Wymiary: 145 x 215 mm
Wyobraź sobie, że budzisz się sam, totalnie sam, odkrywasz,
że jesteś przypięty do aparatury podtrzymującej życie i totalnie nie pamiętasz,
jak się tam znalazłeś. Wielu osobom od razu na myśl przyszedłby szpital,
śpiączka, wypadek. Ale nie Rylandowi Grace’owi. Choć faktycznie obudził się
właśnie w takiej sytuacji, dość szybko odkrył, że znajduje się na statku
kosmicznym i dryfuje w przestrzeni. Stopniowo zaczął sobie wszystko
przypominać, aż w końcu zrozumiał, co jest grane – nigdy już nie wróci na Ziemię.
Andy Weir zyskał rozgłos dzięki swojej pierwszej powieści,
której filmowa adaptacja również zyskała spore uznanie. Marsjanin był naprawdę doskonałą książką, powiewem świeżości w
science-fiction, czymś, co w sumie graniczyło pomiędzy fikcją a rzeczywistością
(bo przecież mamy w planach kolonizację Czerwonej Planety, więc te wydarzenia
naprawdę nie były czystą abstrakcją!). Jego kolejne dzieło, Artemis, nie zyskało już takiego
poparcia, choć nie ukrywam, że mnie osobiście całkiem się podobało. Może było
typowo „hollywoodzkie”, ale dobrze bawiłam się w trakcie lektury. Z kolei Project Hail Mary to coś, co jest jakby
powrotem do motywów znanych z pierwszej powieści. I choć faktycznie można tutaj
dostrzec niemal te same zagrywki ze strony autora, to mimo wszystko
zaprezentowana historia jest bardzo przyjemna.
Akcja rozgrywa się dwutorowo – z jednej strony towarzyszymy
Rylandowi Grace’owi w przestrzeni kosmicznej, stopniowo odkrywamy sekrety jego
misji, widzimy, jak się ona rozwija. Z drugiej strony stajemy się świadkami
tego, jak zwyczajny nauczyciel przyrody (choć ze stopniem doktora, mający na
pieńku ze środowiskiem akademickim) stał się częścią światowego projektu
rządowego mającego na celu uratować całą ludzkość. Te retrospekcje są równie
istotną częścią powieści co teraźniejsze wydarzenia, bowiem stanowią mocne,
solidne podstawy całej historii. Wydaje mi się, że tak naprawdę ich stosunek w
tej powieści wynosi 50 do 50.
Na nudę zdecydowanie nie będziecie tutaj narzekać. Choć
wydawałoby się, że samotny astronauta nie ma nic do zaoferowania, to już od
samego początku okazuje się, że Grace ma na głowie ogrom spraw i to
niesamowicie istotnych. Jego samobójcza misja może ocalić całą planetę, zatem
szybko musi wziąć się w garść, rozpocząć prace w laboratorium, odkryć tajemnicę
istnienia astrofagów, które… zżerają Słońce. Sprawa nabiera jeszcze ciekawszych
aspektów, gdy na jego drodze pojawia się nieoczekiwany sprzymierzeniec. Oto
spotkanie z obcą cywilizacją! Nie ukrywam, że ten wątek był tak uroczy,
sympatyczny, cudowny, że po prostu rozczulił mnie do granic możliwości. Nie
brakowało w nim też humoru, bo przecież nie można być cały czas poważnym,
prawda? Każda istota potrzebuje chwili oddechu.
Andy Weir świetnie operuje słowem i w tak umiejętny sposób
opisuje całą historię, że naprawdę nie sposób się w nią nie wczuć. Cała
podszewka naukowa jest zaprezentowana niesamowicie realistycznie, a szczegółowe
opisy dają nam naprawdę pełny obraz nie tylko sytuacji, ale i całego statku, na
którym rozgrywa się akcja. Weir postanowił też pokazać światu swoją wizję obcej
inteligencji, która była zaskakująca, ale również doskonale opisana. Z
przyjemnością śledziłam poczynania bohaterów – zarówno od strony
przygotowawczej, tej, którą mieliśmy okazję poznać dzięki wspomnieniom głównego
bohatera, jak i już sam efekt końcowy – czyli na pozór beznadziejną misję
Grace’a.
Projekt Hail Mary
to naprawdę bardzo przyjemny kawałek science-fiction z dosyć nieoczekiwanym
zakończeniem. Choć faktycznie były tutaj powielone pewne zagrywki znane już nam
z Marsjanina, to i tak doskonale się
bawiłam i chętnie obejrzę ekranizację, która już jest zaplanowana i wiemy, że
główną rolę odegra Ryan Gosling! Sympatyczna i intrygująca historia, z
zaskakującymi zwrotami akcji, motywami naukowymi (choć autor puszcza tutaj
wodze fantazji, ale w przypadku fikcji literackiej jest to dopuszczone,
prawda?) i lekkim humorem. Zdecydowanie mi się podobało!