Richelle Mead to
jedna z moich ulubionych pisarek. Pokochałam ją przede wszystkim za serię o
Georginie Kincaid, ale jak się okazuje, potrafi mnie oczarować każdą swoją
książką. „Magia indygo” jest trzecią częścią jej najnowszej serii, która nosi
tytuł „Kroniki Krwi”. Oczywiście jestem ogromnie zadowolona z lektury tej
książki, wiele osób twierdzi, że to jak do tej pory najlepsza część cyklu. W
sumie… ciężko się z tym nie zgodzić, chociaż poziom dwóch pozostałych jest
równie wysoki. Ale zacznijmy od początku…
Sydney zawsze była
wierna swoim ideałom, które wpoili jej alchemicy. Problem polega na tym, że
zaczyna coraz bardziej angażować się w sprawy, które są z nimi sprzeczne.
Bardzo zżyła się ze swoimi podopiecznymi w Palm Springs i nie widzi w nich
potworów. A zwłaszcza w czarującym moroju o imieniu Adrian. Wciąż stara się
zaprzeczyć swoim uczuciom do niego, ale serca nie da się oszukać. Jednak to nie
jest jej największy problem. W pobliżu jej miejsca pobytu zaczyna grasować
potężna czarownica, która stanowi zagrożenie dla młodych, utalentowanych
dziewcząt. Jeżeli Sydney szybko nie nauczy się zaklęć obronnych, może stać się
jej kolejną ofiarą…
Wiecie, co
najbardziej polubiłam w tej książce? To, że na każdej stronie coś się dzieje.
Jest tutaj mnóstwo akcji, co po prostu uwielbiam. Pani Mead dba o swoich
czytelników, aby się nie znużyli podczas czytania. Nuda Wam nie grozi – to mogę
zagwarantować. Plusem jest tutaj także wielowątkowość i liczba poruszanych
motywów – opieka nad Jill, romanse Sydney, nauka magii, groźna czarownica i
odkrywanie prawdy o alchemikach. To sprawia, że zostajemy porwani w wir
wydarzeń, z którego ciężko nam wybrnąć. Z trudem przerywamy czytanie, bo aż nas
serce boli, że opuszczamy ten znakomicie wykreowany świat. Poza tym nie możemy
się doczekać dalszego rozwoju akcji, który jest zaskakujący.
Muszę przyznać, że
Sydney jest kolejną bohaterką stworzoną przez Richelle Mead, którą niemal
pokochałam jak siostrę. Zaradna, inteligentna, odważna – nic tylko się od niej
uczyć. Reszta bohaterów jest również znakomicie przedstawiona – są bardzo
realistyczni i wielu z nich zyskuje sympatię czytelnika. Jednak muszę wspomnieć
o Adrianie Iwaszkowie… ostrzegam dziewczyny! Ten moroj kradnie serca! A na
pewno zrobił to z moim… Idealne połączenie zadziorności i arogancji z
opiekuńczością i męstwem. Czegóż chcieć więcej?
Fabuła jest
wciągająca, czego zapewne już się domyśliliście. Jednak to nie koniec zalet tej
książki. Dużym plusem jest styl pani Mead – lekki i płynny, który umila
czytanie. Język jest świetnie dopasowany do klimatu, niczego mu nie brakuje – z
pewnością nie zarzucicie mu jałowości. Jest też w tej pozycji coś, co uwielbiam
w książkach – ogromna dawka emocji. Najlepiej oczywiście poznajemy je z
perspektywy Sydney, gdyż to ona jest narratorką historii, ale towarzyszą nam
również odczucia Adriana, Jill i całej reszty bohaterów. Wiele razy uśmiech
pojawił się na mojej twarzy, ale nie brakowało też lekkiego niepokoju, a co
dopiero wzruszenia i rozgoryczenia. Uwielbiam, kiedy książka wzbudza we mnie tak
wiele emocji.
Ciężko mi znaleźć
tutaj cokolwiek, co bym uznała za minus. Ta historia jest znakomita i
dopracowana w każdym calu! Świetnie wykreowany świat i bohaterowie sprawiają,
że całkowicie zżywamy się z tą powieścią. Losy bohaterów na długo zapadają nam
w pamięci, a co więcej – uważny czytelnik wyciągnie kilka życiowych lekcji z
przygód Sydney. Jestem naprawdę ogromnie zadowolona, że udało mi się przeczytać
w końcu „Magię indygo” i nie mogę się doczekać kolejnej części! Dawno już tak
bardzo nie pokochałam jakiejś historii… pozostaje mi tylko dać ocenę 10/10.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: