Wymiary: 130 x 205 mm
Kiedy człowiek przeczyta już w swoim życiu sporo
kryminalnych historii, to później wymaga od nich coraz więcej. Ciężko go
czymkolwiek zaskoczyć i urzec, więc naprawdę w danej powieści musi się znaleźć
coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, aby na tle wielu innych kryminałów mogła
się ona wybić. Autorzy próbują różnych sztuczek, ale chwilami odnoszę wrażenie,
że mimo wszystko kryminały po prostu mają pewien schemat, który tak czy siak
musi zostać zachowany i czyta się je wtedy po prostu dla rozluźnienia, w celach
czysto rozrywkowych. Ja jednak naprawdę mam czasami ochotę na coś, co znacznie
bardziej zaangażuje mój umysł. Czy Martwy ptak Macieja Kaźmierczaka podołał
temu zadaniu?
Nie ukrywam, że już na pierwszych stronach uderzyła mnie
dosadność i dbałość o szczegóły. Autor nie boi się makabrycznych scen i z
wielką pasją opisuje miejsce zbrodni, wygląd zwłok i próbę wyjaśnienia, jak
mogło dojść do morderstwa. Cała książka jest naprawdę bardzo rozbudowana i
szczegółowa, aczkolwiek chwilami wydawało mi się, że nie do końca to wątek
kryminalny ma tutaj największe znaczenie. Nie da się ukryć, że dosyć mocno
uwydatniona zostaje tutaj również warstwa obyczajowo-społeczna, i choćby nawet
była opisana i zaprezentowana w naprawdę porządny sposób, to ja jednak nie
przepadam za tym, gdy przyćmiewa ona sprawy kryminalne.
Główną bohaterką jest Laura Wójcik, młoda artystka, którą
fascynuje motyw śmierci, zwłaszcza ptaków. Dziewczyna jest naprawdę
utalentowana, choć jej dzieła nie są jeszcze znane – sama nie jest przekonana o
tym, że mogłaby faktycznie robić większą karierę i przyjmować lepiej płatne
zlecenia. Nieoczekiwanie zostaje wplątana w sprawę seryjnego mordercy, który
zostawia w ustach swoich ofiar martwe ptaki. Bo czy to na pewno tylko
przypadek, że każde jej kolejne dzieło to niemal odtworzenie miejsca zbrodni i
rysunek przedstawiający zamordowaną osobę? Jaki związek mogą mieć jej rysunki
ze zbrodniami, które wstrząsnęły całą Łodzią?
Dosyć łatwo było się domyślić, że nowe zlecenie, które
otrzymuje Laura będzie stanowiło pewien punkt zwrotny w tej historii. Że być
może ekscentryczny klient też ma coś za uszami, ale nie wiemy co. Choć tak
naprawdę to wszystko po prostu utrzymywało czytelnika w czujności, ale mogło
przybrać bardzo nieoczekiwany bieg. Mogło być czystą zmyłką, jak i wiele innych
aspektów tej historii. W pewnym momencie domyśliłam się już powiązań pomiędzy
poszczególnymi bohaterami i odkryłam, co niejako motywuje seryjnego mordercę,
aczkolwiek i tak trzeba przyznać, że autor nie tak od razu wyjawiał wszystkie
wskazówki, które mogłyby odbiorcę naprowadzić na odpowiedni trop.
Nie do końca przekonał mnie jednak sposób, w jaki prowadzone
było tutaj śledztwo. Jakby policja w ogóle nie wiedziała, z czym ma do
czynienia. Tak naprawdę komisarz Kyrcz i podkomisarz Szolc pojawiają się tutaj
stosunkowo rzadko, tropy same wpadają im pod nogi, ale zabrakło mi takiej
typowej analizy, próby stworzenia portretu psychologicznego sprawcy, podjęcia
konkretnych działań. Po prostu czekali, co będzie dalej, ale sami z siebie
niewiele dawali – być może wynika to właśnie z tego, że jednak większy nacisk
autor położył na perspektywę Laury, na nawiązanie do jej przeszłości i
problemów rodzinnych, na nakreślenie początków jej kariery w roli rysowniczki.
Mimo wszystko muszę przyznać, że Maciej Kaźmierczak potrafi
czytelnika zainteresować. Ma odwagę w prezentowaniu konkretów, nie boi się
szokować makabrą czy dosyć dziwnymi zagrywkami ze strony bohaterów, dba o
niezły klimat i nutkę tajemnicy, a jego warsztat pisarki jest naprawdę
porządny. Co więcej, wydaje mi się, że zakończenie tej historii zasługuje na
miano nieoczywistego i wręcz… dziwacznego. Myślę, że wielu czytelników będzie
tutaj porządnie zaskoczonych – może nawet nie samym rozwiązaniem sprawy
morderstw, ale tym, jak na to zareagowali niektórzy bohaterowie.
Za egzemplarz dziękuję wydawcy.