Data wydania: 15.05.2019
ISBN: 978-83-773-1331-2
Wymiary: 140 x 205 mm
Wymiary: 140 x 205 mm
Strony: 452
Cena: 44,90
Do sięgnięcia po powieść Jakuba Bielawskiego przekonał mnie
obiecujący klimat, który zapowiadała nie tylko sama okładka Ćmy, ale również opis fabuły. Dałam się
skusić – poleciałam jak tytułowa ćma do płomienia. A rodzice zawsze mówili,
żeby nie igrać z ogniem czy tam trzymać się od niego z daleka… jakoś tak. Jak
widać, nie zawsze się to sprawdza. Co ciekawe, nie sprawdziło się to również w
przypadku bohaterek Bielawskiego, bo odczuwam wrażenie, że ogień zaczął je po
prostu trawić.
Nie ukrywam, że przepadam za strachem. Uwielbiam te chwile,
w których adrenalina zaczyna buzować w żyłach, a serce szybciej bije. Jednak
mało który horror oferuje mi takie przeżycia… Jednak okazuje się, że Ćma Bielawskiego nie jest tak do końca
horrorem, a prędzej została zakwalifikowana do mało rozpowszechnionego gatunku
jakim jest weird fiction. I w sumie te dwa słowa chyba nawet w jakiś sposób
trafiają w sedno. Mamy tutaj do czynienia zarówno z fikcją, jak i z dziwacznymi
aspektami całej historii. Nawet jeżeli można by się tutaj doszukiwać elementów
horroru, to niestety nie jestem w stanie obiektywnie tego ocenić – naprawdę
sporo potrzeba, żeby zmrozić mi krew w żyłach.
Zdecydowanie mocnym plusem tej powieści jest język, jakim
posługuje się autor. Mocny, konkretny, rozbudowany, urozmaicony. Naprawdę
genialny. Widać tutaj pełne dopracowanie każdego szczegółu, można odnieść
wrażenie, że praktycznie każde słowo i jego użycie zostały w pełni przemyślane.
Nie da się też ukryć, że Bielawski w szczegółowy sposób zaprezentował samą fabułę
– chociaż nie mamy tutaj do czynienia ze zbyt szybkim tempem akcji, wszystko
rozwija się bardzo powoli, kroczek po kroczku, to mimo wszystko mamy okazję w
bardzo dobry sposób zapoznać się z biegiem wydarzeń. Co do samego klimatu –
tego również nie brakuje. Swoista atmosfera Gór Sowich, ponura, nieco ciężka,
jakby wiecznie deszczowa, bardzo szybko udziela się czytelnikowi.
Jednak o czym tak naprawdę jest Ćma? Można by napisać, że w
pewnym stopniu o samotności. O dojrzewaniu. O poszukiwaniu siebie i swojej
drogi. O trudach okresu nastoletniego. I chwilami wydaje się to być oklepane,
czasami nawet trywialne, ale Bielawski przedstawia to wszystko w iście
zaskakujący sposób. Nie dajcie się zwieść – to nie jest jakaś tam powieść
młodzieżowa, która wskazuje dzieciakom drogę rozwoju. To coś zupełnie innego,
inny poziom wtajemniczenia, chociaż nie ukrywam, że bohaterowie tej historii
zupełnie do mnie nie przemówili. Myślę, że śmiało mogłabym określić Ninę i Kaję
mianem zdegenerowanych nastolatek, których działania momentami jednoznacznie
kojarzyły się z patologią.
Ninę i Kaję na pozór dzieli wszystko, chociaż każda z nich w
jakiś sposób próbuje odnaleźć się… w samotności. W tym niegościnnym i
przytłaczającym otoczeniu starają się żyć każdym dniem, ale życie nie jest
usłane różami. Między dziewczynami wywiązuje się silna nić porozumienia,
głęboka przyjaźń, chwilami sprawiająca wrażenie toksycznej – jakby uzależnienie
od drugiej osoby stało się sensem życia. To burzliwa relacja, co wynika przede
wszystkim z buntowniczego charakteru jednej z dziewczyn. Stopniowo zapoznajemy
się z ich historią, z tym, jak dorastają, jak wkraczają w ten okrutny świat w
tej dziwacznej atmosferze. Do tego wszystkiego zaczynają się pojawiać
nieokreślone dziwności, może właśnie ta lekka nutka horroru, aż w końcu
docieramy do punktu kulminacyjnego, który w sumie jest również dziwny, ale i
nieco zaskakujący.
Chociaż nie ukrywam, że książka nie do końca trafiła w moje
gusta, to myślę, że fani ciężkich i ponurych klimatów znakomicie się tutaj odnajdą.
Nie jest to powieść łatwa, wymaga od czytelnika większego skupienia i
zaangażowania, ale na pewno skłania chwilami do refleksji i ma w sobie coś
oryginalnego.
Za egzemplarz dziękuję wydawcy.