Wymiary: 125 x 205 mm
Cykl: Kate Daniels #10
Doczekaliśmy się wielkiego finału serii o Kate Daniels. Z
jednej strony był to długo wyczekiwany przeze mnie moment, a z drugiej chciałam
go odwlekać w nieskończoność. Tak bardzo uwielbiam tę serię, że naprawdę nie
chciałam, aby kiedykolwiek się skończyła. Mogłaby trwać wiecznie, a ja i tak
czerpałabym przyjemność z czytania każdego kolejnego tomu. Niestety, zgodnie z
tym, co mówią, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, w moje ręce wpadła
ostatnia, dziesiąta część. I momentalnie rzuciłam wszystko, aby zabrać się za
lekturę.
To było niesamowicie emocjonalne. Do tej pory pamiętam moje
początki z Kate Daniels, początek jej samej, kiedy dopiero co ujawniała krok po
kroku swoje tajemnice. Na przestrzeni tych dziesięciu tomów tak wiele się
zmieniło… Była radość, były zdrady i nowe sojusze, strata przyjaciół i wielka
rozpacz, miłość i namiętność, nowi bohaterowie i odkrywanie niesamowitych
sekretów. Zmiany zachodzące w bohaterach, ten klimat jednej wielkiej rodziny,
która wspiera się na każdym kroku, te wszystkie ironiczne zagrywki… Tutaj mamy
kumulację, bowiem wszyscy stają u boku Kate w obliczu starożytnego zagrożenia –
powstaje jeden wielki sojusz.
Uwielbiam Kate jako zabójczynię, jako przyjaciółkę, jako matkę, jako żonę. Jest niesamowita w każdej z tych ról. Uwielbiam jej relację z Curranem – związek praktycznie idealny. Wspierają się nawzajem, dbają o siebie i akceptują to, że każde z nich jednak chwilami podejmuje samodzielne decyzje. Nawet jeżeli nie podoba się to drugiej stronie i na horyzoncie pojawia się kłótnia czy ostra wymiana zdań, to jednak nie ingerują w swoją indywidualność. Godzą się z tym, że każdy ma prawo podejmować swoje decyzje. Każde chce chronić tych, których kocha – niezależnie od ceny, jaką przyjdzie im za to zapłacić.
Choć nie jestem fanką motywów rodzinnych, tak jednak muszę
przyznać, że Conlan, czyli pierwszy potomek Kate i Currana, był niesamowicie
rozkoszny. W ogóle cały ten wątek z rodzicielstwem był po prostu rozbrajający.
Wierzcie mi, to nie jest normalna rodzina. Dzieciak obserwuje jak jego ojciec
morduje wrogów, matka go do tego zachęca, a mały się cieszy i ryczy jak lew –
po tatusiu rzecz jasna. Komedia. Jednak emanowała od tego wszystkiego ogromna
miłość, zarówno Kate jak i Curran, a także ich najbliższy, byli w każdej chwili
gotowi ratować tego małego brzdąca. Choć jak się okazało, brzdąc całkiem nieźle
sobie radził sam.
Cudownym elementem było to, że po kolei pojawiali się tutaj
bohaterowie znani z poprzednich tomów, w tym Hugh, którego naprawdę niegdyś
polubiłam, choć jest draniem. Jego przybycie z nową towarzyszką było dla mnie
tak samo wielkim zaskoczeniem, jak i dla głównej bohaterki. Kreacja nowego,
starożytnego wroga? Naprawdę dobra, choć tak na dobrą sprawę to taki
schematyczny czarny charakter, który chce przejąć władzę nad światem, bo po
prostu mu się nudzi. W tym wypadku ojciec Kate, Roland, wypada znacznie lepiej.
Swoją drogą – mimo wszystko lubię tego gościa. Mam względem niego chyba nawet
podobne odczucia, co jego córka. Uwielbiam go, bo jest naprawdę ciekawym
bohaterem, ale jednak stanowi zagrożenie – więc wiem, że nie ma co zbytnio mu
ufać. Aczkolwiek naprawdę podoba mi się ich relacja.
W tym wielkim finale wszystko jest naprawdę przemyślane i w
pełni satysfakcjonujące. Nie brakuje zaskakujących zwrotów akcji, mocnego
tempa, ostrych pojedynków i pokazów mocy, a także takich zwykłych, nawet
ludzkich elementów – spotkania z przyjaciółmi, opieka nad rodzinną, miłosne
uniesienia. Ta seria stale utrzymuje ten sam, doskonały poziom. Są emocje,
ogrom emocji – dobrych i złych, są świetnie wykreowani bohaterowie, jest uwielbiany
przeze mnie sarkazm i ironiczny humor. Zdecydowanie jest to jedno z tych
uniwersów, które mają w moim sercu specjalne miejsce. A Kate to moje alter ego
– z małą którą postacią jestem w stanie się tak mocno zidentyfikować.
Czy żałuję, że to już koniec? Trochę tak, aczkolwiek i tak
podobało mi się zamknięcie tej historii, choć nie wiem, czy zamknięcie to
odpowiednie słowo. Tak naprawdę wiele się jeszcze może wydarzyć i kto wie, być
może autorzy kiedyś postanowią odświeżyć sobie i nam losy Kate. Póki co wiem,
że aby dalej tkwić w tym cudownym świecie, mogę śmiało sięgnąć po serię
poświęconą Hugh czy Julie. Zapewne to nie będzie do końca to samo, ale jednak
klimat na pewno będzie podobny. Poza tym ciekawi mnie poznanie innej strony
Hugh oraz zobaczenie, jak Julie poradzi sobie w wielkim świecie. A jeżeli
jeszcze nie znacie cyklu o Kate Daniels, to nie mam pojęcia, na co czekacie! Ta
seria to czyste złoto.