Wymiary: 140 x 220 mm
Cykl: Niszczyciel królestw #1
Victoria Aveyard urzekła nas swoim cyklem o Mare Barrow, nic
więc dziwnego, że jej najnowsza powieść, Niszczyciel
królestw, którą zamówiłam z księgarni Tania Książka, równie szybko zyskała
status bestsellera. Nie ukrywam, że sama również czekałam, czy Aveyard stworzy
coś nowego, bowiem Czerwona królowa
oraz kolejne tomy były naprawdę niesamowicie wciągającą serią, pełną akcji i
emocji. Autorka nadal oscyluje w klimatach królestw i wojny o władzę, ale
jednak jej najnowsze dzieło ma zupełnie inny klimat niż jej debiutancki cykl.
Akcja powieści rozgrywa się w fikcyjnym świecie Allward, nad
który zaczynają nadciągać ciemne chmury… Coś strasznego wisi w powietrzu i
zaczynają to odczuwać praktycznie wszyscy mieszkańcy królestwa. Czuje to również
Corayne an-Amarat żyjąca w malutkim miasteczku nad brzegiem morza. Dziewczyna
wkrótce dowiaduje się, że jest ostatnią potomkinią pradawnego rodu, a tym samym
jedyną szansą na to, aby te ciemne chmury rozgonić. Ciemność jednak rozrasta
się w zastraszającym tempie, a Corayne musi odnaleźć się w zupełnie nowej
sytuacji i zrozumieć swoje dziedzictwo. Musi znaleźć sprzymierzeńców, bowiem
polują na nią naprawdę potężni wrogowie. Sama nie wygra tej walki.
Choć można by sądzić, że to właśnie Corayne jest tutaj główną
bohaterką, to tak naprawdę Aveyard rozdzieliła narrację pomiędzy wiele innych postaci. Jest Andry, nieco zagubiony, ale bardzo dobroduszny giermek, który musi
wybierać pomiędzy honorem a domem. Uroczy i rozkoszny, ale właściwie nieco
ginął wśród bardziej charakternych postaci. Dom, przedstawiciel rasy
nieśmiertelnych, stonowany, dojrzały emocjonalnie, choć pragnący zemsty. Mimo
wszystko miał w sobie jakiś taki ojcowski instynkt, był opiekuńczy, odważny i
honorowy. Najciekawszą postacią jest jednak Sorasa, żądna krwi samobójczyni,
pełna sarkazmu, ironii i sprytu. Równie intrygująca była sama królowa, Erida,
choć raczej stoi po tej złej stronie mocy. Mimo wszystko to chyba najbardziej
złożona i wyrazista postać, tuż obok Sorasy.
Nie da się ukryć, że Aveyard próbowała tutaj przemycić coś w
stylu girl power. To kobiety są tutaj siłą, mężczyźni raczej stoją u ich boku i
po prostu odgrywają swoją rolę. Nawet przerażający i potężny Taristan był
trzymany przez Eridę w garści… Aczkolwiek muszę przyznać, że ich relacja była
dosyć ciekawa – niby czysty układ, a jednak oboje pragnęli jednego – potęgi i
władzy. Inna relacja, jaka jest tutaj doskonale zauważalna, to ta pomiędzy
Domem a Corayne. Coś w stylu mistrza i ucznia, ale takiego bardziej w wydaniu
jak Geralt i Ciri. Jak już wyżej wspomniałam – przejawiał się tutaj instynkt
opiekuńczy. Bohaterów jest naprawdę sporo, co za tym idzie – sporo relacji i
odkrywania siebie nawzajem.
Sama fabuła jest dosyć ciekawa, widzimy, że zmierza to do
czegoś konkretnego, wiemy, że rozwijają się konflikty, że wojna wisi w
powietrzu, że dzieje się coś potężnego, aczkolwiek to nadal raczej takie
wprowadzenie do nowego cyklu. Pamiętam, że podobnie było w przypadku Czerwonej królowej – pierwsza część
miała na celu zaprezentowanie nam całego uniwersum i pojawiających się w nim
bohaterów, a w dalszych tomach akcja nabierała większego tempa, było więcej
napięcia i emocji. Wydaje mi się, że tutaj będzie podobnie. Podoba mi się
jednak kreacja tego świata, lubię motyw władzy, intryg i spiskowania.
Osobiście uważam, że to dosyć obiecujący wstęp do nowej serii. Jestem ciekawa, w jaki sposób potoczą się losy bohaterów oraz jak dalej będzie rozgrywać się akcja. Liczę na to, że będzie więcej emocji, że autorka naprawdę zadba o to, aby ta historia popłynęła w dobrym kierunku. Ma ku temu odpowiednie walory i tkwi w niej niezły potencjał! Trzymajmy zatem kciuki za to, aby Aveyard nie wyszła z formy.