Pamiętacie szał na
książki o wampirach, który opanował czytelnictwo chwilę po tym, jak seria
Stephenie Meyer „Zmierzch” osiągnęła sukces? Zapewne tak, bo ciężko to
zapomnieć. Nie tak dawno temu zapanowała moda na literaturę erotyczną, a furorę
robiła książka „50 twarzy Greya”. Nie mówię, że wcześniej nie można było
znaleźć na rynku erotyków, ale teraz jest to na pewno dużo bardziej dostępne. I
tak właśnie w moje ręce trafiła nowość wydawnicza – książka Samanthy Young
„Wbrew zasadom”.
„Wbrew zasadom” –
tytuł wprawia nas trochę w zamieszanie, ponieważ zaczynamy się zastanawiać o
jakie zasady chodzi. Zasady są różne: przepisy, normy prawne, savoir-vivre… Ale
są też takie, które mają większe znaczenie dla każdego z nas. Mianowicie są to
zasady, które ustalimy sobie sami, te które są najważniejsze dla nas i naszego
umysłu. Mówi się, że zasady są po to, żeby je łamać, ale w tym przypadku
Samantha i Braden wolą się trzymać tego, co ustalili. Jak się domyślacie,
różnie im to wychodzi. Samantha jest dosyć bezczelną, ale zamkniętą w sobie
dziewczyną z trudną przeszłością, która odcisnęła na niej piętno. Braden to
typ, który zawsze dostaje to, czego chce. Typowy uwodziciel i kobieciarz –
przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przy bliższym poznaniu widzimy, że jest
człowiekiem ciepłym i oddanym, który potrafi dbać o tych, których kocha –
rodzinę, przyjaciół, ukochaną kobietę.
Nie jestem znawczynią
tego typu literatury, bo rzadko po nią sięgam, ale mimo wszystko są pewne
ogólniki w książkach, które rządzą się tymi samymi prawami. Po pierwsze: styl i
język. Nie ukrywam, że te dwie rzeczy są tutaj dosyć proste i łatwe w odbiorze,
co moim zdaniem jest akurat dobre, bo nie wyobrażam sobie w tej pozycji
wyniosłego języka i pięknego słownictwa. To typowa codzienna historia, zwykłe
życie, które na pewno przeżyła nie jedna osoba na świecie, bo takie sytuacje po
prostu się zdarzają. W sumie mogłabym powiedzieć, że to idealny materiał na
lekką komedię romantyczną, przy której nie trzeba za dużo myśleć. Ważną rzeczą
są tutaj oczywiście opisy scen erotycznych, bo nie ukrywajmy – to trzeba umieć
napisać w taki sposób, żeby nie
zniesmaczyło czytelnika i nie odebrało mu chęci do dalszego czytania. Te sceny
powinny dodawać pikanterii i pobudzać naszą wyobraźnię, oczywiście w granicach
dobrego smaku. Jeżeli chodzi o moje odczucia w tym temacie to uważam, że
autorce się to udało, ponieważ w ogóle nie czułam się zdegustowana, obyło się
bez prymitywnych wypowiedzi i słów.
Powieść Samanthy
Young to taka lekka historia, która porusza więcej tematów niż pożądanie.
Znajdziemy tutaj motyw traumy z przeszłości, oddania i przyjaźni, odnajdywania
samego siebie i pokonywania własnych lęków. Nie są to wątki zrealizowane w
sposób nadrzędny, ale przynajmniej urozmaicają fabułę. Bohaterowie są w miarę
wyraźni, a każdy z nich to inna osobowość. Całkiem przyjemna pozycja, z która
można spędzić miłe chwilę, czasem można się pośmiać, a bardziej wrażliwe osoby
może nawet się wzruszą. Nie jest to książka górnych lotów, ale nie zalicza się
również do porażek literackich. Oceniłabym ją raczej w sposób neutralny. To
zwykła historia codziennego życia, którą poznając możemy spędzić całkiem dobrze
czas. Jeżeli macie ochotę na chwilę relaksu to zdecydowanie jest to pozycja dla
Was.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: