poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"Czy rzucono na Ciebie klątwę?" - Alexandra Chauran

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/czy-rzucono-na-ciebie-klatwe/

Znacie to powiedzenie, że „jak się zaczyna walić, to już wszystko?” – z pewnością. Na pewno każdy człowiek znalazł się kiedyś w tak beznadziejnej sytuacji, że jeden problem gonił drugi. Mamy wtedy wrażenie, że świat się na nas uwziął, że los płata nam figle, że na nic takiego nie zasłużyliśmy. A o czym wtedy myślą osoby przesądne, które od razu zmieniają trasę, gdy czarny kot przebiegnie im drogę? „Na pewno ktoś rzucił na mnie klątwę!” – chociaż kto wie, może nie tylko osoby przesądne tak mają…

Prawda taka, że nie raz zastanawiamy się czy nie ciąży nad nami jakieś fatum i szukamy różnych sposobów na pozbycie się go. Pech nie służy nikomu. Alexandra Chauran w swojej książce uczy nas rozpoznawania złych uroków oraz przedstawia kilka metod na pozbycie się ich. Spodobało mi się to, że poruszyła bardzo istotną sprawę – gdy poszkodowana osoba zgłasza się po pomoc do wielu „cudownych uzdrowicieli”, którzy ogłaszają się w telewizji, gazetach i wszędzie, gdzie tylko się da, często mija się to z celem. Pani Chauran wyczula nas na to, abyśmy zwracali uwagę na osobę, do której zwracamy się po pomoc, bowiem często jest to tylko próba wyłudzenia pieniędzy. A wtedy stan naszej „klątwy” pogłębia się jeszcze bardziej, bowiem zaczynamy myśleć, że już nic nie jest w stanie nam pomóc. A tak nie jest!

Książka ta jest naprawdę dobrą rzeczą dla osób, które podejrzewają, że ktoś ich przeklął. Warto samemu zapoznać się z informacjami zawartymi w tej publikacji. Pierwsza część to oczywiście krótkie wyjaśnienie czym może być klątwa i czy aby na pewno mamy do czynienia z nią czy po prostu ze zwykłym zbiegiem okoliczności. Niektóre sposoby rozpoznawania tego były zadziwiające i wyjątkowo proste. Autorka porusza również kwestię psychologii i naszego umysłu, bowiem myśli mają siłę sprawczą, a te negatywne szczególnie. W końcu, „psychologia i magia są ze sobą nierozerwalnie splecione”.  Pani Chauran zrobiła bardzo dobrą rzecz opisując różnice między klątwą a zbiegiem okoliczności – bowiem samo rozpoznanie problemu to już połowa sukcesu.

Druga część skupia się już na metodach walki z klątwami. Jak się okazuje klątwę można rzucić na wszystko: na człowieka, przedmiot, a nawet miejsce. Alexandra Chauran przedstawia proste metody na pozbycie się ich, pisze również o duchowym oczyszczaniu, porusza tematykę aury, czakr, tworzenia strażnic, codziennej modlitwy czy medytacji, które stanowią podstawę ochrony psychicznej. Całość napisana jest bardzo przystępnym językiem, a techniki przedstawione przez autorkę nie są niczym skomplikowanym – jednym słowem nie trzeba być urodzoną czarownicą czy uzdrowicielem, aby sobie z nimi poradzić. Każdy może się zmierzyć z tymi metodami i jest spore prawdopodobieństwo, że mu one pomogą. 

Myślę, że książka „Czy rzucono na Ciebie klątwę?” jest takim podstawowym zbiorem informacji dotyczącym złych uroków i radzenia sobie z nimi. Osoby, które podejrzewają, że ktoś zdecydowanie źle im życzył i znalazło to odzwierciedlenie w ich życiu powinny po nią sięgnąć, aby znaleźć rozwiązanie. Jednak również osoby, które interesują się magią ochronną znajdą tutaj dla siebie kilka drobiazgów, które wzbogacą ich umysły o nową wiedzę. Czytając książkę bardzo pozytywnie można odebrać samą autorkę, która nie owija w bawełnę i przedstawia prawdę taką, jaką jest i już tylko z tego powodu warto się z nią zapoznać. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

illuminatio.pl




Trochę mnie tu nie było, ale sporo rzeczy ostatnio mi się zwaliło na głowę i tak jakoś wyszło, że przymierzałam się i przymierzałam... i dopiero teraz się udało. Przede mną wolny tydzień, w ciągu którego skończę 21 lat. Wielkimi krokami zbliża się sesja i obrona pracy licencjackiej. Życzę Wam udanej majówki! :)

środa, 16 kwietnia 2014

"Bransoletka z kości" - Kevin Crossley-Holland

http://ksiegarnia.bellona.pl/index.php?c=fut&bid=6855&page=1

„Bransoletka z kości”… światowy bestseller, który wyszedł spod pióra mistrza fantasy – Kevina Crossley-Hollanda. Wstyd, że nie znam tego autora? Jeśli tak to właśnie to nadrobiłam i sięgnęłam po pierwszą cześć Sagi o Wikingach. Wraz z niespełna piętnastoletnią Solveig z rodu Wikingów wyruszyłam w daleką podróż, podczas której przemierzałyśmy Europę z początku II tysiąclecia. Nasza wyprawa nie była usłana różami i nie obfitowała w pałacowe wygody, ale myślę, że Solveig to nie przeszkadzało…

Gdy otworzymy książkę to pierwsze, co rzuci nam się w oczy to spis postaci, których jest dosyć sporo oraz mapa. Wydawałoby się, że to typowa mapka, jaką można spotkać w wielu książkach fantasy, ale tutaj mamy do czynienia z dobrze znanymi nam nazwami: Polska, Dania, Irlandia, Jerozolima… W pierwszej chwili nie byłam pewna, czy jest to powiązanie historii z fikcją literacką, czy może jednak faktycznie jest to prawdziwe odwzorowanie Europy z dawniejszych czasów. I wiecie co? Nadal nie jestem pewna – historykiem nigdy nie byłam, ale ta opowieść ma w sobie pewną magię, która zdecydowanie umiejscawia ją gdzieś pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Jednakże dzięki tej mapie możemy zobaczyć, w jak daleką drogę udała się Solveig.

Podczas tej podróży napotykamy całe mnóstwo różnych osób. Jedni są przyjaźni, inni nieco mniej… Jednak Solveig jest dziewczyną, która idzie w zaparte – nic jej nie zniechęci do dalszej podróży, bowiem jej cel jest wart wielu wyrzeczeń. To niesamowite, jak ta młoda dziewczyna wierzy w siebie i w to, że jej się uda. Jednak ciężko było mi się z nią zżyć, być może ze względu na trzecioosobową narrację. Może w tym przypadku lepszym zabiegiem byłoby poznawanie historii z punktu widzenia tej młodej dziewczyny, dzięki czemu można by poznać ją nieco lepiej, bowiem jedyne cechy, które dostrzegłam to faktycznie wiara w sukces i hart ducha.  Podobnie sprawa ma się z pozostałymi bohaterami – jest ich sporo, ale żaden nie zapadł mi w pamięć. Rozumiem, że w takiej podróży można spotkać wiele osób, więc zrozumiały jest fakt tak sporej liczby postaci, ale zabrakło mi wyrazu w każdej z nich.

Problem miałam również z wyobrażeniem sobie książkowego świata, a to zdarza mi się bardzo rzadko. W pewnym stopniu widziałam każdą przygodę Solveig, ale nie w takim stopniu, jak bym chciała – były to zaledwie zarysy miast, statków, lądów. W przypadku takich historii lubię dokładne i wyczerpujące opisy, dzięki którym mogę pobudzić swoją prawą półkulę mózgu. Tutaj czuję wybitnie niedosyt, a szkoda, bowiem Wikingowie zawsze mieli w sobie coś, co mnie intrygowało i z chęcią zapoznałabym się z książką, która umożliwi mi poznanie ich świata. Trochę za mało Wikingów w Wikingach. Podróż, w którą wyruszamy wraz z Solveig nie jest łatwa, ale jak na mój gust przebiegła zbyt szybko. Osobiście rozbiłabym tę powieść na dwie i bardziej rozbudowała wiele wątków, aby czytelnik faktycznie mógł przeżyć niesamowite przygody.

Akcja toczy się tempem umiarkowanym, ale nigdzie nie zabawiamy na dłużej – a szkoda. Napięcia nie doświadczyłam żadnego, podobnie jak emocji. Zabrakło mi tutaj głębi, która nadałaby historii i bohaterom wyrazu. Autor posługuje się prostym językiem, który wraz z lekką i nieskomplikowaną fabułą sprawia, że jego powieść czyta się bardzo szybko. Liczy ona sobie około 330 stron, więc spokojnie można się przysiąść i zapoznać się z nią w jeden wieczór. Muszę też poruszyć kwestię graficzną okładki – jest naprawdę klimatyczna i gdyby podobna atmosfera panowała w książce, byłoby znakomicie. Niestety niezbyt ją odczułam. Ale to zapewne dzięki okładce moja wyobraźnia pobudziła się choć trochę.

„Bransoletka z kości” nie jest całkowicie złą lekturą – myślę, że po prostu nastawiłam się na coś zupełnie innego, a hasło „mistrz literatury fantasy” jeszcze bardziej to pogłębiło. Jednakże jestem przekonana, że znajdą się osoby, którym książka przypadnie do gustu. Ma w sobie potencjał i może zaciekawić czytelnika, ja po prostu miałam jej nieco inną wizję. Jednak myślę, że osoby początkujące w tym typie literatury powinny się z nią zapoznać, bo być może znajdą tutaj coś dla siebie. Jeżeli o mnie chodzi to po pewnym czasie traktowałam ją wybitnie jako lekką, odstresowującą lekturę, przy której nie muszę za dużo myśleć. Nadal mam trochę sprzeczne odczucia, bo z jednej strony widziałam w niej pewne plusy i potencjał, a z drugiej czuję rozczarowanie. Pojawia się więc również problem z adekwatną oceną… może tak 5/10?

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Czarownice z Arnes" - David Marti

http://ksiegarnia.bellona.pl/index.php?c=cat&cid=298&bid=6881&page=0

Prześladowania czarownic były obecne w wielu erach historycznych. W średniowieczu palono je na stosie, torturowano, aby przyznały się do konszachtów z diabłem, a potem skazywano na śmierć. Wiele osób zapewne kojarzy słynny proces z Salem z 1692 roku, gdzie liczba podejrzanych wyniosła 200 osób, część stracono, większość torturowano, a innych wsadzono do więzienia. Prawda jednak taka, że żadna szanująca się czarownica nie dałaby się złapać! Wszystkie procesy o czary i palenie na stosie to chore wymysły ludzi, którzy nie mieli otwartych umysłów… albo tych, którzy mieli władzę i chcieli pozbyć się niewygodnych osób.

Rok 1533. W otoczeniu pięknej przyrody lasów i góry znajduje się miasteczko Arnes. Jego mieszkańcy znają się nawzajem, ufają sobie i niosą pomoc potrzebującym. Szczęśliwe wieści szybko się rozchodzą, tak więc, kiedy młoda Maria rodzi swoje pierwsze dziecko, w jej domu panuje gwar i harmider. Świeżo upieczona babcia Magdalena pragnie powitać swoją wnuczkę starożytną modlitwą zwracając się do sił natury. Niestety, jest to uznawane za herezję, a świadkiem tego wydarzenia jest proboszcz, który zrobi wszystko, aby wyplenić czarownice ze swojego miasta. Gdy córka Marii – Luna – dorasta, jej rodzinie nadal grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy kobiety będą w stanie wygrać tę nierówną walkę i obronić swoje dobre imię?

Jakże bym mogła przejść obojętnie obok książki o czarownicach? Toż to oczywiste, że bym nie mogła. Rzecz niewykonalna, bowiem to jeden z moich ulubionych motywów literackich. Niestety, problem tkwi w tym, że w sumie znam się na czarownicach całkiem nieźle (i nie mam tutaj na myśli machania różdżką i wołania „czary mary, hokus pokus!”), więc ciężko mnie zadowolić. Oczywiście nie mam nic przeciwko, gdy autor puści wodze fantazji i do naturalnej historii o wiccankach doda trochę fantasy, ale jednak w dużej mierze skupiam się na szczegółach i faktach oraz zgodności z wiedzą tajemną. Jeśli chodzi o „Czarownice z Arnes” to jest to powieść raczej przeciętna.

Fabuła w sumie dosyć oczywista, jeśli chodzi o prześladowanie czarownic, ale co ciekawe – okazuje się, że kobiety mają spore wsparcie i nikomu wierzyć się nie chce w ich konszachty z siłami nieczystymi. Jednakże tak naprawdę ja sama nie odebrałam ich jako kobiety, które można zaliczyć do grona czarownic. Zabrakło mi rytuałów i praktyk, jednak spodobało mi się przywiązanie, które było obecne między Luną i Marią. Relacja matka-córka zawsze była dla mnie czymś pięknym i mimo że nie jest ona tutaj oddana idealnie to i tak potrafiłam sobie braki dopowiedzieć i chwilami się wzruszyłam. Jednakże jeżeli chodzi o jakieś większe dawki emocji to zdecydowanie ich brak, a dialogi momentami wydają się być płytkie i puste.

Książka jest napisana prostym i lekkim językiem, dzięki czemu naprawdę bardzo szybko można zapoznać się z całą historią. Nie trzeba przy niej za dużo myśleć i pozostawać w skupieniu, to raczej lektura na jeden wieczór, gdy mamy ochotę zapomnieć o otaczającym nas świecie i się zrelaksować. Fabuła w sumie jest przemyślana, wydarzenia następują po sobie chronologicznie i jest w tym widoczna logika, ale jak na mój gust wszystko dzieje się zbyt szybko. Akcja pędzi jak szalona nie pozwalając czytelnikowi przystanąć na chwilę w celu przeanalizowania sytuacji. Burzy to też stopniowanie napięcia, które w kilku momentach faktycznie mogłoby być wyczuwalne. Bohaterowie są mało wyraźni i słabo nakreśleni, a szkoda, bo można by naprawdę stworzyć ciekawe postacie.

Myślę, że ta powieść to dobry zarys na serial bądź całą serię książek, ponieważ pomysł jest dobry i można by go naprawdę ciekawie rozbudować. Autor niepotrzebnie zamieścił całą historię na 260 stronach, gdyż mógł stworzyć intrygującą historię z silnymi bohaterkami na czele. Niestety, potencjał nie został wykorzystany odpowiednio. Jednakże książkę tę czytało mi się dobrze i myślę, że czasami takie proste lektury potrzebne są każdemu. Niewymagająca powieść z szybko rozwijającą się akcją, chwilami poruszająca, momentami subtelnie wciągająca. Typowa lektura na jeden wieczór, którą czytelnik przeczyta w ramach odstresowania i zapomni. Ale jak już mówiłam – tego nasz mózg również potrzebuje! Decyzję o przeczytaniu pozostawiam Wam :)

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

bellona.pl

środa, 9 kwietnia 2014

"Magia krwi" - Tessa Gratton

http://publicat.pl/dolnoslaskie/oferta/beletrystyka-dla-mlodziezy-15/magia-krwi_65,6174,6286.html

Książek młodzieżowych z motywem magii jest już na naszym rynku całkiem sporo. Mniej niż tych o wampirach, ale zawsze coś. Zawsze miałam słabość do czarownic, rytuałów magicznych i czarów, dlatego z ogromną przyjemnością sięgam po takie powieści, mimo że coraz częściej łapię się na tym, że młodzieżówki przestają do mnie trafiać. No tak, starość nie radość! Ale zawsze warto wrócić do tych dni, gdy miało się 16 lat, a wiele książek to umożliwia…

Silla Kennicot niedawno straciła oboje rodziców. Po mieście krążą plotki, że jej ojciec był niezrównoważony psychicznie, a dziewczyna mogła to po nim odziedziczyć. Silla nie wierzy jednak w ani jedno słowo policji czy psychologa, do którego chodzi w ramach terapii. Wkrótce licealistka otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której znajduje księgę z magicznymi zaklęciami i list od nieznanego jej Diakona, który twierdzi, że znał jej ojca. Wraz ze swoim bratem Reese’m i nowo poznanym sąsiadem Nickiem, dziewczyna zgłębia sztukę magiczną, jednak nikt z nich nie wie, jakie niebezpieczeństwo na nich czyha.

https://www.goodreads.com/book/photo/11525393-blood-magic
Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia – Silli i Nicka. Okazuje się, że każde z nich ma wśród swoich przodków maga, a wykonywanie rytuałów przychodzi im z łatwością. Podział narracji na dwóch bohaterów zawsze był zabiegiem, który uważałam za coś dobrego, ponieważ umożliwia to zobaczenie dwóch różnych perspektyw i poglądów. W pierwszej chwili jesteśmy Sillą, która nie chce zapomnieć o swoich rodzicach i chce się rozwijać magicznie, a w drugiej stajemy się Nickiem, który boryka się ze swoją przeszłością, a Sillę traktuje jako swoją nadzieję na nowe, lepsze życie.Dodatkowo pojawia się jeszcze jedna narracja – pisana w formie pamiętnika historia Josephine Darly. Jednak dopiero po pewnym czasie dowiadujemy się, co ona ma wspólnego z teraźniejszością w Missouri.

Wątek magiczny został zrealizowany całkiem nieźle – przebieg rytuałów, zaklęcia i składniki są odpowiednio dobrane i widać, że autorka nie chciała pójść na łatwiznę. Przemyślała ten motyw i postarała się zrealizować go jak najlepiej – wyszło całkiem nieźle. Kreacja bohaterów również jest dobra, ale niestety nie zżyłam się z nimi za bardzo. Silla momentami jest lekkomyślna i dziecinna, ale ogółem nie wzbudza negatywnych emocji. Nick wydał mi się trochę za mało wyraźny, a Reese stanowczy i opiekuńczy. Najbardziej kolorową postacią okazuje się być przyszywana babcia rodzeństwa, która jest zdecydowanie postacią drugoplanową. Oczywiście pojawia się też czarny charakter, nie napiszę Wam, kto to jest, bo wiadomo – cała przyjemność czytania idzie się przejść, ale mam tutaj pewne zarzuty – brak indywidualnych cech, typowy stereotyp złego bohatera.

Tempo akcji raczej przez cały czas utrzymuje się na jednym poziomie. Fabuła w sumie ma w sobie coś intrygującego, co nas wciąga i sprawia, że chce się czytać dalej. Myślę, że sporą rolę odgrywa tutaj ciekawość budząca się w czytelniku – jaki związek ma historia panny Darly z losami Silli, czy jej ojciec naprawdę był magiem i czy łączyło go coś z rodziną Nicka, jak to wszystko się skończy, kto zagraża bohaterom? W moim przypadku pojawiła się jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju – Diakon. Bohater ten zainteresował mnie od samego początku, mimo że nie występuje tutaj w formie fizycznej. Mam nadzieję, że autorka rozwinie jego wątek w kolejnych częściach, bo liczę na to, że będzie to bardzo interesująca postać! Przynajmniej takie sprawia wrażenie…

https://www.goodreads.com/book/photo/12394197-blood-magicZapewne nikogo nie zdziwi fakt, że pojawia się tutaj element romansu. Rzecz nieunikniona, chociaż dla mnie momentami zbędna. Jednak jest to dodatkowy wątek, który urozmaica fabułę i sprawia, że wiele Nig dy do mnie nie trafi miłość od pierwszego wejrzenia, gdzie już po paru stronach dziewczyna i chłopak są w siebie zapatrzeni jak w obrazek, ale przymknęłam na to oko. Bardziej ubodło mnie to, że doskonale wiedziałam, kto okaże się czarnym charakterem – było to dla mnie przewidywalne, ale biorąc pod uwagę ile już takich historii mam za sobą, nie zdziwiło mnie to.
osób odbiera książkę pozytywniej. Na szczęście nie mamy tutaj do czynienia z trójkątem miłosnym, a związek pomiędzy bohaterami nie jest przesadzony czy przesłodzony.

„Magia krwi” nie jest złą książką, jednak przypomina nieco inne, znane mi historie. Niektóre rozdziały czytało mi się lepiej, inne nieco gorzej, ale całość oceniam w miarę pozytywnie. Autorka ma u mnie plusa za to, że nie boi się rzucać bohaterom kłód pod nogi, nie obawia się dać im porządnie w kość, a co więcej – pojawia się nawet gwałtowna śmierć. Lubię motyw magii, dlatego powieść tę czytało mi się przyjemnie. To taka lekka lektura na parę godzin, która na pewno znajdzie swoich zwolenników (a pewnie bardziej zwolenniczki). Parę lat temu byłabym nią pewnie mile oczarowana, a będąc na początku drogi z tego typu literaturą może bym była nawet zachwycona. Teraz nieco ciężko mi ją ocenić, ale myślę, że jeżeli ktoś lubi tego typu książki to może się skusić. Osoby mające ochotę na przygodę oderwaną od rzeczywistości, która pozwoliłaby im się zrelaksować i zapomnieć o otaczającym świecie też powinny po nią sięgnąć. Poleciłabym ją również fanom „Pięknych Istot”, bo tak jakoś nieraz „Magia krwi” skojarzyła mi się z tą historią.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

publicat.pl

piątek, 4 kwietnia 2014

"Impuls śmierci" - Mark Billingham

http://www.burdaksiazki.pl/ksiazki,1,4,789,impuls-smierci.html

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego mordercy zabijają dzieci? Przecież te małe istotki mają jeszcze nieskalany niczym umysł, są niewinne i nikomu nie robią krzywdy (pomijając skrajności, gdzie ludzie cierpią na ‘dzieciowstręt’ i każdy najmniejszy ruch kilkulatka działa im na nerwy). A jednak nie raz słyszy się o brutalnych zabójstwach dzieci, gdzie ciężko nawet domyślić się, co kierowało mordercą, gdy dokonywał tego czynu…

Floryda to piękne miejsce na spędzenie wakacji. Zwłaszcza kurort Pelican Palms. To właśnie tam trzy pary Brytyjczyków nawiązują znajomość, która utrzymuje się nawet po zakończeniu urlopu. Jednak ostatniego dnia pobytu ma miejsce coś okropnego – w niewyjaśnionych okolicznościach znika córka jednej z mieszkanek owego kurortu. Wydawałoby się, że żadna z par nie ma z tym nic wspólnego, a jednak po paru tygodniach od powrotu sprawa dziewczynki do nich powraca. Okazało się, że została ona zamordowana, a policja przesłuchuje wszystkich możliwych świadków. Czy wśród zwykłych wczasowiczów może kryć się morderca?

Mark Billingham to autor, którego kojarzę tylko i wyłącznie z zapowiedzi książkowych. Kilka jego powieści rzuciło mi się w oczy i wzbudziło moje zainteresowanie, ale żadnej nie było mi dane przeczytać. Aż w końcu padło na „Impuls śmierci”. Lubię powieści kryminalne, dlatego z chęcią sięgnęłam po tę pozycję, która umożliwiła mi również pierwsze spotkanie z tym autorem. Nie jest to może kryminał z najwyższej półki, gdzie intryga goni intrygę, a brutalne mordy i ciężkie śledztwo przeplatają się ze sobą, jednak mimo wszystko warto się z nią zapoznać.

https://www.goodreads.com/book/photo/13625916-rush-of-bloodAutor dojrzałym językiem opisuje każde miejsce, w którym aktualnie osadzona jest akcja – od brzegu basenu, w którym kąpią się wczasowicze aż po poszczególne pokoje w mieszkaniach Brytyjczyków, gdy już wracają z wakacji. Dzięki temu w bardzo łatwy sposób, bez najmniejszego wysiłku, można sobie wyobrazić nawet najdrobniejsze szczegóły. Podobnie sprawa ma się z bohaterami powieści – pokazane zostały indywidualne cechy każdego z nich, co w połączeniu z poprzednim elementem sprawia, że w naszej głowie zaczyna wyświetlać się film. Myślę, że każdy czytelnik lubi, gdy czytanie przemienia się w ekranizację w jego własnej głowie.

Skoro mowa o powieści kryminalnej, to należałoby wspomnieć przede wszystkim o realizacji wątku kryminalnego. Zaginięcie małej dziewczynki jest sprawą dosyć tajemniczą, zwłaszcza gdy dowiadujemy się w jaki sposób została zabita i gdzie porzucono jej ciało. Ten ostatni fakt powoduje, że policja nie ma żadnych śladów, które mogłyby naprowadzić ją na trop mordercy. To sprawia natomiast, że nawet czytelnik ma nie lada zagwozdkę dotyczącą tego, kto zabił. Możemy tylko snuć swoje podejrzenia, a każdy z bohaterów jest potencjalnym zabójcą. Za tak dobre ukrycie i zamaskowanie mordercy panu Billinghamowi należy się uznanie, jednak zabrakło mi tutaj kilku innych ważnych elementów, które sobie cenię: napięcia, brutalności i intrygi.

Akcja toczy się dosyć płynnie, a jej tempo jest w miarę szybkie. Pojawia się tutaj kilka wątków pobocznych związanych z życiem osobistym szóstki bohaterów, ale są one idealnie wpasowane w fabułę i nie rażą w oczy. Pomagają czytelnikowi rozeznanie się w sytuacji każdej z postaci i umożliwiają własne rozmyślania nad tym, kim jest morderca. Muszę się przyznać, że moje przypuszczenia okazały się błędne, a punkt kulminacyjny to jeden wielki, nagły zwrot akcji. Jednak to jeszcze nie wszystko – bo gdy już myślimy, że autor ujawnił przed nami zabójcę, on znowu miesza nam w głowie i dopiero ostatnie strony wyjawiają całą prawdę.

„Impuls śmierci” to książka, którą czyta się lekko i przyjemnie. Brak tutaj ciężkiej i mrocznej atmosfery i nie uznałabym jej za typowy, mocny kryminał, ale nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Była to miła rozrywka, która pozwoliła mi na chwilę oderwać się od otaczającej mnie rzeczywistości. Ma swoje mocne strony, jak i pewne niedociągnięcia, które raczej wynikają z różnych gustów czytelniczych. Autor ma już na swoim koncie wiele powieści, dlatego nie można mu zarzucić tego, że książka jest niedopracowana – po prostu taka była idea, a każdy ma swoje własne upodobania. Autor swoją pracę wykonał dobrze, a książkę zdecydowanie mogę polecić fanom tych nieco lżejszych kryminałów, gdzie pojawiają się również wątki obyczajowe.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

http://www.burdaksiazki.pl