Data wydania: 23.06.2020
Tytuł oryginału: Galactic Pot-Healer
Tłumaczenie: Jacek Spólny
Tłumaczenie: Jacek Spólny
ISBN: 978-83-8188-069-5
Wymiary: 150 x 225 mm
Strony: 232
Cena: 49,90 zł
Druciarz Galaktyki
to podobno najzabawniejsza powieść Philipa K. Dicka, choć wydaje mi się, że w
przypadku tego człowieka trzeba pamiętać o pewnej specyfice. Wiąże się to
również z owym poczuciem humoru, które jak prawdopodobnie wszystko związane z
tym autorem, jest po prostu jedyne w swoim rodzaju. Niejednokrotnie wychwalałam
już całą jego twórczość i każdy, kto mnie zna, wie, że całkowicie przepadam w
jego historiach. Niezależnie od tego, czy powstały one w gorszym, czy lepszym
etapie jego życia, dla mnie zawsze są one czymś wyjątkowym, nawet jeżeli
czasami można odnieść wrażenie, że któreś z jego dzieł jest „gorsze”.
Opowiedziana tutaj historia balansuje pomiędzy typowym
science-fiction i fantasy, co w przypadku tego autora nie jest aż tak częste.
Trzeba jednak przyznać, że chwilami to, co ma miejsce w Druciarzu Galaktyki, bardziej przypomina baśniowe fantasy niż
mogłoby się wydawać – jednak nadal nie brakuje tutaj tego, co często pojawia
się w wizjach Dicka. Pojawiają się rozmyślania nad życiem i śmiercią, nad
sensem ludzkiej egzystencji, nad religią i wiarą. To wszystko jest skrzętnie
przemycone w historii zwykłego człowieka, Joego Fernwrighta, którego sytuacja
ekonomiczna zmusiła do podjęcia ryzykownej pracy.
Główny bohater na co dzień zajmuje się renowacją ceramiki,
ale trzeba przyznać, że to już przestrzały zawód. Świat został zdominowany
przez sztuczne tworzywo, dlatego Fernwrght raczej już nie ma czego naprawiać.
Otrzymuje jednak propozycje pracy od tajemniczego, obdarzonego dziwnymi mocami
kosmity, który jak się okazuje, postanawia na odległą planetę zwerbować całą
grupę potencjalnych ekspertów, aby z dna morza wydobyć starożytną katedrę.
Misja dosyć niecodzienna, a jednak sporo osób zostaje zrekrutowanych i
podejmują współpracę, aby spełnić oczekiwania ekscentrycznego i wydaje się, że
dosyć niebezpiecznego pracodawcy.
Tak oto wraz z Fernwrightem wyruszamy w podróż, odkrywamy
nowe sekrety, rozmyślamy nad różnymi aspektami ludzkiej osobowości i życia.
Wyjątkowo często dostrzegałam tutaj życiowe refleksje, ale też historia sama w
sobie, czysto pod względem fabularnym, jest niczego sobie. Przemyślana,
rozbudowana na tyle, na ile Dick zazwyczaj to robi – a pamiętajmy o tym, że to
naprawdę oryginalny i specyficzny autor – w sumie dosyć wciągająca i ciekawa.
Czytelnik zaczyna się zastanawiać, kim tak naprawdę jest kosmita zwany
Glimmungem, jak zakończy się misja wydobywania czegoś z dna morza, jak w ogóle
uda się ją nawet zrealizować. Owe przedsięwzięcie jest dosyć zastanawiające, a
ma i w sobie coś lekko niepokojącego.
Chociaż w powieści tej nie brakuje zagadnień typowych dla
Philipa K. Dicka, to trzeba przyznać, że mimo wszystko jest ona raczej jedną z
lżejszych książek w całym jego dorobku. Gdzieś tam faktycznie przebija się
nawet element humorystyczny, a całość czyta się naprawdę w porządku. Nie ma
tutaj większych komplikacji czy zagwozdek, ale i tak nie brakuje tej
charakterystycznej atmosfery, którą tylko Dick potrafił wytworzyć. Nie mam
pojęcia, jak ten człowiek tego dokonywał – ale wszystkie jego powieści mają w
sobie po prostu coś nie do skopiowania, coś całkowicie niepowtarzalnego.
Dla mnie sięganie po twórczość tego autora to coś cudownego,
praktycznie zawsze. To całkowite oderwanie się od otaczającej mnie
rzeczywistości, to ten niemożliwy do podrobienia klimat, to coś, co zawsze
działa na mnie w jeden jedyny sposób. Poziom nie do przebicia.
Za egzemplarz dziękuję wydawcy.