wtorek, 30 lipca 2013

"Rytuał babiloński" - Tom Knox


Gdy czytamy różnego rodzaju ciekawostki o obyczajach i kultach związanych z dawnymi cywilizacjami, zdarza się, że jesteśmy zszokowani. To, co dla tamtych ludzi było codziennością i czymś zupełnie normalnym, nam wydaje się absurdalne, abstrakcyjne, a czasami wręcz nieludzkie. Jednak niektóre obyczaje mogą znajdywać odwzorowanie w czasach dzisiejszych, zwłaszcza, jeśli wiedza z dawnych lat trafi w niepowołane ręce…

W Edynburgu dochodzi do strasznej tragedii – znany i ceniony profesor popełnia samobójstwo. Przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wszystkie dowody wskazują, że akt ten był tylko i wyłącznie aktem autodestrukcyjnym, nikt inny nie maczał w tym palców. Nie wierzy to w jednak córka zmarłego Archibalda McLintocka – Nina. Wraz z Adamem Blackwood’em, dziennikarzem, rozpoczynają własne śledztwo. W tym samym czasie w Peru trwają badania dotyczące prekolumbijskiej kultury Mochica. Jednak wkrótce zamordowany zostaje szef grupy prowadzącej badania, a jedna z antropologów – Jessica Silverton – uświadamia sobie, że może być następna na celowniku…

Do tej pory nie miałam przyjemności zapoznać się z twórczością pana Toma Knoxa. „Rytuał babiloński” jest jego pierwszą książką, którą przeczytałam. Niezmiernie zaintrygował mnie zarys fabuły, a także sam tytuł. Dawne cywilizacje od zawsze mnie w pewnym stopniu interesowały, a połączenie tego motywu z książką, która leży na pograniczu literatury przygodowej i thriller’a, okazało się być naprawdę znakomitym pomysłem.

Akcja powieści biegnie dwutorowo. Jeden tor to dochodzenie prowadzone przez Adama i Ninę, a drugi to przygody Jess. Początkowo wydaje nam się, że to mogą być dwie odrębne historie, że na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą za wiele wspólnego. Jednak już podczas dalszego zagłębiania się w powieść zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno? Wszystko zaczyna się powoli zbiegać w jedną i logiczną całość. Tempo akcji na początku jest umiarkowane, mimo że już od pierwszych stron dochodzi do aktów śmierci. Z czasem jednak tempo wzrasta, a potem nie pozwala nam odłożyć książki na bok, choćby na chwilę. Fabuła jest niezmiernie wciągająca, a styl pisarski autora jeszcze bardziej zachęca do dalszego czytania. Jest przyjemny i dojrzały.

Tom Knox w bardzo umiejętny sposób podsyca napięcie i rozbudza rosnącą w nas ciekawość. Podobnie sprawa ma się z miejscem akcji – świat powieści jest znakomicie przedstawiony, jakbyśmy oglądali dobry film. Nawet dawna kultura Mochica jest bardzo dobrze przedstawiona, mimo że przecież nie mamy do czynienia z jej przedstawicielami. To jednak nie koniec zalet i moich zachwytów. Pan Knox skupił się także na bohaterach, których bardzo dokładnie poznajemy – ich lęki, strachy, wady, zalety, mocne strony… Mimo trzecioosobowej narracji, ich myśli i poglądy stają się nam bardzo bliskie. Widoczne są także pobudki, które nimi kierują. Każdy z nich jest ciekawą indywidualnością, co sprawia, że „Rytuał babiloński” charakteryzuje się nie tylko intrygującą fabułą i świetnym wykonaniem, ale także gamą różnobarwnych bohaterów.

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki rozbudzana była moja ciekawość, a także to, w jaki sposób wzrastało napięcie i tempo akcji. Niemal każdy rozdział kończy się sceną, która albo mrozi krew w żyłach, albo sprawia, że koniecznie musimy się jak najszybciej dowiedzieć, co będzie dalej. Autor jednak w tym momencie przeskakuje do drugiego wątku, równie fascynującego. To sprawiało, że przez cały czas czytania tej lektury byłam w zupełnie innym świecie - nie ukrywam, zagłębiłam się w owe śledztwo i tajemnicę. Koniecznie chciałam się dowiedzieć, jak te dwa wątki wiążą się ze sobą, jaki jest sekret rytuału babilońskiego, co wspólnego ma dawna kultura Mochica z tymi przerażającymi samobójstwami?

Moje pierwsze spotkanie z Tomem Knoxem uważam za bardzo udane. Znakomity pomysł, wykonanie i dopracowanie. Autor potrafi w taki sposób zbudować fabułę, że całkowicie wbija nas w fotel. Całkowicie pochłania nas ta historia i budzi w nas wiele emocji – autor nie oszczędza swoich bohaterów, ich droga jest pełna niebezpieczeństw i niespodziewanych zwrotów akcji. „Rytuał babiloński” to kawał dobrej lektury, która zapewni nam rozrywkę na kilka ładnych godzin. Zdecydowanie polecam i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną książkę tego autora. Wystawiam 8/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

 

poniedziałek, 29 lipca 2013

"Drozdy" Chuck'a Wendig'a

Dzisiaj przedstawię Wam dwa tomy cyklu "Drozdy" Chuck'a Wendig'a.

"Drozdy. Dotyk przeznaczenia"

Zdecydowanie należę do fanów mocnej i szybkiej akcji, dobrych thrillerów, a urban fantasy po prostu uwielbiam całym sercem! Toteż opis na okładce książki Chuck’a Wendig’a wydał mi się naprawdę bardzo zachęcający. Okładka pierwszej części „Drozdów” może nie należy do najpiękniejszych, ale tak mi się wydaje, że pasuje i do tytułu i do zapowiadanej treści. Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości, nie nastawiając się jednak na nic – po prostu nie lubię rozczarowań, lepiej podejść do wszystkiego neutralnie.

Miriam Black posiada niesamowity dar (a może raczej przekleństwo?) – potrafi za pomocą jednego dotyku zobaczyć, kiedy i jak ktoś umrze. Wydawałoby się, że jest to naprawdę dobra rzecz – może próbować oszukać przeznaczenie i uratować setki ludzi. Jednak już nie jeden człowiek przekonał się o tym, że przeznaczenia nie da się oszukać. Chociaż.. czy aby na pewno? Może jednak Miriam tego dokona i zmieni przyszłość? Ma ku temu dosyć poważny problem – Louis Darling ma zginąć już wkrótce, a jego ostatnim wypowiedzianym słowem ma być imię Miriam. Poza tym… on również ocalił jej życie, a tak się składa, że Miriam poczuła przy nim motylki w brzuchu.

Mam bardzo mieszane odczucia po przeczytaniu tej książki. Pomysł był naprawdę ciekawy, ale wykonanie wydało mi się już dużo gorsze. Widziałam potencjał, ale nie widziałam jego dobrego wykorzystania. Momentami nawet miałam wrażenie, że tutaj nie ma żadnej konkretnej fabuły. Po prostu autor ot tak sobie pisał rozdział po rozdziale, nie wiedząc do końca, co chce osiągnąć i do czego ma zamiar doprowadzić główną bohaterkę. Żałuję także, że nie poznałam za bardzo przeszłości Miriam. Są tam pewne wzmianki na ten temat, ale moim zdaniem za mało, żeby móc dokładniej poznać główną bohaterkę.

Początkowo Miriam wydała mi się bardzo irytująca i przesadzona – autor chciał stworzyć silną i twardą bohaterkę posługującą się ostrym językiem i… przedobrzył. Od pierwszych stron było tego wszystkiego za dużo – mnóstwo przekleństw, które po prostu zaczęły działać odpychająco (już na początku książki, jak tak można…). Również akcja posiada bardzo szybkie tempo, może nawet za szybkie, bo zrobił się z tego nieco chaos i można się było trochę pogubić. Zabrakło mi też głębi jeśli chodzi o uczucia i napięcie. W ogóle nie mogłam poczuć ciarek na plecach ani strachu.

Myślę, czy znalazłyby się tutaj jakieś plusy, bo póki co wymieniłam same wady i rzeczy, które mi nie pasowały. Cóż, książka jest napisana prostym językiem, więc szybko się ją czyta – spokojnie może stanowić rozrywkę na jeden wieczór. Były tutaj czasami lepsze momenty i rozdziały, które faktycznie czytało się całkiem przyjemnie i nie było aż tak źle. Ważne, że cnotliwa miłość tutaj nie dominuje, no ale w końcu ciężko o coś takiego w literaturze tego typu. Za plus uważam także sam pomysł – to, że nie został aż tak pięknie wykonany, jak bym chciała, to już inna rzecz. No i podobała mi się jeszcze w sumie kreacja bohaterów, bo faktycznie byli dosyć zauważalni. Miriam tak naprawdę w głębi siebie jest zamknięta w sobie i pełna lęku.

Podsumowując – są plusy, są minusy, które jak na moje oko niestety przeważają. Książka wypada raczej przeciętnie, odnoszę wrażenie, że autor chciał stworzyć coś dobrego – połączyć sensację z urban fantasy i odrobiną kryminału, ale nie do końca się to udało. Czegoś tutaj zdecydowanie zabrakło, widoczne było niedopracowanie, czasami również chaos i brak logiki. Mimo wszystko z ciekawości sięgnę po kolejną część – a nuż okaże się już lepsza od tej pozycji. Być może autor bardziej wszystko dopracuje i książka zyska w moich oczach. Wystawiam ocenę 4/10.


"Drozdy. Posłaniec śmierci"



„Drozdy. Posłaniec śmierci” to druga część przygód Miriam Black. Pierwsza część tego cyklu wypadła w moich oczach raczej średnio, jednak postanowiłam zapoznać się również z drugą, licząc na to, że będzie lepiej. Myślałam, że może pierwsza część była po prostu lekkim startem i wprowadzeniem do serii, a od kolejnej zacznie się już wszystko lepiej układać. Niestety, pomyliłam się.

Minął rok od wydarzeń, które miały miejsce w „Dotyku przeznaczenia”. Miriam stara się prowadzić normalne życie – nosi rękawiczki, aby uniknąć zobaczenia śmierci kogokolwiek z ludzi, ma normalną pracę, mieszka razem z Louisem. Jednak dłużej tak nie potrafi, takie życie to zupełnie nie dla niej. Zbuntowana i agresywna młoda kobieta nie jest przyzwyczajona do takiego rodzaju normalności i nie potrafi się w takiej sytuacji odnaleźć. Jak się okazuje, jej odgórnie ustalony los jest tego samego zdania, ponieważ przyjdzie jej znowu zmierzyć się ze śmiercią i przeznaczeniem… Ale czy tym razem znowu uda jej się je oszukać?

Niestety nadal odczuwam wrażenie, że brakuje w tych książkach konkretnej fabuły. Ponownie widziałam tylko pewne elementy, które były w miarę logiczne, ale całość wciąż do mnie nie trafia. Sztuczny wydaje mi się także pomysł z wewnętrznymi demonami, które przybierają różne formy i nawiedzają Miriam – im również brakuje logiki i głębi. Ot tak – pojawimy się, żeby uprzykrzyć życie głównej bohaterce jeszcze bardziej. Nie spodobało mi się także przedstawienie Lauren – dwunastoletniej dziewczynki, która staje Miriam na drodze. Może ja żyję złudnymi nadziejami, ale wydaje mi się, że żadne dwunastoletnie dziecko nie jest aż tak zepsute do szpiku kości. Autor ponownie przesadził – tym razem w przypadku bohaterów drugoplanowych.

W pierwszej części Miriam wydała mi się przerysowana i nieco irytująca. W tej części moja irytacja się pogłębiła i stwierdzam, że Miriam to po prostu mało inteligentna, a wręcz głupia postać. Dodatkowo zupełnie nie pasuje mi to, że z jednej strony jest taka ostra, a z drugiej żal jej ludzi i chce im pomóc. Najpierw robi wszystkim na złość, do każdego odnosi się bez szacunku, a potem co? Zmiana o 180 stopni? Zupełnie mi to nie gra. Faktem jest, że poznajemy trochę więcej faktów z jej życia, ale nadal nie na tyle, żeby ją polubić, czy żeby jej współczuć.

Plusy nadal te same – prosty język, dzięki któremu szybko można dobrnąć do końca. Chwilami wciągająca fabuła, szkoda tylko, że nie przez cały czas. Odczułam także wrażenie, że autor nieco stonował z ilością przekleństw, a może po prostu już to tak bardzo na mnie nie działało, bo wiedziałam, że będzie to obecne. Dla wielu osób plusem byłoby pewnie to, że druga część utrzymuje poziom pierwszej. Tutaj zdecydowanie tak jest – książki nie różnią się niczym, poza nowymi przygodami Miriam.

Chciałabym móc napisać, że kontynuacja „Dotyku przeznaczenia” wypadła o niebo lepiej niż on sam. Jednak nie mogę, bo tak nie było. Ten sam poziom, te same wady, te same zalety – jednym słowem nic się nie zmieniło, a szkoda, bo naprawdę potencjał był. Do mnie osobiście ta seria zupełnie nie trafiła i nie umiałam się wciągnąć, przygody panny Black nie urzekły mnie. Myślę jednak, że znalazłyby się jakieś osoby, którym seria przypadłaby do gustu – w końcu każdy lubi co innego. Decyzję o przeczytaniu pozostawiam Wam, moje zdanie znacie, pozostaje Wam zapoznać się z innymi opiniami lub też wyrobić sobie swoją własną.


Za możliwość poznania losów Miriam dziękuję wydawnictwu:

 

piątek, 26 lipca 2013

"Krótka historia Stephena Hawkinga" - Kitty Ferguson


Stephen Hawking jest niezwykle intrygującą postacią. Geniusz uwięziony w sparaliżowanym ciele. Cierpi on bowiem na stwardnienie zanikowe boczne, które sprawiło, że Hawking jest zmuszony poruszać się na wózku inwalidzkim do końca swojego życia. Jest jednak znakomitym naukowcem, który przede wszystkim zajmuje się fizyką i astronomią. Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i Ska w naszym kraju ukazała się książka Kitty Ferguson – „Krótka historia Stephena Hawkinga”.

Z chęcią sięgnęłam po tę pozycję, ponieważ nie raz czytałam jakieś krótkie informacje na temat pana Hawkinga, czasami nawet w telewizji leciał dokument poświęcony jego życiu i dokonaniom. Ogółem nie sięgam po biografię, chyba że faktycznie dotyczą osoby, która mnie interesuje i wydaje mi się, że warto poznać jej historię. Tak właśnie było w tym przypadku.
 
Muszę Wam jednak powiedzieć, że nie jest to taka zwykła biografia. Oczywiście poznajemy początki młodego Stephena, który wcale nie zapowiadał się na wybitnego ucznia. Autorka przedstawia nam jego dom rodzinny i sytuację w nim panującą. Przechodzimy przez całe jego życie i przełomowe momenty, które się w nim wydarzyły. Jest wzmianka o ślubie, studiach i oczywiście o jednej z ważniejszych rzeczy w przypadku tej osoby – o jego chorobie, która miała swój początek już wtedy, gdy Stephen był studentem. Od tamtej pory postępowała, aż doprowadziła go do takiego stanu, w jakim się znajduje obecnie – musi to być dla niego bardzo niekomfortowa sytuacja.

Dlaczego jednak nie jest to zwyczajna biografia? Ponieważ występuje tutaj sporo informacji z dziedziny fizyki i astrofizyki. Powiem szczerze, że dla osoby, która nie potrafiła się nigdy odnaleźć w tej tematyce, może to być nieco ciężkie w odbiorze. To jest ten element, który może zniechęcić wiele osób, bowiem nie ukrywajmy – tematyka ta nie jest łatwa i przyjazna człowiekowi. Trudna w zrozumieniu, dosyć pokręcona i skomplikowana. Jednak sama historia naukowca jest niezmiernie ciekawa i potraf bardzo wciągnąć.

Jeśli chodzi o język, to dopóki mamy do czynienia tylko z życiem Hawkinga – jest dobrze. Natomiast już w elementach popularno-naukowych, jak się można domyślić, jest nieco trudniej, ale da się przebrnąć. Dla mnie nie stanowiło to większego problemu, ale nigdy nie postrzegałam fizyki jako „zła koniecznego”. Wystarczy się dobrze skupić i wczytać, potem może sięgnąć do innych źródeł informacji i nie będzie problemu. W sumie zdziwiła mnie także jedna rzecz – książkę czyta się całkiem szybko. Zawsze wydawało mi się, że biografie to ten typ literatury, który nieco się rozwleka i rozciąga, a tu proszę! Nie dość, że mnie wciągnęło, to jeszcze nie wiedziałam kiedy tak szybko przeskakiwałam ze strony na stronę. Cieszę się, że książka jest dopracowana – sporo przypisów, przytoczonych wypowiedzi, rysunków. Za to ogromny plus.

Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z tą niezmiernie intrygującą książką napisaną przez panią Ferguson. Mogła się może nieco bardziej skupić na samym życiu Stephena Hawkinga, na wpływie choroby na jego karierę i codzienność. Chociaż… gdyby to była zwykła biografia, to być może nie byłoby tej całej fizycznej otoczki, która tutaj jest dosyć wyraźnie zarysowana. Mimo tego nie uważam, żeby książka była zła. W sumie to takie połączenie faktów z biografią interesującego człowieka. Myślę, że warto się z nią zapoznać, choćby z samej ciekawości. Przez niektóre strony ciężko przebrnąć, ale dla chcącego nie ma nic trudnego.

Za e-booka dziękuję wydawnictwu:

 

Kolejne przygody Gwen Frost!

Uwaga moi Kochani! Mam świetną informację dla fanów Jennifer Estep i jej książek.
Już za 4 dni pojawi się trzeci tom cyklu "Akademia mitu".





Ilość stron: 328
Oprawa: miękka + skrzydełka
Autor: Jennifer Estep
Tłumaczenie: Anna Rojkowska
ISBN: 978-83-63579-30-2
Format: 140 x 205
Data wydania: 30 lipca 2013







W Akademii Mitu wszyscy znają Gwen Frost jako Cygankę, która dzięki psychometrii jest w wstanie znaleźć zgubę i która chodzi z Loganem Quinnem, najbardziej atrakcyjnym chłopakiem w szkole. Gorąco pragną ją zabić żniwiarze chaosu. Zamordowali jej mamę i uwzięli się także na nią. Okazuje się, że pożądają sztyletu z Helheimu, który ukryła matka Gwen tuż przed śmiercią. Artefakt obdarzony jest wielką mocą i żniwiarzom wydaje się, że dziewczyna wie gdzie go szukać – tymczasem to nieprawda. Magia Cyganki jest zbyt słaba, aby to ustalić. Jedno jest pewne: żniwiarze jej nie darują. Czeka ją walka na śmierć i życie.


Osobiście nie mogę się już doczekać, ponieważ uwielbiam twórczość pani Estep, a Akademia mitu jest znakomitą serią! :)

środa, 24 lipca 2013

Trochę Anne Rice na dziś! :)


„Wywiad z wampirem” to chyba najpopularniejsza obok „Królowej Potępionych” książka Anne Rice. Chociaż mogę się mylić, bo zapewne sporo osób powiedziałoby „To jest taka książka? Myślałem/am, że to film”. Przykre, ale prawdziwe. Mniemam jednak, że akurat osoby, które uwielbiają książki zdają sobie doskonale sprawę z tego, że historia Louis’a de Pointe du Lac to nie tylko dzieło filmowe, ale znakomita powieść znakomitej pisarki.

Jak sama nazwa wskazuje, jest to opowieść głównego bohatera  - Louis’a, arystokraty pochodzącego z Luizjany. Tajemniczy wampir Lestat przemienił go w istotę równą sobie, dając mu tym samym nieśmiertelność i życie wieczne. Brzmi znakomicie, jednak sam Louis nie jest do końca zachwycony. Niecałkowicie akceptuje swoje nowe życie, ma też problemy ze zrozumieniem go. Jego najlepszą towarzyszką jest Claudia – dojrzała kobieta, jednak uwięziona w ciele dziecka. Zapewne nie ciężko się domyślić, z jakiego powodu. Oboje nie przepadają za Lestatem i najchętniej pozbawili by go życia. Wędrują jednak po Europie chcąc zrozumieć sens swojej egzystencji, a w Paryżu trafiają na kolejnego przedstawiciela ich rasy, który pokaże im, co to znaczy społeczność wampirów.

Osoby, które oglądały film, zapewne będą miały przed oczami głównych bohaterów i całą scenerię. Ja osobiście należę do takich ludzi, którzy nie obejrzą filmu zanim nie przeczytają książki. Uważam, że jest to dużo lepsze, ponieważ film nie daje mojej wyobraźni pola do popisu, a książka już tak. Dzięki temu mogłam sama w swojej głowie wykreować Lestata, Louis’a i Claudię, a także Armanda i pozostałych bohaterów. Wiem także, że nawet film nie zniszczy mi teraz mojego wyobrażenia o nich, ponieważ mam to zbyt mocno zakorzenione w podświadomości. Anne Rice jest mistrzynią w opisywaniu miejsc i scenerii, więc z oglądaniem tego wszystkiego oczyma wyobraźni też nie miałam najmniejszego problemu. Właśnie to przede wszystkich uwielbiam w jej książkach – potrafią mnie przenieść do całkowicie innego świata, który jest intrygujący, fascynujący i niepowtarzalny.

Nie raz słyszałam, że „Wywiad z wampirem” to istna nudna, która ciągnie się jak flaki z olejem. Cóż, to kwestia gustu, ale po prostu w głowie mi się nie mieści, jak można to tak odebrać. Owszem, momentami jest ciężko, ponieważ dialogi nie są tutaj obfite, zdecydowanie w większości jest to typowa opowieść i mnóstwo opisów, ale nigdy nie odebrałam ich w taki sposób, żeby czytanie mi się znudziło lub żebym poczuła się znużona. Gdy naprawdę damy się porwać historii Louis’a, to zupełnie nie odczujemy tego, że pewne momenty czyta się gorzej od innych. Poza tym nie ukrywajmy – nie jest to książka, w której akcja pędzi zatrważająco szybkim tempem, ale z drugiej strony jest to jej zaleta. Nie wyobrażam sobie tutaj innego tempa niż to, które jest. Po prostu zupełnie by nie pasowało i zniszczyło by urok tej książki! Poza tym uważam, że język, którym posługuje się pani Rice jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Idealnie pasuje do gotyckiego klimatu jej powieści.

Coś czuję, że nigdy nie powiem złego słowa na twórczość tej autorki, ponieważ przeczytałam już kilka jej książek i każdą odebrałam w sposób bardzo pozytywny. Podobnie było z „Wywiadem z wampirem”. Pokochałam Louis’a i Claudię, ale także Lestat’a. Uwielbiam historię tych wampirów i ich perypetie, ponieważ naprawdę potrafiły mnie wciągnąć i zainteresować. Ta magia, ten czar i urok oraz cała otoczka tej powieści są po prostu niepowtarzalne i każdy powinien to poczuć. Poza tym nie ukrywajmy…  to raczej klasyczne wampiry, a nie ich marne podróbki. Świetny język, znakomity pomysł, idealne wykonanie – jak dla mnie powieść niemal idealna. Zdecydowanie polecam!




„Kroniki wampirów” czy też „Dzieje czarownic z rodu Mayfair” to serie, które przyniosły Anne Rice sporą popularność. Była to gratka dla osób, które kochają mroczne i gotyckie klimaty. Wiele osób zaczytywało się w tych powieściach i pewnie niezmiernie cierpiała, gdy już zabrakło kolejnych tomów. Jednak nie tak dawno temu wydana została nowa książka pani Rice – „Dar wilka”. No tak, tym razem nie mamy do czynienia z wampirami czy czarownicami… przyszedł czas na wilkołaki.

Reuben jest 23-letnim reporterem, który ma znakomite życie. Ma dom, pieniądze, kochającą rodzinę, dziewczynę, wiernego przyjaciela. Pewnego dnia wybiera się do przepięknej rezydencji położonej w okolicy klifów nad Pacyfikiem. Jej właścicielka pragnie ją sprzedać, a Reuben ma napisać artykuł zachęcający ludzi do kupna. Ta typowo zawodowa wizyta przeradza się jednak w upojną noc połączoną z brutalną napaścią. Młody dziennikarz zostaje pogryziony przez dziwną bestią  i od tego momentu zaczynają się z nim dziać dziwne rzeczy. Lekarze w szpitalu nie są w stanie stwierdzić, co mu dolega. Natomiast sam pacjent jest zafascynowany swoimi nowymi możliwościami…

Nie ukrywam, że trochę się obawiałam sięgnięcia po powieść Anne Rice, która powstała dobrych parę lat po tych jej książkach, które pokochałam całym sercem. Wampiry i czarownice potrafiła świetnie wykreować, więc dlaczego obawiałam się, że stworzenie wilkołaków może się jej nie udać? Zapewne dlatego, że parę razy obiło mi się o uszy, że te nowe książki, które napisała („Pokuta” chociażby) to już nie to samo, co kiedyś. Jakże się ucieszyłam, gdy już po paru stronach „Daru wilka” przekonałam się, że może to nie będzie fenomen na skalę „Kronik wampirów”, ale będzie to równie porywająca i fascynująca opowieść.

Bardzo przypadła mi do gustu kreacja Reubena jako wilkołaka, ponieważ jest to nieco inny wilkołak, niż wszystkie, z którymi spotkałam się do tej pory. Nie chodzi nawet o sam wygląd i przemianę, bardziej chodzi o charakter i podejście do życia, a także o to, w jaki sposób Reuben-wilkołak pojmuje świat. Widzi w wilkołactwie dar, dzięki któremu może coś zmienić na lepsze. Cała historia „klanu” wilkołaków jest bardzo ciekawa, ale poznajemy ją dopiero pod sam koniec książki, co w pewnym stopniu pobudza naszą ciekawość. Ja zawsze z chęcią poznaję wszystko od korzeni i lubię znać źródło.

Anne Rice ma dosyć specyficzny styl, który do niektórych osób nie trafia. W „Darze wilka” nadal posługuje się tym samym językiem, który znamy z poprzednich jej książek. Właśnie dzięki temu powstało tak wiele pięknych opisów w tej pozycji, które pozwalają nam na zobaczenie każdego szczegółu oczyma wyobraźni. Świat powieści jest naprawdę znakomicie oddany, a bohaterowie są wyraziści i oryginalni. Każdy z nich posiada inny charakter, co jest bardzo dobrze widoczne. Po prostu mogę śmiało powiedzieć, że podczas czytania czułam się, jakbym oglądała znakomity film, bo wszystko działo się w mojej głowie w tak dokładny sposób. Wyobraźnia działała niesamowicie.

Zdążyłam się już przekonać, że książki pisane przez tę autorkę nie należą do tych, w których można znaleźć mnóstwo momentów pełnych napięcia. Akcja też nie pędzi szybkim tempem, wszystko dzieje się w odpowiednim miejscu i czasie. Cała opowieść rozwija się stopniowo, co daje nam możliwość dokładnego poznania bohaterów i przeanalizowania sytuacji. Osobiście uważam, że styl autorki idealnie łączy się z jej pomysłami i wykonaniem. Gdy się to wszystko pozbiera razem, powstaje niepowtarzalna opowieść, oryginalna, barwna, tajemnicza i mroczna. Dlatego nie bójcie się „wolnego” tempa, bo to nie jest w tym przypadku najważniejsze. Powiem więcej – szybkie tempo zniszczyłoby chyba całą magię tej powieści.

Moje obawy, co do tej książki zostały całkowicie rozwiane. Spędziłam z nią bardzo dobrze czas, Anne Rice ponownie stworzyła coś, co nie dawało mi spać po nocach i spokojnie myśleć. Ponownie dałam się porwać i wciągnąć do tego mrocznego i nieco gotyckiego świata. Tym razem przeżywałam wszystko wraz z Człowiekiem Wilkiem, który poznawał swój dar, a ja odczuwałam bardzo wyraźnie każdą jego myśl, frustrację i wiele innych emocji. Cieszę się, że mogłam na nowo wrócić do tego cudownego stylu pani Rice i doświadczyć tej niesamowitej przygody.
 
Za obydwa egzemplarze bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu: