Czy zastanawialiście
się kiedyś, dlaczego mordercy zabijają dzieci? Przecież te małe istotki mają
jeszcze nieskalany niczym umysł, są niewinne i nikomu nie robią krzywdy
(pomijając skrajności, gdzie ludzie cierpią na ‘dzieciowstręt’ i każdy
najmniejszy ruch kilkulatka działa im na nerwy). A jednak nie raz słyszy się o
brutalnych zabójstwach dzieci, gdzie ciężko nawet domyślić się, co kierowało
mordercą, gdy dokonywał tego czynu…
Floryda to piękne
miejsce na spędzenie wakacji. Zwłaszcza kurort Pelican Palms. To właśnie tam
trzy pary Brytyjczyków nawiązują znajomość, która utrzymuje się nawet po
zakończeniu urlopu. Jednak ostatniego dnia pobytu ma miejsce coś okropnego – w
niewyjaśnionych okolicznościach znika córka jednej z mieszkanek owego kurortu.
Wydawałoby się, że żadna z par nie ma z tym nic wspólnego, a jednak po paru
tygodniach od powrotu sprawa dziewczynki do nich powraca. Okazało się, że
została ona zamordowana, a policja przesłuchuje wszystkich możliwych świadków.
Czy wśród zwykłych wczasowiczów może kryć się morderca?
Mark Billingham to
autor, którego kojarzę tylko i wyłącznie z zapowiedzi książkowych. Kilka jego
powieści rzuciło mi się w oczy i wzbudziło moje zainteresowanie, ale żadnej nie
było mi dane przeczytać. Aż w końcu padło na „Impuls śmierci”. Lubię powieści
kryminalne, dlatego z chęcią sięgnęłam po tę pozycję, która umożliwiła mi
również pierwsze spotkanie z tym autorem. Nie jest to może kryminał z
najwyższej półki, gdzie intryga goni intrygę, a brutalne mordy i ciężkie
śledztwo przeplatają się ze sobą, jednak mimo wszystko warto się z nią
zapoznać.

Skoro mowa o powieści
kryminalnej, to należałoby wspomnieć przede wszystkim o realizacji wątku
kryminalnego. Zaginięcie małej dziewczynki jest sprawą dosyć tajemniczą,
zwłaszcza gdy dowiadujemy się w jaki sposób została zabita i gdzie porzucono
jej ciało. Ten ostatni fakt powoduje, że policja nie ma żadnych śladów, które
mogłyby naprowadzić ją na trop mordercy. To sprawia natomiast, że nawet
czytelnik ma nie lada zagwozdkę dotyczącą tego, kto zabił. Możemy tylko snuć
swoje podejrzenia, a każdy z bohaterów jest potencjalnym zabójcą. Za tak dobre
ukrycie i zamaskowanie mordercy panu Billinghamowi należy się uznanie, jednak
zabrakło mi tutaj kilku innych ważnych elementów, które sobie cenię: napięcia,
brutalności i intrygi.
Akcja toczy się dosyć
płynnie, a jej tempo jest w miarę szybkie. Pojawia się tutaj kilka wątków
pobocznych związanych z życiem osobistym szóstki bohaterów, ale są one idealnie
wpasowane w fabułę i nie rażą w oczy. Pomagają czytelnikowi rozeznanie się w
sytuacji każdej z postaci i umożliwiają własne rozmyślania nad tym, kim jest
morderca. Muszę się przyznać, że moje przypuszczenia okazały się błędne, a
punkt kulminacyjny to jeden wielki, nagły zwrot akcji. Jednak to jeszcze nie
wszystko – bo gdy już myślimy, że autor ujawnił przed nami zabójcę, on znowu
miesza nam w głowie i dopiero ostatnie strony wyjawiają całą prawdę.
„Impuls śmierci” to
książka, którą czyta się lekko i przyjemnie. Brak tutaj ciężkiej i mrocznej
atmosfery i nie uznałabym jej za typowy, mocny kryminał, ale nie żałuję, że po
nią sięgnęłam. Była to miła rozrywka, która pozwoliła mi na chwilę oderwać się
od otaczającej mnie rzeczywistości. Ma swoje mocne strony, jak i pewne
niedociągnięcia, które raczej wynikają z różnych gustów czytelniczych. Autor ma
już na swoim koncie wiele powieści, dlatego nie można mu zarzucić tego, że
książka jest niedopracowana – po prostu taka była idea, a każdy ma swoje własne
upodobania. Autor swoją pracę wykonał dobrze, a książkę zdecydowanie mogę
polecić fanom tych nieco lżejszych kryminałów, gdzie pojawiają się również
wątki obyczajowe.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: