Data wydania: 21.02.2017
Tytuł oryginału: The Huntress of Thornbeck Forest
Tłumacz: Anna Rojkowska
ISBN: 978-83-63579-82-1
Wymiary: 140 x 205 mm
Strony: 352
Cena: 39,00 zł
Poznajcie Odette Menkels, damską wersją słynnego Robin
Hooda, która łamie prawo, aby pomagać biednym! Codziennie w nocy ryzykuje nie
tylko swoją reputację, ale i życie. Wraz z grupką kilku młodych pomagierów
poluje w Ciernistym lesie na jelenie margrabiego Rainharta, co jest surowo
zabronione. Nie można tego nazwać inaczej – Odette jest kłusowniczką, choć
kierują nią szlachetne cele. Jednak główny leśniczy margrabiego, Jorgen
Hartman, zrobi wszystko, aby odnaleźć tego, kto bez zezwolenia pozwala sobie na
takie poczynania. Kiedy ta dwójka poznaje się przypadkiem na zabawie
świętojańskiej, nie mają nawet pojęcia, że są swoimi największymi wrogami.
Wiem, że były takie osoby, które czekały na polską premierę
tej książki. Czy ja do nich należę? Raczej nie. Powieść Melanie Dickerson
rzuciła mi się w oczy dopiero wtedy, kiedy pojawiła się w polskich
zapowiedziach. Owszem, zainteresowała mnie swoim opisem, bowiem zwiastował on
całkiem konkretną historię osadzoną w fantastycznym świecie przypominającym
czasy średniowiecza. Niestety, muszę przyznać, że jest to mylne wrażenie,
bowiem otrzymałam prostolinijną opowiastkę z przewidywalnym zakończeniem. Choć
pierwsze strony jeszcze trzymały mnie w przekonaniu, że będzie dosyć dobrze,
tak jednak z każdą kolejną kartką traciłam na to nadzieję i wiedziałam, że
autorka nie zboczy z obranej przez siebie ścieżki. A szkoda.
Jeżeli jesteście fanami prostych historii miłosnych, to być
może będziecie usatysfakcjonowani tą powieścią. Jeżeli szukacie czegoś łatwego
w odbiorze, wręcz banalnego i nieskomplikowanego, to również możecie śmiało
sięgać po tę pozycję. Natomiast, jeśli macie ochotę na konkretną, złożoną i
wielowątkową opowieść osadzoną w nieco średniowiecznych realiach, to szukajcie
gdzie indziej. Melanie Dickerson zaprezentowała nam historię, która nie tylko
powiela pewne schematy, ale też nie wnosi nic nowego do literatury. To taka
typowa bajka z przewidywalnym happy endem. Co więcej, to szczęśliwe zakończenie
było wręcz absurdalne. Choć wydawałoby się, że przez bohaterami jest sporo
wyzwań i trudnych decyzji, tak wszystko idzie jak z płatka – za łatwo, za
szybko, zbyt prosto. Absurdalność pewnych wydarzeń całkowicie zbiła mnie z
tropu i momentami nie dowierzałam w to, co czytam.
Wydaje mi się, że autorka chciała jak najlepiej oddać realia
średniowiecznego życia, ale nie wyszło to najlepiej. Z jednej strony mamy tutaj
mało barwnych opisów, które umożliwiłyby nam przeniesienie się do tego świata,
a z drugiej mamy ogromne przerysowanie całości, jeżeli weźmiemy pod uwagę
wszystkie wypowiedzi bohaterów i ich dialogi. Przesyt słów „pani” i „panie” nie
działał na mnie zbyt zachęcająco. Główna bohaterka średnio przypadła mi do
gustu, właściwie nie wzbudziła we mnie żadnych większych emocji, podobnie jak i
pozostałe postacie, jak i cała historia. Brak napięcia, brak logiki, brak
sentymentów. Niestety! Choć ogółem sam zamysł nie był najgorszy i naprawdę dało
się z niego wiele wyciągnąć. Mimo wszystko uważam, że pozycja ta jest po prostu
do końca nieprzemyślana i niedopracowana.
No i mamy jeszcze jeden aspekt – ten romantyczny. Moja
irytacja sięgała zenitu na każdej stronie, na której były wieczne zachwyty
Odette. Jaka to ona jest wspaniała, cudowna, piękna, niepowtarzalna, urokliwa,
ambitna, inteligentna… No po prostu chodzący ideał, a jak dla mnie była bardzo
bezpłciowa. Jednakże każdy mężczyzna na kartach tej powieści zachwycał się jej
urodą i stylem bycia. Ile razy można czytać coś takiego? Czy autorka próbowała
przekonać samą siebie, jak perfekcyjna jest jej bohaterka? Było to naprawdę
męczące i zupełnie niepotrzebne. I uwaga! Mamy do czynienia z trójkątem
miłosnym. Jeden z kandydatów na męża Odette jest dobrze ustawionym synem
burmistrza, więc to dobra partia, przynajmniej, kiedy kierujemy się rozumem. Ma
odpowiedni status społeczny i pieniądze. No ale oczywiście pojawia się ubogi
leśnik i mamy miłość od pierwszego wejrzenia, rozwijającą się w zastraszającym
tempie i jak już pisałam powyżej – kończącą się po prostu w sposób
niewypowiedzianie nierealny i zaburzający wszystko to, czego dowiadujemy się
wcześniej, chociażby o margrabim i jego podejściu do kłusowników.
Łowczyni z Ciernistego
lasu mogła być intrygującą pozycją. Mogła być naprawdę dobrze napisaną
powieścią, z dobrze rozwiniętymi wątkami, z odpowiednio wykreowanymi bohaterami
i porywającą fabułą. Niestety, Melanie Dickerson gdzieś po drodze zbłądziła. Brakuje tu wielu elementów, które pomogłyby
się tej historii wybić, więc wątpię, żeby zyskała ona rzesze fanów. Wydaje mi
się, że zginie po prostu wśród wielu innych powieści tego typu, bo nie ma w
niej nic wyjątkowego. Jeżeli jednak czujecie, że mimo wszystko powinniście się
z nią zapoznać, to ja nie odradzam – spróbujcie!