekawe zdarzenia, chociaż autorka i tak sprytnie wplotła kilka scen, które podnoszą napięcie. Gdy przebrniemy już przez ten mniej fascynujący etap powieści, to nie znajdzie się nic, co by nas od niej oderwało. Są dwie rzeczy, które sprawiają, że czyta się ją jednym tchem – przystępny i prosty język oraz wciągająca fabuła. Pani Stevens pokusiła się na dosyć trudny i ciężki temat sekty, który mimo swego okrucieństwa jest ujmujący i potrafi czytelnika zaciekawić. W miarę dobrze poznajemy świat, panuje w środku Przystani, chociaż uważam, że było to do zrobienia w sposób jeszcze lepszy. Łatwiej byłoby to przedstawić oczywiście z punktu widzenia Hanny, i rzeczywiście, momentami właśnie tak się dzieje, ale to nie o to chodziło w książce. Ich filozofia i hierarchia została przedstawiona w sposób wystarczający. Domyślam się, że po prostu ciężko było opisać dokładnie, co tam się dzieje, skoro w przeważającej części akcja powieści toczy się poza Przystanią. 

Ogromnym plusem jest główna bohaterka. Zdecydowanie zalicza się do kanonu tych postaci, które niezmiernie przypadają mi do gustu. To jedna z tych kobiet, które potrafią śmiać się wrogowi w twarz i powiedzieć, że zaraz go zabiją, mimo że to on ma je „na muszce”. Tajemnicza, odważna, nieustraszona, uparta  - silna kobieta, która nie pozwala sobą pomiatać, a dodatkowo sprytna i inteligentna. Mimo wszystko można zauważyć, że toczy wewnętrzną walkę z własnymi demonami, ale potraf je zwalczyć. To właśnie dzięki tej postaci sięgnę po pierwszą książkę pani Taylor Stevenes – „Informacjonistkę”, która również opowiada pewną historię Miki. 

Bardzo przypadł mi do gustu styl autorki – na pozór lekki i przyjemny, ale kryje się w nim znacznie więcej. Wartka i płynna akcja połączona jest z elementami rosnącego napięcia, co wiele osób uwielbia w książkach. Nie jest to pozycja emocjonalna, więc nie liczcie na ckliwe rozczulania się czy też płacz i wzruszenia. To twarda i mocna książka, w której nie ma miejsca na coś takiego. Boli mnie tylko trochę to, że zabrakło tutaj nieprzewidywalności, za mało także było zaskakujący zwrotów akcji, dzięki którym książka zyskałaby w moich oczach jeszcze więcej. Jednak te drobne minusy kompensowane są dobrymi opisami, ciekawą osobowością Munroe i jej błyskotliwie analitycznym umysłem. 

Po przeczytaniu „Niewinnej” czuję lekki niedosyt. Czegoś mi tutaj zabrakło, ale mimo wszystko jestem zadowolona z lektury. Niesamowicie mnie wciągnęła i w sumie ciężko było mi się oderwać od czytania. Jest to z pewnością pozycja godna polecenia i uwagi, zwłaszcza dla kogoś, kogo ciekawi tematyka sekty i dla kogoś, kto tak jak ja uwielbia silne i twarde bohaterki. Faktycznie można ją przeczytać jednym tchem i spędzić z nią dobre chwile. Z pewnością sięgnę po wcześniejszą książkę tej autorki, a i pewnie po następne, które się pojawią. Polecam!


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

sobota, 27 kwietnia 2013

"Cienie nocy" - Alex Kava, Erica Spindler, J.T. Ellison


Rzadko sięgam po antologie czy zbiory opowiadań, ponieważ nigdy nie mogę dokładnie wczuć się w historię i zżyć się z bohaterami. Gdy już coś się zaczyna rozkręcać i powoli wzrasta we mnie napięcie to nagle puf! Wszystko się kończy, dziękujemy, miło było, ale się skończyło. Jednakże coś sprawiło, że sięgnęłam po „Cienie nocy”… i nie, to wcale nie było to, że nie wiedziałam, że to będą trzy opowiadania. Powiem więcej! Ja doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Dlaczego więc po nie sięgnęłam, skoro mam niezbyt dobre przeżycia z takimi pozycjami?

Wiele dobrego naczytałam się już o autorce znanej jako Alex Kava. To właśnie jej nazwisko sprawiło, że postanowiłam sięgnąć po tę książkę. W sumie powinnam może po prostu dorwać jakąś jej powieść, żeby w końcu zaznajomić się z jej sposobem pisania i pomysłami, ale stwierdziłam, że zacznę od tego, tym bardziej, że mam okazję poznać dwie inne autorki, o których jeszcze nie słyszałam. Po książki sensacyjne czy też kryminały sięgam coraz częściej, zaczynają mi się wybitnie podobać, ale zauważyłam, że mimo bycia nowicjuszem w tej dziedzinie, już zaczynam się robić wybredna, bowiem nie wszystko mi się tutaj spodobało.

Nie ukrywam, że faktycznie najbardziej przypadł mi do gustu styl pani Kavy, a w drugiej kolejności pani Spindler. Teoretycznie „Cienie nocy” to jedna powieść podzielona na trzy części. Jednakże każda część została napisana przez inną autorkę, więc niezbyt można to odczuć. Język może i jest podobny w każdym przypadku, ale doświadczony czytelnik z pewnością zobaczy subtelne różnice. Poza tym sam fakt, że występują różni bohaterowie (a przede wszystkim różne główne bohaterki) sprawia, że nie do końca odbieramy to jako jedną powieść. Wspólny motyw jest taki, że mamy jednego seryjnego mordercę, który zaczyna grasować w różnych miastach, ale stale zabija w ten sam sposób, a każda z bohaterek pragnie go powstrzymać. Motyw i pomysł całkiem dobre i ciekawe, zdecydowanie w moim guście, jeśli chodzi o literaturę tego gatunku.

Książkę czyta się bardzo szybko, nie jest ona też wielka objętościowo, liczy sobie bowiem jakieś 180 stron. Jest to pewnie kwestia nieco większej czcionki i tego, że w sumie styl każdej z pań jest bardzo przyjemny, poza tym mimo wszystko potrafimy się w jakimś stopniu wciągnąć. A jak wiadomo, gdy człowiek się zaczyta, to nawet nie zauważa, kiedy następuje koniec. Niestety jest tutaj jedna wada, którą ja zawsze widzę w tego typu pozycjach - trzy różne historie, każda z nich zajmuje parędziesiąt stron… w takiej objętości nie da się zawrzeć zbyt wielu opisów, emocji czy też zbudować porządnego napięcia i wzbudzić wystarczającej ciekawości czytelnika.

Mimo wszystko, książka spełniła swoją funkcję. Chciałam zaznajomić się z panią Alex Kavą i mi się to udało. Teraz wiem, że sięgnę po jej książki i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Możliwe też, że zapoznam się z twórczością pani Spindler, ale co do pani Ellison to mam mieszane uczucia. Jeśli chodzi o same „Cienie nocy” to czytało mi się je całkiem miło, a czasu na to poświęconego, którego wcale nie było dużo, nie uważam za straconego. Jest to powieść idealna na jeden wieczór, przy której nie trzeba się wybitnie skupiać, a można po prostu na chwilę odpłynąć w kryminalny świat dochodzeń i śledztw.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:





Tak się cieszyłam, że w końcu wiosna, że w końcu ciepło... a teraz mam dość! Okrutne czasy dla alergikoastmatyków nastały...



czwartek, 25 kwietnia 2013

"Atlanci. Tom I. Kakrachan" - Olis Nari Lang


Są takie książki, które czytamy z przyjemnością, spędzamy z nimi miłe chwile, ale po zakończeniu odkładamy na półkę i raczej do nich nie wracamy. Po prostu historie w nich zwarte nie poruszają nas aż tak, żeby zapadły w naszej pamięci na długo. Jednakże zdarzają się również takie pozycje, które chwytają nas za serca i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Niestety rzadko trafiam na takie książki, które faktycznie niesamowicie do mnie trafiają, ale tym razem mi się udało.

„Kakrachan” to pierwszy tom sagi noszącej tytuł Atlanci. Jest on debiutem literackim tajemniczego autora, który posługuje się jedynie swoim pseudonimem. Jest to jednak Polak, a założę się, że wiele osób, które sięgnie po tę książkę, nie będzie sobie zdawało z tego sprawy. Wzmiankę o tej książce zobaczyłam na jednym z blogów i jest jedna rzecz, która mnie do niej od razu przyciągnęła… a mianowicie słowo „Atlanci”. Odkąd pamiętam Atlantyda była moją słabością, wszystko, co się z nią wiązało, przykuwało moją uwagę i nie byłam w stanie przejść obok tego obojętnie. Jakże więc mogłabym sobie podarować przeczytanie lektury, która porusza moją ukochaną tematykę?!

Czytelnik trafia do świata Dalemy, która żyje w Supali – jednej z kolonii założonej przez Atlantów. Podczas 17. cyklu swojego życia, dziewczyna zaczyna poznawać rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Zaczyna sobie także uświadamiać, w jakim położeniu się znajduje. Z jednej strony są to oświeceni ludzie, którzy mają przekazywać młodszym pokoleniom swoją wiedzę i szerzyć dobro miłość, a z drugiej otaczają ją spiskowcy, którzy pragną za wszelką cenę osiągnąć swój cel. Dalema nie ma pewności, komu może całkowicie zaufać – najbliższe jej osoby ciągle coś przed nią ukrywają, pomiędzy nią i jej przyjaciółmi zaczyna wzrastać mur. Jak dziewczyna poradzi sobie ze swoim życiem? Przekonajcie się sami, bo warto!

Nie jestem w stanie uwierzyć, że to debiut literacki autora. Tak dobre debiuty praktycznie w ogóle nie mają miejsca, a ta książka jest po prostu znakomita! Oryginalny, niebanalny i niesamowity pomysł połączony z doskonałym wykonaniem. Świat, który autor wykreował jest przepiękny i cudowny! Każdy najmniejszy szczegół został znakomicie dopracowany, a bardzo dobre i dokładne opisy sprawiają, że z łatwością możemy sobie wyobrazić każdy element tej niezwykłej krainy. Ciężko nie zatracić się w tym świecie, aż chciałoby się tam zostać, nawet mimo pewnych okrucieństw, które mają tam miejsce. Bo nie będę ukrywać, życie tam nie należy do najprostszych – panują surowe reguły, hierarchia społeczeństwa, a każde wykroczenie jest karane. Każdy bunt jest tłumiony, dlatego ludzie wolą tego unikać i żyć w spokoju. Ale zawsze znajdą się tacy, którzy widzą swoje racje i próbują ten spokój zaburzyć…

Główna bohaterka od razu zyskała moją sympatię – odważna, pełna współczucia, mądra i zawzięta. Potrafi wyrazić swoje zdanie, nawet, jeżeli wiąże się to z pewnymi konsekwencjami. Bardzo, ale to bardzo ją polubiłam i zżyłam się z nią tak, jak mało z którym bohaterem. Poza nią występuje tu również wielu innych bohaterów, każdy z nich ma wyraźnie zaznaczone cechy charakteru i zaufajcie mi – są różnobarwni, niepowtarzalni i nietuzinkowi. Mimo trzecio osobowej narracji mamy możliwość poznania uczuć i emocji Dalemy, ale nie tylko. W pewnym stopniu poznajemy uczucia każdego z bohaterów, są one naprawdę wyraźne i dobrze odczuwalne, co rzadko się zdarza, gdy mamy do czynienia z tego typu narracją. Są tu elementy złości, gniewu, frustracji, smutku, radości, niepewności, miłości czy współczucia. Nie ukrywam, że wiele momentów wzbudziło we mnie te wszystkie uczucia. 

Czemu mam wrażenie, że wyszła mi niemal oda pochwalna? Cóż, może dlatego, że ta książka naprawdę niesamowicie mnie chwyciła, dawno nie czytałam powieści, która by tak do mnie przemówiła, która aż tak bardzo by mnie porwała… Wciągająca, rozbudzająca ciekawość, rzucałam za każdym razem wszystko, byle tylko doczytać do końca. Nie mogłam się skupić na niczym innym, bo stale myślałam o Dalemie i o tym, jak potoczą się dalej jej losy. Ponieważ jedną z cech tej książki jest nieprzewidywalność i zaskakujące elementy w fabule, nie byłam w stanie domyślić się, co jeszcze może się wydarzyć i co czeka Dalemę, a tym samym i mnie, ponieważ wszystko przeżywałam razem z nią. Zakończenie zupełnie mnie zaskoczyło, bo myślałam, że wszystko potoczy się inaczej, dzięki temu ostatnie strony czytałam w ogromnym napięciu.

Jak się domyślacie nie zrobię nic innego jak polecę Wam tę pozycję, gdyż jest naprawdę znakomita. Niezwykle dopracowana i wciągająca, a przy tym wszystkim oryginalna. Tajemnice i sekrety mnożą się ze strony na stronę, a my dowiadujemy się wszystkiego w swoim czasie. A nawet nie wszystkiego, bo w mojej głowie dalej błądzą różne pytania, na które odpowiedzi mam nadzieję poznać w drugim tomie. Odczuwam dziwne wrażenie, że i tak nie przekazałam Wam wszystkiego, co chciałam, ale jedno jest pewne – nie mogę się doczekać kolejnej części. Myślałam nad adekwatną oceną tej powieści… rzadko daję 10/10, bo zawsze znajdę jakieś niedociągnięcia czy mam różnego typu zastrzeżenia, ale w tym przypadku nie mam żadnych. Tak więc moja ocena to 10/10!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:



Powiem Wam, że naprawdę jestem oczarowana tą książką. Aż się boję, że jak po nią sięgnięcie i się Wam nie spodoba, to mi zrobicie wyrzuty ; p Może nie ma tutaj typowej Atlantydy jako Atlantydy, ale kto wie, co autor zafunduje nam dalej? Mimo wszystko cały klimat, świat, bohaterowie... jestem po prostu zachwycona i nic na to nie poradzę :D

wtorek, 23 kwietnia 2013

"Pocałunek Kier" - Lynn Raven


Nigdy nie wiemy, co nas spotka w naszym życiu. Mimo tego, że wiele osób je planuje, zdarza się wiele sytuacji, których nasze plany nie obejmowały. Przeznaczenie czy przypadek? Kto wie. Jednak naprawdę pewne momenty w naszym życiu zmieniają wszystko. Odwracają cały bieg historii, nasz światopogląd zmienia się o 180 stopni, przyjaciele stają się wrogami, a wrogowie przyjaciółmi…

Mordan, pierwszy dowódca armii Kierów, znany także jako Krwawy Wilk, porywa z pomocą podstępu uzdrowicielkę Nivardów – Lijanas. Dostał polecenie od swojego władcy, aby dostarczyć ją całą i nienaruszoną na dwór królewski. A rozkaz dla Kiera jest obowiązkiem, którego nie można zlekceważyć, dlatego Mordan posuwa się do wszystkiego, aby zrealizować cel. Lijanas jako uprowadzona, nie jest zadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Darzy Kierów nienawiścią, a jej jedyne myśli skupiają się na ucieczce. Z czasem jednak ta dwójka zbliża się do siebie coraz bardziej i zaczyna między nimi iskrzyć. Jednak dla tej dwójki los przygotował śmiertelną niespodziankę…

Już dawno dawno temu zobaczyłam zapowiedź tej książki i wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać ponad wszystko. Okładka niesamowicie przyciągnęła moją uwagę, a i opis wydał się naprawdę intrygujący. Poza tym czytałam już jedną książkę owej autorki – „Pocałunek demona”, która mi się spodobała, więc wszystko przemawiało za tym, żeby sięgnąć i po tę. Jak ją oceniam? Już Wam mówię.

Przede wszystkim jest to książka zupełnie inna niż „Pocałunek demona”. Fakt, styl autorki pozostaje ten sam, chociaż odczuwam w tej książce polepszony kunszt pisarski oraz większe dopracowanie. Znakomity pomysł ze świetnym wykonaniem – naprawdę od tej książki bije głębia. Dawno nie widziałam i nie czytałam powieści, która byłaby tak znakomicie napisana i tak dokładnie. Jak zazwyczaj nie lubię długich opisów, tak tutaj były one idealne i potrzebne. Gdyby nie one, książka utraciłaby swój klimat i piękno. Cały świat stworzony przez panią Lynn Raven jest niesamowicie wyraźny, a sposób, w jaki został opisany sprawia, że całkowicie się tam przenosimy. Wszystko widzimy na własne oczy i to tak dokładnie, że jest to wręcz nie do uwierzenia!

Poza przecudownym światem powieści, poznajemy przecudownych bohaterów! Głównie skupię się na Mordanie i Lijanas, chociaż cała reszta jest przedstawiona równie dobrze. Mordan mimo swojej bezwzględności i pewnego okrucieństwa, jest naprawdę niesamowitym mężczyzną. Odważny, stanowczy, honorowy, inteligentny – czego chcieć więcej? Pod grubą skorupą tworzoną przez te cechy, znajdujemy także jego dobroć i czułość. Ciężko nie ulec jego urokowi, więc nie ma się co dziwić Lijanas, że trafiła ją strzała Amora. No właśnie – co do samej Lijanas.. początkowo nie do końca przypadła mi do gustu, ale gdy zaczęła pokazywać pazurki i okazało się, że jest odważna i potrafi walczyć o swoje – znacznie zyskała w moich oczach. Z pewnością można polubić dwójkę głównych bohaterów, a i myślę, że niektórzy bohaterowi poboczni też zyskają Waszą sympatię.

Plusem książki jest na pewno jej objętość – 500 stron, przez które na pewno nie można przelecieć ot tak sobie. Z resztą.. nawet się nie da. Są książki, które możemy tylko przekartkować wzrokiem, ale ona do nich nie należy. Żeby czerpać jak największą przyjemność z czytania tej powieści ,trzeba to robić dokładnie i powoli – a zaufajcie mi, że warto. Mnie trochę zeszło jej czytanie, gdyż po prostu brakowało mi czasu, żeby siąść i czytać, więc czytałam fragmentami, jednak nigdy nie pogubiłam się w akcji. Kolejne plusy to nieprzewidywalność, zaskakujące zwroty akcji, cudowny, głęboki język, sam pomysł na tak piękną historię i w ogóle mogłabym tak chyba wymieniać w nieskończoność. Powiem tylko tyle – ta książka ma same plusy, minusów brak! Naprawdę! Ciężko uwierzyć, ale tak właśnie jest.

Z pewnością wrócę do tej powieści jeszcze nie raz, ponieważ zapadła mi ona w pamięci i wiem, że będę chciała ją sobie kiedyś odświeżyć. Wzbudziła we mnie wiele emocji – strach, śmiech i łzy wzruszenia. Jest po prostu niesamowita, wręcz idealna! Nic tylko czytać, tak więc polecam, polecam i jeszcze raz polecam!





 Jakiego ja mam strasznego lenia! Po prostu ten semestr letni na uczelni jest zupełnie bez motywacji... Może to głupie, ale wolałam mieć po 5 kolokwiów w tygodniu i stale się uczyć niż tak teraz siedzieć i nic nie robić... jeny, trzeba to zmienić, bo ogłupieję. Teraz na dodatek dwa dni wolnego... może chociaż przez te dwa dni zrobię coś konstruktywnego.

niedziela, 21 kwietnia 2013

"Człowiek z Wysokiego Zamku" - Philip K. Dick


Tak, znowu Was pomęczę tym autorem!

Chciałabym napisać jakiś ładny wstęp do tej recenzji, ale nie potrafię. Po prostu nie potrafię. Z tego też powodu przejdę od razu do rzeczy i nie będę się rozczulać, bo by mi zeszła cała wieczność zanim wymyśliłabym odpowiednie rozpoczęcie do tego, co chcę Wam teraz przedstawić…

„Człowiek z wysokiego zamku” to alternatywna wersja zakończenia II wojny światowej. Niemcy i Japonia
wygrały, a podbite narody są pod ich nadzorem i ulegają ich wpływom. Akcja powieści ma miejsce w Stanach Zjednoczonych. I o co tak naprawdę teraz chodzi? O wiele rzeczy. Poruszana zostaje tematyka politycznych wpływów, fałszu i prawdy, złudzeń i pojmowania rzeczywistości. Philip Dick napisał tą powieść w oparciu o Księgę Przemian I-cing, a nawet jego bohaterowie są z nią zaznajomieni, ponieważ każdą decyzję podejmują w oparciu o zawarte w niej heksagramy. Drugą książką, po którą sięgają bohaterowie jest książka Abendsena – „Utyje szarańcza”, pozycja zakazana. Jednakże to nie dzięki niej bohaterowie zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół nich, chociaż na pewno skłania ich ona do myślenia.

I tak oto za mną kolejna książka Philip’a K. Dick’a. Kolejna jego książka, która uświadomiła mi, jak wielkim geniuszem był ten człowiek. To, co on kreuje w swoich książkach jest po prostu tak niesamowite i w pewien sposób abstrakcyjne, że ciężko uwierzyć, że można coś takiego przelać na papier. Początkowo myślałam, że to jedna z normalniejszych powieści tego autora, ale po głębszej analizie i przemyśleniach stwierdzam, że tak nie jest. „Normalna” to może złe słowo, bo nie chciałabym, żebyście myśleli, że to książka dla obłąkanych, napisana przez jakiegoś szaleńca. Po prostu jak już nie raz pisałam – książki Dick’a są wyjątkowe i specyficzne. Wątpię, żebym kiedykolwiek po przeczytaniu innego jego dzieła stwierdziła: „Tak, to była zwykła, normalna książka.”.

Znowu widoczny jest geniusz autora – świetne i barwne wykreowanie alternatywnego świata, znakomici i nietuzinkowi bohaterowie, których historie nas niesamowicie wciągają. Zapewniam Was, że nie będziecie w stanie przewidzieć zakończenia, ba! Nawet nie będziecie w stanie przewidzieć tego, co czeka Was na następnej stronie. Wszystko toczy się swoim rytmem, ale powieść zdecydowanie potrafi nas pochłonąć. Osobiście uważam, że najlepszym sposobem na czytanie tej książki (jak i innych tego samego autora) jest przeczytanie jej od razu. Zaczynamy i kończymy – bez odrywania się, ponieważ wtedy trochę jednak brakuje tego „uroku” i klimatu. No i oczywiście ciężej nam będzie wszystko dobrze zrozumieć. Nie ukrywam, że momentami naprawdę musiałam się nieźle natrudzić, żeby się nie pogubić i w pełni wiedzieć, o co chodzi. Na szczęście podczas czytania miałam ciszę i spokój, więc bez problemu mogłam sobie wszystko w głowie poukładać i poddać analizie.

„Człowiek z Wysokiego Zamku” został nagrodzony prestiżową nagrodą Hugo. To chyba już mówi samo za siebie. Zapewne nie zdziwię Was mówiąc, że gorąco polecam tę pozycję, ponieważ jest naprawdę niesamowita, ciekawa i intrygująca. Trudna i ciężka w zrozumieniu, ale zdecydowanie bardzo wartościowa. Czytając ją musimy być skupieni i w pełni oddani lekturze, bo inaczej mija się to z celem. Nudzić się na pewno nie będziecie, a jeżeli dacie radę przebrnąć przez tę powieść pana Dick’a, to z resztą też sobie na pewno poradzicie. Szczerze zachęcam do czytania, bo naprawdę warto! W końcu nie można przejść obojętnie obok autora, o którym się tyle mówi i słyszy, no i obok książki, która została nagrodzona!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


Rany, jak ja tęskniłam za czasami czytania na balkonie! :) W końcu mamy piękną pogodę i niech tak się trzyma jak najdłużej :) I tak myślę, że jak mi stuknie 20 000 wyświetleń to jakiś konkurs zrobię :)