czwartek, 31 października 2013

"Odd Thomas. Diabelski pakt" - Dean Koontz & Queenie Chan

http://wydawnictwosqn.pl/ksiazki/odd-thomas-diabelski-pakt/

Z twórczością Dean’a Koontz’a zapoznałam się dopiero niedawno. Mam za sobą dwie jego powieści, a teraz w moje ręce trafiła powieść graficzna współtworzona z Queenie Chan. Tak więc miałam do czynienia z czymś, co do tej pory nie było mi znane. Nigdy nie sięgałam po komiksy, więc nie mam w tym temacie żadnej znajomości, a co dopiero doświadczenia. Jednak mimo wszystko spróbuję podzielić się z Wami moimi odczuciami na temat tej pozycji.

Odd Thomas jest młodym, zwyczajnym chłopakiem. Pracuje jako kucharz w małej knajpce w Pico Mundo. Dobra, słowo „zwyczajny” jednak nie do końca do niego pasuje, bowiem Odd jest medium – widzi martwych ludzi. Któregoś dnia na ulicy spotyka ducha małego chłopca – to pierwsza oznaka tego, że w jego miasteczku pojawiło się coś złego, co należy wyplenić. Wraz z pomocą miejscowej policji i swojej niesamowitej dziewczyny o imieniu Stormy, Odd stara się pokonać tajemniczego prześladowcę, który jednak ciągle wydaje się być sprytniejszy. Czy dopuści się kolejnego morderstwa?

Początkowo było mi nieco trudno wczuć się w czytanie. Dopiero po jakimś czasie zdołałam się przestawić i szło mi już znacznie lepiej. Komiksy w odczuciu wielu osób mają zapewne jedną ważną zaletę – cała historia jest przedstawiona obrazowo. Widzimy każde miejsce odwiedzane przez bohaterów, każdą sytuację, każdy przedmiot. Jednak uważam, że książka porusza wyobraźnię dużo bardziej, ponieważ daje nam większe pole do popisu. Sami możemy sobie wykreować w głowie wizję autora, a komiks na to nie pozwala  - dlatego chyba nie do końca ten typ rozrywki do mnie przemawia.

Sam pomysł na fabułę był całkiem przyjemny, mimo że trochę oklepany. Jednakże z przyjemnością śledziłam losy bohaterów, którzy przypadli mi do gustu. Są dobrze wykreowani i zyskują sympatię czytelnika. Historia trochę przewidywalna, ale nie całkowicie. Odczułam jednak brak napięcia i myślę, że wiąże się to właśnie z brakiem opisów, które potrafią we mnie to napięcie wywołać. Tutaj mój wzrok padał jednak na całe strony, więc chcąc nie chcąc, widziałam mniej więcej co się wydarzy. Nie chcę, żebyście myśleli, że uważam tę pozycję za złą, bo tak nie jest. Po prostu moja miłość do książek wzięła górę, ale komiks stanowił miłe urozmaicenie – poza tym zawsze warto spróbować czegoś nowego. Nie jest to może wybitne dzieło, ale z pewnością nada się na chwilę relaksu w jesienne wieczory.

Muszę przyznać, że do gustu przypadły mi ilustracje – ciekawa tylko jestem, jakby wyglądały w kolorze, bowiem są czarno-białe. Ogółem była to przyjemna odmiana i odskocznia od typowych opowieści. Może nawet jeszcze kiedyś sięgnę po inne powieści graficzne, kto wie. „Odd Thomas. Diabelski Pakt” to zdecydowanie pozycja, która ma nam zapewnić rozrywkę na jeden wieczór. Czyta się szybko i przyjemnie, a fabuła potrafi nas wciągnąć. Każdy, kto lubi rozwiązywać zagadki powinien być zadowolony. Wystawiam ocenę 6/10 za mile spędzony czas i poszerzenie horyzontów.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

http://wydawnictwosqn.pl

poniedziałek, 28 października 2013

"Uzdrawianie energetyczne" - dr Meg Blackburn Losey


Medycyna niekonwencjonalna jest dosyć kontrowersyjną sprawą. W wielu przypadkach spotyka się z bardzo sceptycznym podejściem, a i również z ogromną negacją jej metod. Jednakże nigdy jeszcze nie słyszałam o cudzie „samouzdrowienia” w przypadku medycyny konwencjonalnej, natomiast cuda dokonywane przez uzdrowicieli i terapie naturalne już się zdarzały. Powiem więcej – sama to stosuję i działa!  Prawda taka, że „tonący brzytwy się chwyta”, a chory człowiek jest w stanie spróbować wszystkiego, bo i tak nic nie traci, może tylko zyskać.

Do kolejnej książki dr Meg Blackburn Losey podchodziłam z bardzo dobrym nastawieniem, ponieważ jej wcześniejsza książka, którą miałam okazję czytać – „Tajemna historia świadomości” – była wyjątkowo przyjemną pozycją. We wszelkie uzdrawiania naprawdę wierzę, gdyż sama stosuję praktycznie tylko metody niekonwencjonalne i nigdy mi one nie zaszkodziły, a jedynie pomogły. „Uzdrawianie energetyczne” jest pięknie wydaną książką, o większym formacie niż normalna pozycja, która wprowadza nas w sekrety poznania samego siebie, swojego ciała i przedstawia niezwykłe i pomocne możliwości.

Osobiście przepadam za książkami, które są konkretne i na temat – bez zbędnego owijania w bawełnę i niepotrzebnego zapełniania stron. Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że ta pozycja się do takiego rodzaju nie zalicza, ale byłoby to zdecydowanie przegięcie. Po prostu styl pani Losey jest tak bardzo płynny i lekki, że ta kobieta nie potrafiłaby przekazać swojej wiedzy bez stosowania ubarwień i upiększeń. To taka trochę „magiczna otoczka”, która wzmaga atmosferę i klimat. Przyznaję, że tytuł książki wywołał w mojej głowie wizję tego, jak ona będzie wyglądać. Liczyłam na ogromną ilość ćwiczeń i praktyki, a niestety nie dostałam ich za dużo. Właściwie tyczy się tego tylko parę stron końcowych książki, ale jak się okazało – jest tam opisany po prostu cały proces uzdrawiania i nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba. Szybki, ale konkretny i dokładny kurs – to mi się podoba. Kto by pomyślał, że powrót do dobrej formy może być wykonany takim sposobem.

Co więc nas czeka przez większą część tej publikacji? Teoria, teoria i jeszcze raz teoria – ale naprawdę interesująca i dająca do myślenia. Cieszę się, że autorka poruszyła tutaj sporo ciekawych wątków, które się ze sobą w jakimś stopniu łączą. Opisała je z taką lekkością, że ciężko się nie zaintrygować i nie czytać tego z przyjemnością. W bardzo przyjemny sposób możemy sobie przyswoić niecodzienną wiedzę. Energetyka, obce dusze, ciała eteryczne, kundalini, czakramy i meridiany – informacje o tych rzeczach i wielu innych są zawarte właśnie w tej pozycji. Są to w sumie podstawowe, ale również nieco bardziej zaawansowane informacje potrzebne do bycia dobrym uzdrowicielem. Bez nich ani rusz! Wyjątkowo o gustu przypadło mi podejście autorki do wielu spraw, bowiem nie boi się ona tutaj wyrażać i bronić swojego zdania, ale pod żadnym warunkiem go nie narzuca czytelnikowi. Dba o naszą wolność słowa i przekonań.

Jestem zadowolona z tej lektury, z pewnością zajrzę do niej jeszcze nie raz. Warto sobie wynotować najważniejsze fakty, które stanowią podstawę. Książka spodoba się zarówno osobom początkującym, jak i nieco tym bardziej obeznanym w temacie. Bardzo polubiłam styl autorki i sposób, w jaki przekazuje ona swoją wiedzę. Sporo przykładów i historii z życia wziętych – a to coś, co wiele osób uznaje za plus. Dodatkowo tekst uzupełnia mnóstwo ilustracji, dzięki którym jeszcze łatwiej wszystko sobie wyobrazić – w wielu przypadkach takie zdjęcia są istotne, ponieważ dokładnie pokazują to, co zawiera tekst, a my nie zawsze jesteśmy w stanie to idealnie umiejscowić. Polecam twórczość dr Losey, myślę, że się nie zawiedziecie!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


piątek, 25 października 2013

"Magia indygo" - Richelle Mead


Richelle Mead to jedna z moich ulubionych pisarek. Pokochałam ją przede wszystkim za serię o Georginie Kincaid, ale jak się okazuje, potrafi mnie oczarować każdą swoją książką. „Magia indygo” jest trzecią częścią jej najnowszej serii, która nosi tytuł „Kroniki Krwi”. Oczywiście jestem ogromnie zadowolona z lektury tej książki, wiele osób twierdzi, że to jak do tej pory najlepsza część cyklu. W sumie… ciężko się z tym nie zgodzić, chociaż poziom dwóch pozostałych jest równie wysoki. Ale zacznijmy od początku…

Sydney zawsze była wierna swoim ideałom, które wpoili jej alchemicy. Problem polega na tym, że zaczyna coraz bardziej angażować się w sprawy, które są z nimi sprzeczne. Bardzo zżyła się ze swoimi podopiecznymi w Palm Springs i nie widzi w nich potworów. A zwłaszcza w czarującym moroju o imieniu Adrian. Wciąż stara się zaprzeczyć swoim uczuciom do niego, ale serca nie da się oszukać. Jednak to nie jest jej największy problem. W pobliżu jej miejsca pobytu zaczyna grasować potężna czarownica, która stanowi zagrożenie dla młodych, utalentowanych dziewcząt. Jeżeli Sydney szybko nie nauczy się zaklęć obronnych, może stać się jej kolejną ofiarą…

Wiecie, co najbardziej polubiłam w tej książce? To, że na każdej stronie coś się dzieje. Jest tutaj mnóstwo akcji, co po prostu uwielbiam. Pani Mead dba o swoich czytelników, aby się nie znużyli podczas czytania. Nuda Wam nie grozi – to mogę zagwarantować. Plusem jest tutaj także wielowątkowość i liczba poruszanych motywów – opieka nad Jill, romanse Sydney, nauka magii, groźna czarownica i odkrywanie prawdy o alchemikach. To sprawia, że zostajemy porwani w wir wydarzeń, z którego ciężko nam wybrnąć. Z trudem przerywamy czytanie, bo aż nas serce boli, że opuszczamy ten znakomicie wykreowany świat. Poza tym nie możemy się doczekać dalszego rozwoju akcji, który jest zaskakujący.

Muszę przyznać, że Sydney jest kolejną bohaterką stworzoną przez Richelle Mead, którą niemal pokochałam jak siostrę. Zaradna, inteligentna, odważna – nic tylko się od niej uczyć. Reszta bohaterów jest również znakomicie przedstawiona – są bardzo realistyczni i wielu z nich zyskuje sympatię czytelnika. Jednak muszę wspomnieć o Adrianie Iwaszkowie… ostrzegam dziewczyny! Ten moroj kradnie serca! A na pewno zrobił to z moim… Idealne połączenie zadziorności i arogancji z opiekuńczością i męstwem. Czegóż chcieć więcej?

Fabuła jest wciągająca, czego zapewne już się domyśliliście. Jednak to nie koniec zalet tej książki. Dużym plusem jest styl pani Mead – lekki i płynny, który umila czytanie. Język jest świetnie dopasowany do klimatu, niczego mu nie brakuje – z pewnością nie zarzucicie mu jałowości. Jest też w tej pozycji coś, co uwielbiam w książkach – ogromna dawka emocji. Najlepiej oczywiście poznajemy je z perspektywy Sydney, gdyż to ona jest narratorką historii, ale towarzyszą nam również odczucia Adriana, Jill i całej reszty bohaterów. Wiele razy uśmiech pojawił się na mojej twarzy, ale nie brakowało też lekkiego niepokoju, a co dopiero wzruszenia i rozgoryczenia. Uwielbiam, kiedy książka wzbudza we mnie tak wiele emocji.

Ciężko mi znaleźć tutaj cokolwiek, co bym uznała za minus. Ta historia jest znakomita i dopracowana w każdym calu! Świetnie wykreowany świat i bohaterowie sprawiają, że całkowicie zżywamy się z tą powieścią. Losy bohaterów na długo zapadają nam w pamięci, a co więcej – uważny czytelnik wyciągnie kilka życiowych lekcji z przygód Sydney. Jestem naprawdę ogromnie zadowolona, że udało mi się przeczytać w końcu „Magię indygo” i nie mogę się doczekać kolejnej części! Dawno już tak bardzo nie pokochałam jakiejś historii… pozostaje mi tylko dać ocenę 10/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

 

poniedziałek, 21 października 2013

"Uczennica maga" - Trudi Canavan


Jednym z moich postanowień na wakacje było zapoznanie się z twórczością Trudi Canavan. Dopięłam swego – przynajmniej w tym postanowieniu. Problem pojawił się jednak, gdy stanęłam przed wyborem książki. Padło jednak na „Uczennicę maga”, ponieważ w bibliotece nie było pierwszej części żadnej trylogii. Poza tym rozpoczęcie od prequel’a wydało mi się dobrym pomysłem. Nie nastawiałam się na nic szczególnego, po prostu chciałam w końcu poznać na własnej skórze dzieła pani Canavan.

Tessia jest szesnastoletnią dziewczyną, która mieszka z rodzicami w wiosce Mandryn. Jej ojciec jest Uzdrowicielem, a dziewczyna stale towarzyszy mu podczas leczenia ludzi. Sporo się przy tym uczy i ma nadzieję, że w przyszłości pójdzie w ślady ojca. Problem polega na to, że ludzie nie patrzą przychylnie na kobiety w roli Uzdrowicielek. Nie ufają im, a one nie mają możliwości całkowitego szkolenia. Wszystko się jednak zmienia, gdy Tessia, nie zdając sobie z tego sprawy, posługuje się magią w domu Mistrza Dakona. Była to jedyna droga ratunku przed natarczywym gościem Mistrza, który podobnie jak on jest magiem. Mistrz Dakon bierze pod swoją opiekę młodą uczennicę, która jako samorodna poznaje niesamowity świat pełen magii, ale również intryg, spisków i niebezpieczeństw.

Do gustu bardzo przypadł mi świat stworzony przez autorkę. Typowa kraina fantasy, które po prostu uwielbiam. Został przedstawiony w znakomity sposób – książka obfituje w dokładne i szczegółowe opisy każdego miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Rzadko spotyka się tak dobrze wykreowany świat i tak dopracowane szczegóły. Za to ogromny plus, bo to chyba urzekło mnie tutaj najbardziej. Ucieszyło mnie również to, że autorka nie skupiała się tylko na jednej bohaterce – nie chodzi mi teraz nawet o samo przedstawienie cech charakteru i osobowości każdego z nich, ale o coś znacznie więcej. Całą historię poznajemy z różnych punktów widzenia, a przemyślenia i odczucia każdej postaci sprawiają, że jeszcze lepiej wczuwamy się w klimat powieści

Na pierwszy rzut oka fabuła jest jednowątkowa, ale to nieprawda. Znajdziemy tutaj mnóstwo urozmaiceń i wątków pobocznych, które wzbogacają historię Tessi. Poznajemy wielu magów, uczniów, ale także normalnych ludzi, a każdy z nich ma swoje problemy, które jednak nikną w obliczu zagrożenia, jakim staje się wojna między dwiema sąsiadującymi ze sobą krainami. Książka jest sporych rozmiarów, liczy sobie bowiem 800 stron. To zapewnia nam rozrywkę na więcej niż jeden wieczór, a i nie jest to prosta i lekka pozycja, którą można by sobie przelecieć wzrokiem. Trudi Canavan posługuje się dojrzałym i bogatym językowo stylem, który nadaje książce głębi i powagi. 

Jednak znalazła się pewna niedogodność, która mi nieco przeszkadzała. Mianowicie zabrakło mi dynamiki i szybszego tempa akcji. Jest ono dosyć powolne i nie jeden raz doczułam wrażenie, że wszystko bardzo się rozwleka. To sprawiło, że chwilami byłam znużona i miałam ochotę odłożyć powieść na półkę. Zdecydowanie za mało elementów, które trzymałyby mnie w napięciu. Początek mnie męczył, potem jednak było trochę lepiej – albo się po prostu przyzwyczaiłam, albo faktycznie wszystko lekko przyspieszyło i zrobiło się ciekawiej. Niby tylko jeden minus przeze mnie zauważony, a jednak trochę mnie wytrącił z równowagi, bowiem sam pomysł i wykonanie są naprawdę świetne. 

Cieszę się jednak, że zapoznałam się w końcu z jakąś powieścią pani Canavan. Myślę, że muszę się po prostu przyzwyczaić do jej stylu, a wtedy z pewnością jej książki dostarczą i sporej dawki rozrywki. Fabuła sama w sobie była naprawdę wciągająca, a świat powieści jest niesamowity i potrafi oczarować  i pochłonąć. Przyznam, że po przejściu przez najgorsze momenty, gdy akcja faktycznie wydała mi się zbyt monotonna i nudna, czytało mi się już znacznie lepiej i przyjemniej. Dosyć szybko poradziłam sobie z tymi 800 stronami, a i z chęcią zapoznam się z kolejnymi historiami, które wyszły spod pióra tej autorki. Wystawiam 7/10.

piątek, 18 października 2013

"Tajemnica Nostradamusa" - Judith Merkle Riley


Na przestrzeni dziejów pojawiło się sporo wizjonerów, którzy wykorzystywali swoją wiedzę w różnych celach. Jedni, aby się wzbogacić i mieć z tego czysty zysk, inni, żeby pomóc ludziom. Przepowiednie wielkich jasnowidzów obiegały cały świat – nadejdzie powódź, kryzys gospodarczy, a najwięcej wizji dotyczyło chyba końca świata. Jednak czy jest ktoś, kto został zapamiętany bardziej niż inni? Myślę, że tak, bowiem o jego dokonaniach mówi się do dzisiaj. Domyślacie się, o kim mowa? Mianowicie o Nostradamusie!

Mamy rok 1556 we Francji. To okres panowania Henryka II, jednak na dworze panuje niecodzienna sytuacja. Większe wpływy niż sama królowa – Katarzyna Medycejska – posiada metresa władcy znana jako Diana de Poitiers. Królowa jest zrozpaczona takim rozwojem sytuacji – traci swoje wpływy, mąż nie okazuje jej szacunku ani zainteresowania. Posuwa się więc do czegoś więcej niż zwykli ludzie, aby pozbyć się rywalki. Jednak nawet to jej nie pomaga, pozostaje jej więc tylko jedno – wezwać Nostradamusa.
W tym samym czasie młode dziewczę o imieniu Sybilla mierzy się z własnymi problemami. Nigdy nieakceptowana przez ojca stara się spełniać jego prośby, byle tylko go zadowolić. Do akcji wkracza jednak jej ciotka, która nie pozwala, aby młody duch Sybilli zgasł. Jak się wkrótce okazuje, losy niechcianej córki i królowej Francji mają ze sobą sporo wspólnego…

Wiecie, z beletrystyką historyczną bywa naprawdę różnie. Na pewno każdy się ze mną zgodzi, że takie książki są swego rodzaju wehikułem czasu. Problem w tym, że niektóre z nich szwankują i nie chcą nas przenieść do dawnych czasów. Jednak ten wehikuł działa bez zarzutów! Całkowicie porywa nas na dwór XVI-wiecznej Francji. Judith Merkle Riley zadbała o najdrobniejsze szczegóły, które umożliwiają zatracenie się w powieści i przeniesienie się do roku 1556. Stajemy się nie tylko bacznym obserwatorem, ale również kimś więcej – stajemy się częścią tej powieści, bowiem zżywamy się z bohaterami, a ich losy trafiają do naszego serca. Pięknie opisane miejsca, stroje, przedmioty – to wszystko ma swój nieodparty urok, który potrafi nas oczarować i całkowicie pochłonąć.

Pojawia się tutaj sporo bohaterów, ale od samego początku nie mamy najmniejszego problemu w połapaniu się, kto jest kim. Pomaga w tym zapewne znakomita kreacja postaci, które są niepowtarzalne i oryginalne. Nie jest to książka z rodzaju tych, gdzie doświadczamy rosnącego napięcia i pędzącej akcji. Cechuje ją umiarkowane tempo i rozwój wydarzeń, co umożliwia nam jeszcze lepsze wczucie się klimat i atmosferę. „Tajemnicę Nostradamusa” czyta się lekko i przyjemnie, nie jest to powieść banalna i jałowa – podobnie jak język. Widoczna jest lekkość pióra i kunszt pisarki pani Riley, która naprawdę wykonała kawał dobrej roboty. Z pewnością jest to znakomita rozrywka na kilka wieczorów, bowiem jej format i objętość są nawet spore.

Oczywiście mamy tutaj połączenie faktów historycznych z fikcją, ale wszystko wydaje się być naprawdę bardzo realne. Mimo elementów magicznych, które są oczywiście fantastycznym elementem, historia jest rzeczywista. Cieszę się, że autorka tak umiejętnie wplotła swoje wizje i pomysły w tak ciekawą historię. Te wszystkie spiski i intrygi, mroczne pragnienia, niebezpieczne przepowiednie, magia, uroki, ludzkie pobudki dodają książce charakteru. Jest tutaj nawet spora dawka emocji, a także sytuacje, które wywołują ironiczny uśmieszek na naszej twarzy. A to jeszcze nie wszystko, bo jakby tego było mało, to pewne momenty sprawiały, że śmiałam się bez mała do łez.

Jak widać, „Tajemnica Nostradamusa” to znakomita powieść – jedna z lepszych, które czytałam. Całości dopełnia przepiękna i klimatyczna okładka, od której ciężko oderwać wzrok. Fabuła jest niezwykle wciągająca i intrygująca! Przyznam szczerze, że ta książka mnie po prostu całkowicie porwała i oczarowała – już dawno nie miałam takiej sytuacji, że z tak wielkim trudem odkładałam ją na półkę, żeby zająć się różnymi obowiązkami. Jednak z ogromną przyjemnością wracałam do tych czasów, a ponownie „wczucie” się w akcję nie było żadnym problemem! Gorąco polecam Wam tę pozycję i wystawiam ocenę 9/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:





Przypominam o konkursie :)


środa, 16 października 2013

Hello! I'm Lex! + takie tam...


Pragnę Wam przedstawić zwiastun znakomicie zapowiadającej się książki Giny Damico, której tytuł brzmi "Zgon" :) Premiera już 31 października, a tymczasem nacieszcie oczy trailer'em:

video


Przyznaję szczerze, że jest świetny! Co Wy na to? :)



 Zgon zgonem, ale skoro już jestem przy zapowiedziach to chciałabym Wam przedstawić książki, które bardzo bym chciała zdobyć w najbliższym czasie i dodać do swojej biblioteczki:


I teraz pojawia się pytanie... jak myślicie, na co najlepiej zwrócić uwagę w pierwszej kolejności? Mam trochę dylemat, wiadomo jak to z "biednymi studentami" bywa :D Więc proszę Was o radę...




Pozwolę sobie również skorzystać z okazji na jeszcze jedną rzecz, skoro już się tak rozpisuję... zbliża się Halloween, więc planowałam jakiś konkurs zrobić :) Więc, dlaczego nie teraz? :)


Wzięcie udziału bardzo proste, a mianowicie:

Należy wyrazić w komentarzu chęć wzięcia udziału w konkursie i napisanie, jaki kostium na Halloween uważacie za najlepszy! :)

Do wygrania dwie książki, więc prosiłabym o wybór jednej z nich i napisanie tego również w komentarzu. Dodajcie też swój e-mail, żebym mogła się z Wami skontaktować w razie wygranej!

Czas macie do samego Halloween, czyli 31 października :)

Miło by też było, gdybyście się podzielili tym banerem z innymi :)




No to chyba na tyle... czas się ogarnąć, bo dopiero wróciłam z uczelni :)



Coś nowego od Dreams :)

Witajcie Kochani! Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić trzema zapowiedziami od wydawnictwa Dreams :)


Druga część bestsellerowego „Dotyku” Jus Accardo.

Szóstka ocaliła życie Kale’a, lecz nie obyło się bez konsekwencji. Wymiana. Coś za coś. Życie za życie. Dez nigdy nie przypuszczałaby, że utraci osobę, której oddałaby wszystko. Jakby tego było mało, jej odporność na śmiertelny dotyk Kale’a słabnie.

Kiedy Dez i Kale wyszli cało z Sumrun, ojciec dziewczyny stracił nie tylko najpotężniejszą broń, ale i ważny element projektu Supremacji. Zmuszony przez Denazen do odwrócenia sytuacji, doprowadza do zatrucia córki i pozostawia jej wybór: albo umrze, albo odda się w ręce Denazen w zamian za antidotum. Dez nie chce skończyć w kostnicy, ale też nie może stracić ukochanego. Próbuje znaleźć rozwiązanie i utrzymać w tajemnicy fakt działania trucizny. Jednak kiedy zostaje zaatakowana przez organizację ojca, dochodzi do wniosku, że w kręgu znajomych czai się zdrajca.

Poświęcenie, niedotrzymane sekrety i tajemnice. Dez będzie musiała postawić wszystko na jedną kartę, jeżeli chce znaleźć winowajcę – zanim skończą za kratami Denazen albo, co gorsza, zapłacą życiem...

Ilość stron: 416
Oprawa: miękka + skrzydełka
Autor: Jus Accardo
Tłumaczenie: Krzysztof Mazurek
ISBN: 978-83-63579-38-8
Format: 104 x 205
Data wydania: Październik 2013


Czwarta część niezwykłej serii Rodzina Pompadauz pełnej wyjątkowego humoru, niezwykłych bohaterów i niezapomnianych przygód.

Wielkie nieba! Kasmiranda, Jonni, Melusine i cesarzowa Ingeborg są całkowicie zbici z tropu: wygląda na to, że z wesoło-smutnego pożegnania z przyszłością nici. Pozbawiony skrupułów szantażysta zagraża należącej do ojca Milforda fabryce kiełbasy i planuje zalanie całego miasta Rippelpolde musztardową lawiną! Czy przyjaciołom uda się wyjść z opresji bez szwanku i pokonać szantażystę za pomocą serdelkowego łóżka Milforda?





Ilość stron: 216
Oprawa: twarda + UV + tłoczenie
Autor: Franziska Ghem
Tłumaczenie: Renata Ożóg
ISBN: 978-83-63579-37-1
Format: 150 x 220
Data wydania: Październik 2013


W trzeciej części opowieści biblijnych autorka przybliża młodym czytelnikom Nowy Testament.

Zawiera ona tematy znane, a wciąż przejmujące, jak: narodzenie Jezusa, Jan Chrzciciel, dzieje Jezusa, śmierć i zmartwychwstanie. Pisarka w biblijne wątki wplata swoje wspomnienia z dzieciństwa, opis drewnianego domku dziadków w zimowym plenerze i harce na świeżym powietrzu. Przedstawia też ludowe zwyczaje towarzyszące świętom Bożego Narodzenia i Wielkanocnym, jakie zapamiętała z tamtych czasów. Przede wszystkim, tak jak jej dziadek gawędziarz, stara się prostym językiem opowiedzieć dzieciom żywot Jezusa i wytłumaczyć sens Jego śmierci i zmartwychwstania.



Ilość stron: 120
Oprawa: twarda + UV
Autor: Lidia Miś
Ilustracje: Jolanta Ludwikowska
ISBN: 978-83-63579-36-4
Format: 200 x 245
Data wydania: Październik 2013


Zapewne większość z Was zainteresowana jest "Toksyną", ale pewnie, gdy ktoś ma młodsze rodzeństwo, a może i swoją własną pociechę, zwróci uwagę również na dwie pozostałe pozycje! :)

poniedziałek, 14 października 2013

"Dziwni" - Stefan Bachmann


Czy wyróżnianie się spośród tłumu jest czymś złym? Widzicie, tak sobie myślę, że to trochę sporna kwestia. Niby człowiek staje się wtedy indywidualnością i podąża za obowiązującą modą czy normami, jest wolny i niczemu się nie poddaje. Nie znika nam od razu z oczu, z pewnością daje się zapamiętać. Jednak istnieje też druga strona medalu – w pewnym stopniu wystawia się na niebezpieczeństwo, ponieważ „inność” nie zawsze jest pozytywnie odbierana. Powiem więcej – praktycznie zawsze jest negowana.

W 1788 roku otwarła się brama do świata feyrów. Magiczne istotny przeniknęły do świata ludzi i zasiedliły Anglię. 15 lat później władca Anglii uznał ich za równych obywatelom, co spowodowało, że mieli swoje przywileje, ale również prawa i obowiązki. Jednak nie każdy mieszkaniec Imperium Brytyjskiego był zadowolony z takiej sytuacji. W końcu, dlaczego mają dzielić swój kraj z jakimiś obcymi istotami, którym nie ufają? Jakby tego było mało, po jakimś czasie pojawiło się na świecie potomstwo feyrów i ludzi, które niestety nie spotkało się z miłym przyjęciem. Tacy jak oni nazywani są Dziwnymi, a pewnego dnia zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach. Czy kryje się za tym jakiś większy spisek czy jest to po prostu jawna niechęć do obcej rasy?

„Dziwni” to książka napisana przez bardzo młodego autora, który zaczął nad nią pracować w wieku 16 lat. Jest to oczywiście jego debiut literacki, a wiadomo jak to bywa z debiutami – ciężko znaleźć taki naprawdę idealny, bowiem każdy pisarz potrzebuje treningu i dorobku, aby się wyrobić w pisaniu porządnych powieści. Jak to jednak było w przypadku Stefana Bachmann’a? Idealnie na pewno nie, ale nie było też źle. Jednym słowem, jego książka ma swoje dobre i nieco gorsze strony.

Jakby nie było, zacznę jednak od pozytywów. Na szczególną uwagę zasługuje sam pomysł, który autor wcielił w życie. Oczywiście motyw feyrów i innych światów jest oklepany w literaturze, ale nie ukrywajmy – ma on rzesze fanów. Ważne jest to, że autor nie trzymał się schematów i potrafił napisać tę książkę przekazując nam swoją własną wizję. Bardzo urzekła mnie jedna rzecz – przez całą lekturę tej powieści towarzyszyło mi bardzo silne uczucie, że Stefan Bachmann chciał nam przedstawić realia książkowego świata najlepiej jak tylko można. Szczegółowe opisy są na to jawnym dowodem. Styl autora potrzebuje jeszcze podszlifowania, podobnie jak język, który jest bardzo prosty, ale przyznaję, że w tym przypadku wszystko wypadło bardzo realistycznie i dokładnie.

Plusem z pewnością będzie również to, że akcja się nie „wlecze”. Osobiście nie mogę znieść tego, gdy nudzę się podczas czytania. Tempo akcji jest tutaj bardzo dobre, a i zdarzały się fragmenty, które mnie naprawdę zaciekawiły. Sama kreacja bohaterów nie jest może wybitnie dobra, ale myślę, że wystarczająca. Najlepiej oczywiście poznajemy Bartłomieja i jego siostrę Hettie, którzy należą do dziwnych i stają się kolejnymi numerami w tajnym spisku. Jednakże jest jeszcze jeden bohater, równie ważny jak dwójka rodzeństwa. Jest nim Artur Jelliby, który na własną rękę próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych i brutalnych morderstw dokonywanych na podmieńcach. Ich losy się ze sobą wiążą, ale jeżeli jesteście ciekawi, w jaki sposób, to musicie sami się dowiedzieć :).

Niestety, przyszła teraz pora na tę gorszą część – minusy. Przede wszystkim książka jest niedopracowana pod kilkoma względami. Bardzo żałuję, że nie poznałam lepiej historii feyrów. Sporo elementów (a dokładniej rzecz ujmując – wątków i motywów) zostało spłyconych na tle dobrych opisów miejsc i sytuacji. Odczułam wrażenie, że zostały potraktowane nieco zbyt powierzchownie, a szkoda, bo tutaj naprawdę był spory potencjał. Problem Dziwnych mógł zostać przedstawiony w dużo lepszy sposób, który można by w pewnym stopniu odnieść nawet do czasów dzisiejszych. Zabrakło mi także emocji i takiej magicznej otoczki, która idealnie by tutaj pasowała. Uwielbiam, gdy mogę zżyć się z bohaterami i wraz z nimi przeżyć cudowną przygodę – niestety tutaj nie było mi to dane w żadnym stopniu.

Książka zapowiadała się naprawdę świetnie, wypadła jednak średnio. Nie porwała mnie tak bardzo, jakbym tego oczekiwała. Czuję po prostu niedosyt i to, że spory potencjał nie został całkowicie wykorzystany. Czytało mi się ją jednak całkiem przyjemnie, a biorąc pod uwagę fakt, że jest to debiut, można wiele autorowi wybaczyć. Myślę, że to kwestia czasu, kiedy Stefan Bachmann zacznie pisać wciągające i pełne magii opowieści, które wbiją w fotel każdego czytelnika i przełączą jego wyobraźnię na najwyższe obroty. Naprawdę coś tak czuję, że ten nastolatek ma na to spore szanse. „Dziwni” otrzymują ode mnie ocenę 5/10 i trzymam kciuki za udany rozwój debiutującego pisarza.

sobota, 12 października 2013

"Sekret Tudorów" - C. W. Gortner


Tudorowie są drugim rodem w dziejach historii, który mnie na swój sposób fascynuje. Oczywiście na pierwszym miejscu plasuje się rodzina Borgiów i tego raczej nic nie zmieni, jednak Tudorowie również zawsze mieli w sobie coś, co mnie do nich przyciągało. Siła, odwaga, zawziętość – cechy, które naprawdę cenię w ludziach. Jednak należy pamiętać, że towarzyszyły temu również kłamstwa, zbrodnie, podstępy, spiski i przebiegłość.

Rok 1553. Brendan Prescott jest sierotą – nie ma pojęcia skąd pochodzi ani kim są jego rodzice. Jako niemowlę został podrzucony na dwór Dudleyów i to tam się wychowywał. Po 20 latach zostaje giermkiem Roberta Dudleya. Nowy pan powierza mu ciekawą i osobistą misję – ma przekazać wiadomość i podarunek samej księżniczce Elżbiecie, siostrze króla. To jedno wydarzenie sprawia, że wplątuje się w dworskie intrygi, które piętrzą się nad jego głową. Jednak ma nadzieję, że owa sytuacja pozwoli mu na odkrycie prawdy – nie tylko o plotkach krążących wśród ludzi, ale także o samym sobie i swoim pochodzeniu.

Powieści historyczne może nie są moim najulubieńszym gatunkiem książek, jednakże bardzo lubię od czasu do czasu po jedną z nich sięgnąć. Zwłaszcza, gdy akcja jest osadzona w czasach, które uważam za ciekawe. W beletrystyce historycznej wymagam przede wszystkim jednego – najważniejsze staje się dla mnie bardzo dobre przedstawienie realiów dawnych lat. To pozwala mi na zatracenie się w powieści, a co więcej – zobaczenie na własne oczy, a przynajmniej wyobrażenie sobie, jak te czasy wyglądały. Niczym podróż w czasie… niestety, w przypadku „Sekretu Tudorów” nie udało mi się to całkowicie, czego bardzo żałuję. Jednak brakowało mi tutaj lepszych opisów i głębszego przedstawienia tego świata, który naprawdę miał sporo do zaoferowania.

Tak, tego żałuję najbardziej, ale książka nie była do końca zła. Zostawiam teraz w tyle nie za dobrze wykreowany świat powieści, a skupiam się na całej reszcie. Autor posługuje się naprawdę lekkim i przyjemnym językiem, dzięki czemu „Sekret Tudorów” czytało mi się wybitnie dobrze – była w tym jakaś płynność, która nie pozwalała mi na znużenie. Cała historia mnie wciągnęła, bo losy bohaterów mnie zaciekawiły, więc z chęcią śledziłam je dalej, mimo tego, że nie wszystko mi w twórczości pana Gortner’a pasowało. Jednak ciekawość bardzo często bierze górę, a ponieważ dawno w rękach nie miałam powieści historycznej, to chyba właśnie to zaważyło na tym, że moje zainteresowanie wzrosło.

Nie otrzymałam może dokładnie tego, co chciałam, bo trochę „za mało Tudorów w Tudorach”, ale mimo wszystko spędziłam z tą książką dobrze czas. Zapewniła mi chwilową dawkę rozrywki, ale nie jest to pozycja, do której będę powracać. Cieszę się jednak, że w końcu dane mi było przeczytać beletrystykę historyczną, która porusza temat tego rodu. Nie mogę jednak porównać tej pozycji do żadnej innej książki autora, bowiem była to moja pierwsza przygoda z nim. I teraz pozostaje pytanie… czy sięgnę również po inne jego powieści? C.W. Gortner ma na swoim koncie również inne książki historyczne, więc prawdopodobieństwo, że któraś z nich kiedyś trafi w moje ręce jest spore. Z chęcią porównam wtedy „Sekret Tudorów” i jego wykonanie z inną pozycją.

Mam mały problem z tym, czy tę powieść Wam polecić, czy też nie. Nie jest to pozycja wybitna, ale nie jest zła. Czytało się ją lekko i przyjemnie, chociaż naprawdę ogromnie żałuję, że nie byłam w stanie sobie wyobrazić realiów roku 1553 tak bardzo, jakbym chciała. Liczyłam na sporo napięcia, intryg i spisków, ale nie odczułam ich zbyt mocno. Zauważyłam wady i zalety tej powieści, które chyba się równoważą, jednak myślę, że każdy może ją odebrać w nieco inny sposób. Kwestia gustu i perspektywy, ale nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Czuję, że ocena 5,5/10 będzie adekwatna.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: