poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Oblivion" - Jennifer L. Armentrout

http://www.taniaksiazka.pl/seria-lux-tom-1-5-oblivion-jennifer-l-armentrout-p-803973.html




 Data wydania: 09.11.2016 
Tytuł oryginału: Oblivion
Tłumacz: Sylwia Chojnacka
ISBN: 978-83-8075-164-4
Wymiary: 130 x 197 mm
Strony: 400
 Cena: 39,90 zł
Seria: Lux #1.5








Choć seria Lux jest typowym romansem paranormalnym, który nawet nie łamie utartych już dawno schematów i nie wychodzi ponad nie, tak jednak ogromnie mi się spodobała. Nie wiem dlaczego, gdyż ogółem nie cierpię powielania istniejących już motywów. Zawsze oczekuję od książki tego, że pojawi się w niej coś świeżego, co nada jej charakteru i indywidualności. Może w tym przypadku jest to Deamon Black, którego po prostu nie da się zlekceważyć? Tak czy siak, cholernie się ucieszyłam widząc tę nowość wydawniczą!

Oblivion to historia znana nam bestsellerowego Obsydianu przedstawiona z punktu widzenia tego niesamowitego kosmity. Kosmity dupka – nie da się ukryć. Aroganckiego, apodyktycznego, zbyt pewnego siebie, pełnego sarkazmu dupka, który nie jednej czytelniczce na świecie skradł serce. Nigdy nie zrozumiem, o co chodzi nam dziewczynom, że właśnie do takich facetów ciągnie nas najbardziej. Ale wiecie… w tym jest drugie dno. Mimo wszystko ten facet jest niesamowicie troskliwy, opiekuńczy i potrafi zrobić wszystko, aby ocalić tych, których kocha. To idealna mieszanka, czyli idealny facet. Co zrobić… nic tylko zostać astronomem, udać się w podróż do innej galaktyki i znaleźć planetę Luksjan! A nuż tam będzie… Czy ktoś wie, czy jest jakaś odpowiedzialność karna za porwanie kosmity i sprowadzenie go do domu?

Dobra, nie będę się rozwodzić nad wspaniałością głównego bohatera, bo nie o to tutaj chodzi. Jest urzekający, kocham go, a pozostali faceci, typu Adrian Ivashkov, Rhysand czy Rowan mają ode mnie chwilę przerwy (do następnego spotkania, spokojnie!). Daemon Black już wcześniej trafił na listę moich książkowych miłości i zdecydowanie na niej pozostanie. Jednak niesamowicie zabawne było poznawanie tej historii z jego perspektywy. Choć normalnie nie przepadam za takimi książkami, bowiem nie wnoszą one nic nowego, tak tutaj było nieco inaczej. Autorka naprawdę położyła spory nacisk na jego myśli. Świetnie zaprezentowała jego wewnętrzne rozdarcie. Umożliwiła nam całkowite zrozumienie sposobu, w jaki traktował Kat. Choć pewnych rzeczy można się było domyślić czytając Obsydian, tak tutaj otrzymujemy wyjaśnienie czarno na białym. Dodatkowo pojawiają się sceny, których w pierwszym tomu cyklu nie było. W końcu to Daemon jest teraz narratorem i w jego otoczeniu spędzamy czas.

Pamiętam, że Obsydian w wielu momentach przypominał słynny Zmierzch Stephenie Meyer. Oblivion też ma to do siebie, ale to naprawdę nie wpływa na przyjemność czerpaną z lektury. Z resztą nigdy nie uważałam Zmierzchu za książkę tragiczną – ma pewne niedociągnięcia, ale jako romans paranormalny wypada naprawdę dobrze, choć znam też wiele lepszych. Nie będę robić porównania, bo nikomu nie jest to potrzebne. Istotny jest tak, że Armentrout nie zrobiła wiernej kopii. Stworzyła swój własny świat i bohaterów, w tym pięknie przedstawiła historię Luksjan i ich wrogów. Zakazana miłość kosmity i ludzkiej dziewczyny jest wątkiem wiodącym całej tej serii, ale nie brakuje tutaj również elementu przyjaźni, walki, zagrożenia i niebezpieczeństwa. 

Cieszę się, że poznałam tę historię z punktu widzenia Daemona, którego naprawdę uwielbiam. Podoba  mi się też fakt, że Kat to taka normalna dziewczyna, o przeciętnym wyglądzie, zakochana w książkach i swoim blogu. Przy tym wszystkim nie jest jednak wieczną fajtłapą, ale potrafi pokazać pazurki, co zauważa sam Daemon. Wiadomo, przy nim jest krucha, bo nie jest istotą nadprzyrodzoną, ale to właśnie dzięki temu jest na swój sposób urocza. To jedna z tych bohaterek, które mnie nie irytują. Oblivion to świetne uzupełnienie serii, po które koniecznie powinny sięgnąć wszystkie fanki Daemona! Obowiązkowo!

taniaksiazka.pl

sobota, 21 stycznia 2017

"Płytkie groby" - Jennifer Donnelly







Data wydania: 09.11.2016 
Tytuł oryginału: These Shallow Graves
Tłumacz: Agnieszka Walulik
ISBN: 978-83-280-2605-6
Wymiary: 135 x 202 mm
Strony: 524
 Cena: 39,99 zł






Płytkie groby to nie tylko książka o pięknej okładce. Ma równie ciekawą zawartość! Choć nie miałam okazji wcześniej zapoznać się z twórczością Jennifer Donnelly, tak w końcu takowa się nadarzyła. Okładka hipnotyzuje, prawda? A opis jest jak najbardziej zachęcający do tego, aby sięgnąć po tę pozycję. Obstawiam, że fani Sagi Ognia i Wody sięgną po nią w ciemno, ale już na wstępie mogę Wam napisać, że to gratka dla fanów powieści osadzonych w czasach, kiedy to panny nie mogły same wychodzić z domu i wiele im nie wypadało, a poważnymi sprawami zajmowali się tylko mężczyźni! Czujecie już ten klimat?

Jo Montfort, siedemnastoletnia panna z dobrego domu. Piękna, bogata, dobrze wychowana… na pozór. Tak naprawdę jest niesamowicie porywczą, chwilami pozbawioną rozsądku, działającą pod wpływem impulsu młodą kobietą, która pragnie, aby jej życie wyglądało inaczej. Nie chce żyć w zgodzie z ustalonymi schematami, nie lubi, gdy ktoś jej coś narzuca, nienawidzi słów „nie wypada”. Skrycie marzy o karierze dziennikarki i pragnie pisać o tych wydarzeniach, o których nie mówi się głośno. To całkiem ciekawa postać i spodobał mi się sposób, w jaki została zaprezentowana. Chwilami zachowuje się bardzo niemądrze, co jest jednak logiczne, gdy weźmiemy pod uwagę jej wiek. Kieruje się emocjami i tą gorącą pasją, która w niej drzemie. Jednak potrafi być też stanowcza i stonowana – o ile wymaga tego sytuacja. Kryje się w niej iskra, młodzieńczy bunt, ale piękne jest to, że realizuje swoje marzenia. 

Jennifer Donnelly doskonale poradziła sobie z kreacją Jo, ale również pozostałych bohaterów. To jednak nie wszystko, bowiem nie można powiedzieć złego słowa o realiach czasów, w których rozgrywa się akcja tej powieści. Mamy rok 1890. Dziewczęta z dobrych domów uczęszczają do specjalnych szkół, gdzie są przygotowywane do zostania damami towarzystwa. Każda ma zostać żoną zamożnego kawalera, ale zapewne dobrze wiecie, jak te małżeństwa wyglądają. To te czasy, w których kobiety nie mają jeszcze takich możliwości i praw, jak w teraźniejszości. Jo sprawia wrażenie, jakby urodziła się w złym miejscu i o złym czasie. Ale czy aby na pewno? Może to właśnie ona jest taką iskierką, którą podziwiały inne kobiety? Za odwagę, za pasję, za chęć robienia czegoś innego. Tę dziewczynę da się lubić, a dzięki plastycznym opisom i dobremu stylowi autorki łatwo poczuć magię i realia tamtych czasów. Świetna sprawa!

Sama fabuła skupie się nie tylko na tym, że Jo pragnie zostać dziennikarką. Ona rozpoczyna własne śledztwo! W jej rodzinie doszło do tragedii, jej ojciec strzelił sobie w głowę podczas czyszczenia rewolweru. A przynajmniej taka jest wersja podana do wiadomości społeczeństwa, jednak Jo szybko odkrywa, że wyglądało to inaczej. Wraz z młodym reporterem Eddiem rozpoczyna śledztwo, bowiem wie, że jej ojciec był zbyt mądrym człowiekiem, aby przydarzył mu się tak niefartowny wypadek przy pracy. Zaczyna stąpać po grząskim gruncie, pojawia się coraz więcej sekretów, a także niebezpieczeństw. Zadziera z nieodpowiednimi ludźmi, wymyka się z domu, wdaje się w nielegalny romans… A to zaledwie początek jej kłopotów!

Przyznaję, że ta książka mnie wciągnęła. Przeczytałam ją w kilka godzin, gdyż jest to lektura bardzo lekka i przyjemna, choć nie zrozumcie mnie źle – to nie jest taka banalna historyjka z romansem w tle. Ma w sobie coś więcej, ale czyta się ją naprawdę z lekkością. Wciąga do swojego świata, a czytelnik naprawdę jest ciekawy tego, co wydarzyło się w domu Montfortów tego feralnego dnia. A rozwiązanie mrocznej zagadki wcale nie jest takie oczywiste, bowiem po drodze pojawia się sporo sekretów i niedopowiedzeń. To sprawnie uknuta intryga, którą eksploruje się krok po kroku. Akcja toczy się naprawdę dobrym rytmem, więc jak na taki młodzieżowy kryminał osadzony w tych czasach to naprawdę nie ma się do czego przyczepić. 

Płytkie groby to ciekawa i na swój sposób sympatyczna lektura, o ile sympatyczną można nazwać powieść, w której dochodzi do morderstwa i obcowania ze szpitalem psychiatrycznym. Autorka w bardzo dobry sposób przedstawiła czytelnikom swoją wizję roku 1890 i stworzyła wciągającą historię z interesującą główną bohaterką, która jest złożoną postacią. Myślę, że książka spodoba się nie tylko fanom tej autorki, ale również osobom, które zakochały się w serii Magiczny Krąg autorstwa Libby Bray. Choć nie ma tutaj magii i zjawisk nadprzyrodzonych, to jednak są to podobne realia i atmosfera. Nie wiem, czy na długo zapamiętam tę historię, ale zdecydowanie miło spędziłam z nią czas.

Za książkę serdecznie dziękuję:


piątek, 20 stycznia 2017

Książka kontra film: "Kot Bob i ja"

Wczoraj wybrałam się do kina na film "Kot Bob i ja". Początkowo nie chciałam tego robić. Wiecie dlaczego? Bo uwielbiam tę historię, która wzrusza mnie do łez, gdy tylko o niej pomyślę. No i jak tak miałabym ryczeć na całe kino? Jeszcze bym ich zalała... Skoro już oglądając zwiastun łzy leciały z moich oczu, to co, jeżeli przyjdzie mi obejrzeć całość? Gdy kilka lat temu dorwałam w swoje łapki książkę Jamesa Bowena o tym samym tytule, byłam nią do głębi poruszona. Naprawdę. Nie sądziłam, że doczekam dnia, w którym obejrzę ekranizację, ale stało się! W sumie to nawet wyczekiwałam tej chwili i nawet nie bałam się tego, że ekranizacja będzie zła. Bo wiecie, to nie jest tak, że mamy do czynienia z jakąś tam powieścią i jakąś tam jej ekranizacją. To odwzorowanie niesamowitej historii, w której kot i człowiek uratowali się nawzajem.

Choć pewne rzeczy w filmie zostały lekko zmienione, co w sumie rozumiem, bo w końcu w przypadku "ekranizacji" trzeba znaleźć pewną płynność, tak muszę przyznać, że niesamowicie mi się podobał! Pomijam fakt, że od początku do końca ryczałam jak głupia, bowiem miałam przed oczami całą tę historię, która ma swoje szczególne miejsce w moim sercu. Chociaż wiedziałam, że wszystko się dobrze skończy, to jednak nie dało się powstrzymać łez. Wiecie, Luke Treadaway świetnie odegrał postać Jamesa! W sumie to nawet Bob go zaakceptował i pięknie się spisał z kolei w swojej kociej roli, a wiecie jakie to koty czasami bywają... Okazuje się jednak, że Bob ma niesamowity talent aktorski! Żałuję, że nie byłam na planie - to musiała być niezła zabawa. A ciekawe co na to Bob? Czy miał deja vu, czy jednak doskonale wiedział, co się święci? Wydaje mi się, że był w pełni świadomy nowej sytuacji i nowego człowieka.
 
W tym rudzielcu jest niesamowita mądrość! James znalazł go zranionego w okolicy mieszkania socjalnego, które otrzymał, i postanowił się nim zająć. Choć w filmie okazuje się, że Bob to mały złodziej, który wkradł się do jego kuchni, aby wyjeść płatki kukurydziane (jakbym widziała mojego kota). Mimo wszystko James postanowił się zająć zranionym kotem, wydał ostatnie pieniądze na leki dla niego, a nie dla jedzenie dla siebie. I to już tutaj rozpoczyna się lawina tych pięknych gestów wobec mniejszego, nieco zależnego od nas stworzenia. A zwierzęta naprawdę potrafią okazać wdzięczność! Choć James chciał, aby Bob wrócił do swojego dawnego życia, tak uparty kocur zaczął mu towarzyszyć na każdym kroku. Razem przeżywali wzloty i upadki, razem muzykowali, razem sprzedawali gazety... To czysta obserwacja tego, jak zagubiony człowiek zaczął odnajdywać swoje miejsce w świecie. Obserwujemy, jak krok po kroku wychodził z uzależnienia, choć było mu cholernie ciężko. Co więcej, to naprawdę przykre i bardzo smutne, że ludzie mają w życiu tak ciężko - początek filmu dosadnie nam to uświadamia. Co gorsza, są też ludzie, którzy na pozór mają się dobrze, a i tak postanawiają dokopać innym, tym, którym przydałaby się pomoc. Tworzy się błędne koło, z którego ciężko uciec. Wiele scen w filmie pokazuje, kto potrafi być bardziej ludzki... Wiele momentów chwyta za serce, wzbudza smutek, rozczarowanie i gorycz, a także złość na to, że ludzie potrafią być tak okrutni, tacy bez serca.

Ale co tak naprawdę tkwi w tej historii? Fakt, że James był narkomanem. Był na samym dnie, a dzięki temu, że znalazł się ktoś, kim musiał się zaopiekować, musiał się jakoś pozbierać. Nie tylko zyskał wiernego przyjaciela i towarzysza, ale istotę, która była jego motywacją. Jest to tak piękne, poruszające i niesamowite, że łzy same cisną mi się do oczu, kiedy piszę te słowa. W filmie pojawia się sporo przełomowych momentów i uwaga, bo nie mogę się teraz obejść bez SPOILERÓW! Pierwszym z nich jest dla mnie chwila, w której James kupuje Bobu lekarstwa i się nim zajmuje. Całkowicie lekceważy swoje potrzeby, bo widzi, że ten mały kot go potrzebuje. To już świadczy o tym, jak w głębi ducha dobrym jest człowiekiem, któremu po prostu życie się nie poukładało. Drugi to chwila, w której Bob zbliża się do pustej strzykawki z heroiną, leżącej u boku znajomego Jamesa, który niestety przedawkował. James momentalnie rozdeptuje strzykawkę i zabiera kota. Trzeci - gdy kupuje jedzenie tylko jemu, a nie sobie, bo zaczyna im brakować pieniędzy. Czwarty - gdy nie może się pozbierać po ucieczce kota. Piąty - gdy Bob wraca do domu. Szósty - gdy James odstawia metadon. To są tak poruszające sceny, że nie da się powstrzymać łez. A przynajmniej dla mnie było to niewykonalne - i w trakcie czytania książki, i w momencie oglądania filmu.

To naprawdę piękny, pouczający, pełen nadziei film. Nawet nie film, a po prostu historia. Cudownie, że na sam koniec pojawił się również oryginalny James. To istna burza emocjonalna, która rozczula do granic możliwości. To gratka nie tylko dla kociarzy, choć Ci zapewne będą najbardziej poruszeni. To jednak film, książka, historia, z którymi powinien się zapoznać każdy człowiek, aby zobaczyć, czym jest człowieczeństwo i dobre serce. Historia Jamesa i Boba to coś, obok czego nie można przejść obojętnie. Są cudowni, a ich relacja to coś niesamowitego! Niech nikt nie mówi, że koty to wredne istoty, bowiem trzeba po prostu być dobrym człowiekiem, aby zdecydowały się na przyjaźń. OGROMNIE, GORĄCO, CAŁYM SERCEM POLECAM!