Na Netflixie można znaleźć sporo seriali w klimacie
science-fiction, a Zagubieni w kosmosie zdecydowanie
zaliczają się do tego grona. To współczesna wersja produkcji z lat 60-tych, za
którą odpowiada Irwin Allen. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jest to rozrywka
bardziej familijna, skierowana nawet do najmłodszych, nie jest to takie typowe
hard sci-fi, jak niektórzy mogliby się spodziewać. Cała kosmiczna otoczka
stanowi bardziej tło do rozgrywających się tutaj wydarzeń, a tym, co wychodzi
na prowadzenie jest zdecydowanie rodzina i współpraca.
Główne zarzuty, jakie pojawiają się względem tego serialu,
dotyczą prawdziwości i rzetelności praw fizyki i zagadnień z dziedziny
astrofizyki. Owszem, zapewne można by się pokusić o dogłębną analizę
podejmowanych tutaj tematów, a jest ich całkiem sporo – sam motyw przetrwania
na obcej planecie, warunki atmosferyczne, czarna dziura, działanie statków
kosmicznych – ale nauczyłam się już jednej prostej zasady – przymykania oka na
tego typu sprawy, gdy mam do czynienia z czymś typowo rozrywkowym. Choć mój
umysł i tak próbował analizować wszystko, co się tutaj pojawiało z zakresu
nauki, to wychodziłam bardziej z założenia, że oglądam ten serial w innym celu.
Owszem, poczytałam co nieco o poruszanych tutaj elementach astrofizycznych, bo
czemu by nie, ale sam serial wolałabym oceniać przez pryzmat czegoś innego.

Pojawia się tutaj szereg interesujących postaci. Maureen
Robinson, przykładna matka, jest gotowa zrobić wszystko, aby ratować swoje
dzieci. Dodatkowo to niesamowicie mądra i ambitna kobieta, można by rzecz, że
urodzona przywódczyni, której nie brakuje poczucia sprawiedliwości, wie, kiedy
należy stosować metodę kija, a kiedy dać marchewkę. Jej mąż, John Robinson, to
były żołnierz, twardy i silny facet, aczkolwiek zapomniał, czym tak naprawdę
jest rodzina i małżeństwo. Rozbicie się na obcej planecie jest dla niego próbą
sił, a także możliwością przypomnienia sobie o tym, co ważne w życiu. Co
ciekawe… Jego postać uświadomiła mi, że się starzeję. Bo dopóki podkochujesz
się w aroganckich, przystojnych dupkach, to wiadomo, że masz w sobie coś z
nastolatki, ale kiedy zaczynasz zwracać uwagę na mężczyznę, który dba o swoją
rodzinę, to wiedz, że coś się dzieje – starość puka do twych drzwi. Will
Robinson to najmłodszy członek rodziny, urocze i naiwne dziecko, które
chciałoby wszystkim pomóc i pokazać, że nie jest zagubionym chłopcem. Widać, że
brakuje mu przyjaciół, bo jednego z nich odnajduje w… śmiercionośnym robocie.
Aczkolwiek przyznaję, że ten motyw przyjaźni był na swój sposób poruszający.
Wydawałoby się, że bohaterów nie będzie aż tak dużo, a
jednak… Wśród Robinsonów są jeszcze dwie nastolatki: Judy jest najstarsza,
pasjonuje się medycyną, to spokojna i poukładana młoda kobieta. Mina z kolei to
typowa nastolatka, która nawet w obliczu znalezienia się na obcej planecie,
myśli głównie o randkach. Moim ulubieńcem jest Don West! To najbardziej
humorystyczna postać z całego serialu. Zbyt pewny siebie, nieco arogancki, ale
to człowiek o złotym sercu. Przygarnął nawet kurę, która wyszła cało z
katastrofy… Za to niezwykle irytowała mnie Doktor Smith! Ale taka chyba rola
czarnych charakterów… Nie mówię, jest świetnie wykreowana, ale w każdym odcinku
czekałam na to, aż ktoś jej strzeli w twarz!
Mamy tutaj do czynienia z całkiem ładną scenografią,
zwłaszcza jeżeli chodzi o obcą planetę. Jednakże rodzime istoty, które twórcy
wprowadzili, zbyt mocno przypominały atrakcje z Parku Jurajskiego. Ciekawą
kwestią jest sam motyw śmiercionośnego robota i tego, w jaki sposób on
funkcjonuje. Od początku serialu widać, że jego „rasa” chce czegoś od załogi
Śmiałka, ale tajemnice są odkrywane krok po kroku. Cała akcja skupia się przede
wszystkim na tym, że bohaterowie próbują znaleźć sposób na nawiązanie kontaktu
z głównym statkiem i wydostanie się z opuszczonej planety. Co chwilę pojawia
się nowa możliwość, ale już po chwili zostaje zniszczona – tak to się toczy z
odcinka na odcinek, aczkolwiek bohaterowie i tak mają aż nazbyt dużo szczęścia.
Nie ma tutaj aż tak ogromnego dramatyzmu, bo w pewnym momencie zaczynamy
rozumieć plan działania twórców – prędzej czy później i tak los się do
wszystkich uśmiechnie.
Jako serial familijny ta historia sprawdza się naprawdę
dobrze, jako rasowe science-fiction, nieco mniej. Chwilami zbyt przewidywalny,
aczkolwiek poruszający. Mocno uwydatnione są tutaj rodzinne wartości, przyjaźń
oraz kwestia przetrwania. Różnorodni bohaterowie, gra aktorka raz lepsza raz
gorsza, ale ogółem serial jest przyjemny dla oka. Czasami można się pośmiać,
czasami popłakać, ale raczej jest to taka lekka rozrywka, w której dobrze by
było przymknąć oko na poważne naukowe aspekty, aby faktycznie cieszyć się samą
historią jako taką.