Data wydania: 22.03.2018
Tytuł oryginału: The Plant Paradox: The Hidden Dangers in "Healthy" Foods That Cause Disease and Weight Gain
Tłumacz: Juliusz Poznański
ISBN: 978-83-65442-33-8
Wymiary: 141 x 202 mm
Strony: 360
Cena: 44,90 zł
Czy żyjąc w dzisiejszych czasach mamy pewność, że to, co
jemy, jest w pełni zdrowe? Czy wszelkie produkty z etykietami „bio” czy „eko”
są rzeczywiście lepszej jakości? Czytając mnóstwo mądrych książek na temat
odżywiania i tego, co nas truje, odnoszę momentami wrażenie, że jedynym
sensownym rozwiązaniem jest życie na totalnym pustkowiu, z dala od
jakiejkolwiek cywilizacji i uprawianie własnych roślin (czy też hodowanie
zwierząt, ale biorąc pod uwagę iż od lat nie jem mięsa, to w moim przypadku
jest to zbędne). Po przeczytaniu książki Stevena R. Gundry’ego zaczynam się
zastanawiać nad tym, czy po prostu nie przerzucić się na energię kosmiczną…
Choć ona pewnie też nam szkodzi albo jest już zatruta.
Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że ta książka
jest zła, bowiem naprawdę ciekawie się ją czytało. Chodzi mi jednak o to, że
istnieje już tak wiele różnych teorii na temat tego, co nam szkodzi, a co nas
ratuje, że człowiek może zwariować. Raz pomidory były rakotwórcze, raz broniły
przed rakiem. A to tylko jeden z wielu, naprawdę wielu przykładów. A o co
chodzi w książce Gundry’ego? O lektyny, czyli grupę białek, które znajdują się
przede wszystkim w ziarnach zbóż, ale również w warzywach czy owocach. Głównym
ich celem jest ochrona rośliny przed… zjedzeniem. Wszystko po to, żeby
odstraszyć potencjalnego roślinożercę, aby móc się rozprzestrzenić. Nie tylko
małe zwierzęta dają znaki ostrzegawcze drapieżnikom, że są trujące, chociażby
za pomocą ubarwienia. Rośliny też to potrafią! Ostrzegają nas kolorem, smakiem
i zapachem. Każdy organizm chce przetrwać i się rozmnożyć. A jak ma to zrobić
roślina, gdy zjemy jej nasiona? No właśnie… Dlatego musi się bronić i robi to
między innymi za pomocą lektyn.
Autor książki uważa, że lektyny w dużych ilościach są bardzo
szkodliwe dla naszego zdrowia. Popiera to różnego rodzaju badaniami naukowymi,
a także swoimi doświadczeniami. Gdy odkrył prawdę, która się kryje za
potencjalnie zdrowymi owocami i roślinami, stworzył własny system dietetyczny,
dzięki któremu wyleczył mnóstwo pacjentów z różnego rodzaju chorób. Brzmi jak
złoty środek, ale tak to wygląda we wszystkich książkach tego typu, dlatego
zawsze sceptycznie podchodzę do tych wszystkich przykładów z życia wziętych.
Oczywiście wierzę w to, że odpowiednia dieta jest wspaniałym lekarstwem, ale
przeczytałam już za dużo książek tego typu, aby ślepo ufać każdej diecie. Dalej
wychodzę z założenia, że trzeba obserwować i słuchać swojego ciała. Ono wie
najlepiej.
Przeważająca część tej książki to wyjaśnienie, jak działają
lektyny, skąd się wzięły, po co rośliny je produkują, jak wpływają na nasz
organizm – czyli popularno-naukowy wykład. Czyta się go zaskakująco dobrze,
bowiem publikacja Gundry’ego skierowana jest do wszystkich, a nie tylko do
osób, które wybudzone w środku nocy podadzą definicję lektyn czy innych haseł
naukowych. Przystępny język, lekko humorystyczne podejście, a co najważniejsze
– zachowany zdrowy rozsądek. To właśnie podoba mi się w podejściu autora. Fakt,
stale mówi o tym, że owoce czy rośliny psiankowate (z punktu widzenia botaniki
pomidor, papryka czy cukinia to też owoce, nie warzywa) są trujące, ale nie
wyklucza ich całkowicie z diety – po przejściu odpowiedniego detoksu można je
wprowadzać na nowo, ale ostrożnie i w małych ilościach. Cały ten uzdrawiający program
nie jest taki zły, jest wersja dla ludzi spożywających mięso, a także dla wegan
i wegetarian, co było świetnym rozwiązaniem. Nikt nie czuje się pokrzywdzony.
Może chwilami Gundry faktycznie zbyt się zagalopowuje, ale jednak da się ten
zdrowy rozsądek tutaj wyczuć. Dodatkowo podaje on wiele sposobów na to, jak
ograniczyć spożywanie lektyn, nie rezygnując zbytnio z jedzenia tego, co
lubimy.
W ogólnym rozrachunku jest to książka ciekawa, ukazująca
„zdrową żywność” w zupełnie nowym świetle. Właśnie dlatego warto się zapoznać z
tym odmiennym punktem widzenia, niezależnie od tego, czy ona nas przekona, czy
nie. Gundry wie, co pisze, co da się wyczuć na każdym kroku. Nie zaprzeczę
temu, że facet ma ogromną wiedzę i nie boi się podejść do tematu w sposób lekko
kontrowersyjny. Nie można mu też zarzucić kłamstwa, bo to, co jest tutaj
prezentowane, to czysta wiedza naukowa – przynajmniej charakterystyka i sposób
działania lektyn, co do przykładów z pacjentami pozostaję nadal nieco
sceptyczna (myślę, że tutaj trzeba by uwzględnić wiele kwestii osobnicznych,
genom i epigenom). Mimo wszystko – warto przeczytać.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję: