czwartek, 30 października 2014

"W służbie klanu" - Miroslav Żamboch





Miroslav Żamboch jest autorem, z którego twórczością do tej pory się jeszcze nie spotkałam. Zdążyłam się jednak nieco rozeznać w terenie i wiem, że ma na swoim koncie wiele powieści oraz oddanych fanów, którzy z zapałem sięgają po każdą jego książkę. W moje ręce trafiła pozycja „W służbie klanu”, która zainteresowała mnie swoim zarysem fabuły – opis z tyłu okładki brzmi naprawdę dobrze i liczyłam na to, że powieść ta wpasuje się w moje gusta. Czy tak się stało?

Herbert Ducatti pracuje dla klanu czarodziejów jako górnik. Dzień w dzień w Górach Północnych wydobywa magiczne i niezwykle cenne kamienie. Problem polega na tym, że magia może ulec koncentracji – zbyt duża ilość aktywnych kamieni i powstaje bomba wybuchowa, której nie zniesie żaden człowiek. Im głębiej schodzą górnicy, tym większe niebezpieczeństwo, wystarczy zaledwie kilka sekund, aby postradać zmysły. Chyba, że jest się czarodziejem – oni bowiem są w stanie to przetrwać. A ponieważ klan Ducattiego nie jest jedynym istniejącym klanem, wojna wisi w powietrzu – wszyscy pragną drogocennych i niepowtarzalnych kamieni, a to prowadzi tylko do jednego – krwawych walk, spisków i intryg. A Ducatti chce tylko przeżyć, nic więcej.

Styl pana Żambocha charakteryzuje się niezwykłą lekkością pióra i polotem, które razem sprawiają, że „W służbie klanu” czyta się bardzo przyjemnie. Mimo lekko skomplikowanej fabuły, która do banalnych i prostackich nie należy, historię Ducattiego śledzi się z zapałem. Niezależnie od tego, czy miejscem akcji jest kopalnia, czy też powierzchnia, autor zadbał o to, aby nasz bohater stawiał czoła różnym wyzwaniom. Oczywiście świat poza ciemnymi korytarzami kopalni daje większe pole do popisu i faktycznie to tam dochodzi moim zdaniem do ciekawszych zdarzeń, ale jednak oba te miejsca są ze sobą połączone i niezbędne do wytworzenia odpowiedniego dla tej powieści klimatu.

Całkiem nieźle poszło mi również wyobrażenie sobie świata, jaki Miroslav Żamboch nam tutaj prezentuje. Być może nie weszłam do niego całkowicie i nie dałam się pochłonąć, ale z pewnością opisy autora są wystarczające i to umożliwiają – osobna kwestia każdego czytelnika, czy im na to pozwoli. Dlaczego więc nie pozwoliłam? Cóż, ta historia to jednak nie do końca moja bajka i chociaż pewne motywy zaciekawiły mnie bardziej, a inne nieco mniej, to jednak nie potrafiłam całkowicie oddać się tej powieści. I nie dlatego, że jest źle przedstawiona, czy też znalazłam w niej coś irytującego – wręcz przeciwnie. To naprawdę dobra pozycja, dopracowana i interesująca, ale wiadomo – ile ludzi, tyle gustów. Do mnie nie przemówiła aż tak, jakbym chciała.

Sam Herbert jest dla mnie wciąż zagadką. Teoretycznie przez cały czas śledzimy każdy jego krok, wszelkie poczynania, wzloty i upadki, a jednak nadal nie mogę go rozgryźć w stu procentach. Podobało mi się to, że widać było pewne zmiany zachodzące w tym bohaterze, które wiązały się z różnymi etapami jego życia. W tej postaci jest coś intrygującego i tajemniczego. Być może nie potrafiłam się z nim zżyć, podobnie jak nie do końca przemówił do mnie wątek miłosny, ale naprawdę przez te wszystkie strony próbowałam go rozszyfrować. Nie wiem, czy autor specjalnie wykreował go w taki sposób, czy wyszło to przypadkiem, ale uważam to za ogromny plus tej powieści.

Świetnym zabiegiem jest również wymieszanie różnych wątków fabularnych. Jak już wspomniałam – jedne zainteresowały mnie bardziej, drugie nieco mniej – ale daje nam to możliwość zobaczenia Ducattiego w różnych sytuacjach. Ciężkie chwile w kopalni i krwawe potyczki są łagodzone przez zabawy i flirty. Problemem mogą być przeskoki czasowe, bowiem autor nie zaznacza nigdzie, że teraz przenosimy się kilka lat do przodu, ale po chwili łatwo to sobie wszystko poukładać. Dodatkowo początek książki może się wydawać lekko nużący, ale z każdą kolejną stroną akcja się rozwija, aby w końcu osiągnąć apogeum. 

Pierwsze spotkanie z Miroslavem Żambochem uważam za całkiem udane, chociaż nie jest to do końca „mój typ”. Nie dziwię się jednak, że autor ma swoich oddanych fanów, bowiem potrafi stworzyć naprawdę ciekawą powieść z intrygującymi bohaterami i dobrą akcją. Język tej powieści jest prosty, ale nie banalny. Autor potrafi też stworzyć odpowiedni klimat i atmosferę, które ułatwiają wejście do tego świata stanowiącego połączenie fantasy i sci-fi. Całość oceniam pozytywnie i zachęcam do zapoznania się z twórczością pana Żambocha – być może odnajdziecie się w jego twórczości lepiej niż ja i dołączy on do grona waszych ulubionych autorów!



Czy ktoś z Was miał już możliwość zapoznania się z twórczością tego autora? Może znajdą się jacyś jego zagorzali fani? :) A jak zapatrują się na tę pozycję osoby, które tego pana nie znają, podobnie jak miało to miejsce ze mną? :)


PS. Chyba muszę jakoś sobie inaczej czas zorganizować... ah studia :) o tyle dobrze, że i tak robię to, co kocham.

PS 2. Szykujcie się na konkurs, jak tylko mignie 100 000 wyświetleń! Pomysł już mam, nagrody też :)

poniedziałek, 27 października 2014

"Nigdy nie gasną" - Alexandra Bracken

http://otwarte.eu/book/nigdy-nie-gasna

„Nigdy nie gasną” to drugi tom przygód dzieciaków, które zapadły na OMNI. Zaburzenie uznane powszechnie za chorobę, którą należy wyplenić, a jednak widziane przez niektórych jako potężny, ale i niebezpieczny dar. „Mroczne umysły”, czyli tom rozpoczynający cały cykl Alexandry Bracken nie był zły, a sama historia posiadała ogromny potencjał – i posiada nadal. Uwielbiam widzieć rozwój i postęp, jaki przejawia się w dalszej twórczości autorów, czy w tym przypadku zdołałam to zauważyć?

Ruby zostawiła swoich dawnych towarzyszy podróży i postanowiła oddać się w ręce Ligi. Tam zostaje Liderką grupy, bierze udział w misjach ustawionych przez Ligę, ale wciąż nie może zapomnieć o tym, że jest Potworem. Wciąż boi się swoich zdolności, a teraz przychodzi pora na coś znacznie gorszego niż uciekanie przed Łowcami Nagród i SSP. Teraz czas na otwartą wojnę, gdzie życie stracić może każdy – zarówno osoby, na których Ruby zależy, ale również ona sama. Czy jedna z ostatnich Pomarańczowych będzie w stanie przezwyciężyć samą siebie i odnieść zwycięstwo, które niekoniecznie przyniesie korzyści również jej samej?

Jest kilka istotnych elementów, które bardzo spodobały mi się w drugim tomie „Mrocznych umysłów”. Przede wszystkim to, że Ruby dojrzała. Zaobserwowałam w niej zmianę na lepsze, stała się bardziej pewna siebie, silniejsza i lepiej radzi sobie ze swoimi umiejętnościami. Nadal jednak pozostaje osobą wrażliwą, która chciałaby uratować wszystkich wokół siebie. Jednak pojawia się w niej również nutka przebiegłości i rozsądku, który w odczuciu innych bohaterów jest w sumie czymś względnym. Relacje wywiązujące się między Ruby i nowymi dzieciakami – Vidą, Judem – są bardzo realistyczne i stanowią bardzo ważny element tej powieści, podobnie jak jej przyjaźń z Pulpetem i Liamem. To takie wzajemne wspieranie się, niesienie sobie pomocy, czyste oddanie, zaufanie i obawa o życie drugiego człowieka. W ich poczynaniach i wypowiedziach można wyczuć sporo emocji, takich jak ulga, nadzieja, rozpacz czy radość.

Drugą rzeczą jest to, że pani Bracken zadbała o nienużący rozwój fabuły, bowiem przed Ruby pojawiają się coraz to nowsze wyzwania, z którymi musi sobie poradzić, nawet jeżeli rodzi się w niej strach i obawa. Nie brakuje tutaj również momentów brutalnych, scen, których dzieci oglądać nie powinny, a jednak – Ci, którzy zapadli na OMNI musieli dorosnąć zbyt szybko. Właściwie cieszę się, że autorka wprowadziła coś w tym stylu, bowiem nadało to książce wyrazu i stała się ona w moich oczach bardziej realistyczna. Nadal jednak zabrakło mi tutaj jednego wielkiego wybuchu, który wbiłby mnie w fotel. Owszem, całość czytało mi się naprawdę dobrze, ale ciągle w mojej głowie pojawiała się myśl, że czegoś tam brakuje. Niby wszystko było w idealnym porządku, wydarzenia były ze sobą logicznie powiązane, a i droga bohaterów do celu wydawała się być ciekawa, choć dla nich całkowicie niepewna, ale nadal czułam pewien niedosyt.

Natomiast styl pani Alexander Bracken nie pozostawia wiele do życzenia. Jest naprawdę znakomity i z pewnością nie znajdziecie tutaj zdań pozbawionych sensu, czy też infantylnych wypowiedzi, a dzięki bogatemu językowi historia opowiadana z perspektywy Ruby staje się wyrafinowana i zyskuje głębię. Niestety, udało mi się po części przewidzieć zakończenie, więc jedno z wydarzeń w punkcie kulminacyjnym w ogóle mnie nie zdziwiło, ale reszta zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po kolejny tom. Mimo tego, że nadal nie jestem w stanie konkretnie powiedzieć, dlaczego czułam niedosyt, to książka mi się podobała i nie żałuję poświęconego na nią czasu. Jest ona dopracowana, a i widać, że autorka starała się włożyć w swoją pracę całe serce.

„Nigdy nie gasną” to dobra kontynuacja, która z pewnością spełni oczekiwania fanów „Mrocznych umysłów”. Moim zdaniem spokojnie utrzymała poziom swojej poprzedniczki i dała nadzieję na to, że kolejny tom wbije czytelnika w fotel. Historia stworzona przez autorkę jest ciekawa i zasługuje na uwagę, pobudza wyobraźnię i daje nam dokładny, choć coraz bardziej brutalny, obraz świata, w którym toczy się walka o lepsze jutro, walka pomiędzy dorosłymi i niezwykłymi dzieciakami, ale także walka pomiędzy nimi samymi.  Wciąż jednak istnieje nadzieja i bardzo często przejawia się w tej lekturze. „Nigdy nie gasną” otrzymują mocne 7/10 i pozostaje tylko czekać, co autorka zafunduje nam w trzeciej części –„In the Afterlight”.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

otwarte.eu

czwartek, 23 października 2014

"Nie lubię kotów" - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

http://nk.com.pl/nie-lubie-kotow/2035/ksiazka.html#.VEilUhbHXd4

Ciężko o dobrą książkę obyczajową, która potrafiłaby się wpasować w moje gusta. Mam jednak zasadę, żeby zawsze dawać autorom drugą szansę i nie negować wszystkich książek z gatunku, który nie należy do moich ulubionych. Raz na jakiś czas daję szansę obyczajówkom i sięgam po pozycje, które wydają mi się odpowiednie, choć nie nastawiam się na nic szczególnego. Tym razem w moje ręce wpadła książka Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak – autorki całkowicie mi nieznanej – o jakże niepasującym do mnie tytule „Nie lubię kotów”.

Książka ta zawiera w sobie sześć powiązanych ze sobą historii sześciu różnych bohaterów. Nie jest to antologia, bowiem bohaterowie Ci są ze sobą w bliższy czy dalszy sposób powiązani, a ich opowieści nawiązują do siebie wzajemnie. Autorka stworzyła konstrukcję, w której każdy kolejny rozdział pisany jest z perspektywy innego bohatera. Trzy kobiety i trzej mężczyźni, o różnym stopniu pokrewieństwa czy też znajomości. Każda postać to indywidualność, osobne cechy charakteru, osobna historia i problemy. To daje nam jasny obraz tego, jak różni mogą być ludzie w otaczającym nas świecie – zapewne odnajdziemy po części siebie w każdej z tych osób, a być może znajdziemy pasujące do nich odpowiedniki w gronie naszych znajomych.

I tak oto możemy zapoznać się z następującymi historiami:
-Wojtka, który wyjechał do Niemiec za pracą pozostawiając w Polsce swoją rodzinę i wdając się w niespodziewany romans z koleżanką z pracy
-Maliny – żony Wojtka, której życie kręci się wokół domu i dbania o syna, jednak po wyjeździe męża stała się kobietą zaniedbaną
-Karoliny – przyjaźni się z Maliną, pracuje w dużym wydawnictwie i nie spieszy jej się do zakładania rodziny i ustatkowania się – no, może wyglądałoby to inaczej, gdyby trafiła w końcu na odpowiedniego mężczyznę
-Daniela – brat Karoliny, ambitny prawnik, który jednak zabawia się dziewczynami
-Dagmary – debiutująca pisarka, która jeszcze nie odnalazła całkowicie swojego sposobu na życie
-Konrada – na pozór facet idealny, ale wiemy, że pozory mylą…

Z jednej strony ukazanie poszczególnych historii w sposób, jaki uczyniła to autorka okazuje się być strzałem w dziesiątkę – różnorodność charakterów i problemów daje wrażenie tego, że książka jest bardzo życiowa i realistyczna. Niestety, zawsze miałam problem w odnalezieniu się w tego typu zabiegach…  Gdy już nieco zapoznam się z daną postacią i być może chciałabym jej towarzyszyć dalej, następuje przeskok do nowej narracji, w której na nowo muszę się odnaleźć. Dla mnie jest to niestety problematyczne i nieco kłopotliwe, osobiście wolę książki, które stanowią jednolity ciąg – nie przeszkadza mi duża liczba bohaterów, ale uważam, że na kilkudziesięciu stronach ciężko oddać wszystko to, co by się chciało. Autorka faktycznie opisuje przeszłość i teraźniejszość bohaterów, ale nie byłam w stanie na dłużej zatrzymać się przy którejś z historii.

Język pani Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak jest dojrzały i jeżeli chodzi o lekkość pióra i styl w granicach smaku, to tutaj nie można faktycznie napisać niczego złego. Bogate słownictwo, piękne metafory i szczegółowe opisy dają jasny obraz całej sytuacji. Książka ta niesie ze sobą nie jedno przesłanie, ale na pewno kilka. Każdy z pewnością odnajdzie w niej życiowe prawdy i mądrości, a i na pewno znajdą się osoby, które poczują się poruszone emocjonalnie – tutaj po raz kolejny przejawia się moje indywidualne i nieco odbiegające od rzeczywistości podejście do życia, które nie zawsze umożliwia mnie odczuwanie wszystkiego tak, jak się powinno. Jednak w tej książce poruszone zostały naprawdę poważne tematy – ciężka choroba, śmierć, nadzieja, aborcja, poszukiwanie swojej ścieżki życiowej, trudności dnia codziennego…

„Nie lubię kotów” to powieść, która nie do końca do mnie przemówiła, głównie ze względu na konstrukcję, ale jednak posiada ona swój specyficzny klimat oddający smutek i beznadzieję sytuacji, w jakich znaleźli się bohaterowie. Znawcą tego gatunku nie jestem, ale mogę snuć podejrzenia, że osoby, które częściej sięgają po tego typu pozycje powinny być naprawdę zadowolone – być może to moja kobieca intuicja mi to podpowiada. Do mnie książka nie przemówiła i nie mogłam się w niej odnaleźć, a także zaangażować mocno w lekturę, ale to nie oznacza, że będzie tak z każdym. Jeżeli tylko coś wewnątrz Was podpowiada Wam, że powinniście spróbować – śmiało, zróbcie to!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

nk.com.pl



Książka nawet ma swój trailer :) dosyć klimatyczny :)

A ja ciekawa jestem, czy kiedyś całkowicie "dojrzeję" do książek obyczajowych...

niedziela, 19 października 2014

"Cienie ziemi" - Beth Revis

http://publicat.pl/dolnoslaskie/oferta/beletrystyka-dla-mlodziezy-15/cienie-ziemi_65,6174,6836.html

 Beth Revis zadebiutowała swoją powieścią „W otchłani”, którą naprawdę bardzo miło wspominam. W przypadku trylogii wiem, że w sumie zakończenie serii nastąpi dosyć szybko, co z jednej strony mnie bardzo cieszy, bo wiem, że będę mogła dowiedzieć się, jak skończyły się losy bohaterów… z drugiej jednak strony ciężko mi się rozstać z historią, która gdzieś tam ciągle krąży w mojej głowie. Przyszedł jednak czas sięgnięcia po finał trylogii, „Cienie ziemi”, którego nie mogłam się doczekać, od kiedy tylko przeczytałam opis fabuły po angielsku – od tamtej pory miałam swoją wizję tego tomu, a jak odebrałam wizję autorki?

Część mieszkańców „Błogosławionego” postanowiła wraz ze Starszym i Amy opuścić statek i wylądować na Centauri-Ziemi. Nie wiedzieli, co tam na nich czeka, ani czy w ogóle będą w stanie tam wylądować, a co dopiero przetrwać. Mówi się, że optymistyczne nastawienie bywa pomocne, ale niestety nie w tym przypadku – planeta, która była ich głównym celem okazuje się być dziką puszczą pełną niebezpieczeństw. Zagrożenie goni zagrożenie, giną ludzie, piętrzą się tajemnice… Amy i Starszy domyślają się, że nie są jedynymi mieszkańcami tej planety, ale kto jeszcze może się na niej znajdować, skoro to dopiero oni mieli ją zasiedlić? 

Tak na dobrą sprawę to nie wiem od czego zacząć… Naprawdę się cieszę, że miałam okazje zapoznać się z tak znakomitą serią, ale jak już wspominałam wyżej – jest mi też trochę smutno, że to koniec. Właściwie przez cały czas nie byłam pewna, jak to wszystko się zakończy, a przyznam szczerze, że rozwój wydarzeń i ich przebieg w tej części są najbardziej zaskakujące i poruszające. Pojawia się większe pole do działania, bowiem „Błogosławiony” był zamkniętą przestrzenią, z którą czytelnik już zdążył się całkiem dobrze zapoznać. Teraz trafiamy na dziką planetę, z całkiem nieznaną florą i fauną oraz czymś, co się kryje wśród cieni i drzew. Nie mogę Wam zdradzić, co to takiego, ale przyznaję – autorka mnie zaskoczyła. Spodziewałam się czegoś innego, ale pomysł pani Revis przypadł mi do gustu.

W tej części poznajemy w końcu bohaterów, którzy trwali w stanie zamrożenia. Główną rolę odgrywają tutaj rodzice Amy. Jej matka pracuje jako naukowiec i przyznaję, że niezwykle podobał mi się wątek prowadzenia badań, chociaż nie był rozwinięty w tak dużym stopniu, ale nie dziwi mnie to, bowiem nie stanowi to głównego motywu tej historii. Był to jednak miły dodatek. Ojciec Amy jest bohaterem, który ma bardzo trudny i ciężki charakter. Początkowo bardzo ciężko zapałać do niego sympatią. Niestety, pojawiają się tutaj konflikty pomiędzy ludźmi z Sol-Ziemi i mieszkańcami „Błogosławionego”. Autorka w bardzo umiejętny sposób umieściła tutaj jakże istotny problem różnic rasowych i bycia człowiekiem. Strach, lęk i niepewność – to towarzyszy zarówno ludziom ze statku jak i podwładnym ojca Amy, ale wiedzą, że muszą wspierać się nawzajem, aby przetrwać.

Pani Beth Revis przepięknie odpisuje warunki panujące na nowej planecie, dzięki czemu przed naszymi oczami powstaje bardzo barwny obraz nowego miejsca akcji. Fabuła jest wciągająca i niezwykle zaskakująca. Ciężko się oderwać od czytania, a im bardziej dajemy się porwać tej historii, tym większy wpływ ona na nas wywiera. Staje się emocjonalną bombą, która zmusza nas również do refleksji. Ukazuje naturę człowieka, ale także cechy takie jak honor i oddanie. Wątek miłosny jest tutaj zaledwie dopełnieniem całości, nie zdominował tego, co najważniejsze, ale co ciekawe – mimo tego, że Amy i Starszy są nastolatkami, ich uczucie jest czymś więcej niż mogłoby się wydawać. Ta dwójka potrzebuje siebie nawzajem, zwłaszcza po tym co przeszli, dlatego to, co autorka serwuje nam już pod koniec całej historii po prostu rozrywa nas od wewnątrz, a serce rozpada się na kawałki.

„Cienie ziemi” to książka, która naprawdę niezwykle mi się spodobała i wzbudziła wiele skrajnych emocji. Na pewno cała seria na długo pozostanie w moim sercu i pamięci. Historia Amy i Starszego jest dojrzała i głęboka, niesie ze sobą bardzo istotne przesłanie, które z pewnością każdy zauważy – być może dopiero po zakończeniu całej serii, może już wcześniej, ale jestem przekonana, że ten cykl da Wam do myślenia. Wciągająca fabuła, znakomicie wykreowani bohaterowie, doskonałe tempo, rosnące napięcie i całe mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji oraz duża dawka emocji – czego chcieć więcej? Z całego serca polecam Wam zapoznanie się z tą serią!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:



Znacie tę serię? Jakie macie odczucia? :)