Data wydania: 20.07.2016
Tytuł oryginału: Amy Snow
Tłumacz: Tomasz Wyżyński
ISBN: 978-83-8015-265-6
Wymiary: 130 x 195 mm
Strony: 504
Cena: 36,99 zł
Tajemnice Amy Snow
były książką, która zaciekawiła mnie od pierwszego momentu, w którym ją
ujrzałam wśród zapowiedzi. Przede wszystkim pojawia się tutaj przepiękna
okładka – kocham kontrastowe zestawienie kolorów, bowiem uważam, że to zawsze
wygląda dobrze oraz przyciąga wzrok - nie inaczej jest w tym przypadku. Jak
łatwo się domyślić, okładka przedstawia tytułową bohaterkę, spoglądającą na
pokaźny, bogaty dwór – pozostaje tylko pytanie, czy jest to początek czegoś
nowego czy spoglądanie za siebie i zapominanie o przeszłości… Osobiście uważam,
że to połączenie obu tych sytuacji, Amy Snow porzuca miejsce, w którym dorastała,
aby odnaleźć samą siebie i zacząć żyć na nowo.
Akcja powieści rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii. To
wspaniała epoka, z którą bardzo lubię mieć do czynienia w literaturze. Chociaż
nie sięgam po książki obyczajowe zbyt często, to jednak historia Amy Snow mnie
do siebie przyciągnęła. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy ten tytuł jest w pełni
zgodny z zawartością, z którą przyszło mi się zapoznać. O ile Amy faktycznie można uznać za główną bohaterkę, to jednak tajemnice, które odkrywamy należą do
kogoś zupełnie innego. Poznajemy sekrety zmarłej przyjaciółki Amy, Aurelii.
Aurelia to jedyna spadkobierczyni szanowanego rodu Venneway, która od małego była
krnąbrnym dzieckiem, jednakże marzącym o czymś wielkim. Choć nie jest w tej
książce obecna fizycznie, to w moim odczuciu jest postacią dużo ciekawszą i bardziej
wyraźną niż zagubiona Amy. Aurelia miała charakterek, potrafiła walczyć o
swoje, dążyła do swoich celów i nawet po śmierci potrafiła wpływać na życie
innych. Uważam, że przedstawienie postaci tylko za pomocą listów i wspomnień
nie zawsze jest łatwym zadaniem, a Tracy Rees doskonale sobie z tym poradziła.
Sama Amy jest taką szarą myszką, co jednak łatwo wytłumaczyć
tym, w jaki sposób traktowano ją w domu Vennewayów. Choć Aurelia miała ją za
wierną przyjaciółkę, towarzyszkę, a w końcu i młodszą siostrę, to pozostali
mieszkańcy raczej nie pałali do niej tak ogromną sympatią. Pracownicy byli
obojętni, ale państwo Venneway nigdy nie ukrywali swojej nienawiści. Mieli za
złe Aurelii, i nawet sobie samym, że ulegli prośbie córki, która przyniosła
zmarznięte dziecko znalezione w zaspie śnieżnej do domu. Pochodzenie Amy nikomu
nie jest znane, a co ciekawe, dziewczyna nawet niespecjalnie dąży do tego, żeby
je poznać. Tak jak pisałam – odkrywamy raczej sekrety Aurelii, a nie jej
młodszej przyjaciółki. Choć pojawiają się momenty, w których i ona potrafi
walczyć o swoje, to jednak jest wciąż zagubioną, niepewną siebie dziewczyną. W
trakcie jej podróży poznajemy również wielu innych bohaterów, z których
genialną postacią okazała się być pani Riverthorpe! To starsza kobieta, jednak
pełna klasy, życiowej mądrości i takiej jedynej w swoim rodzaju zadziorności,
wredoty i niezaprzeczalnej pewności siebie. To taka urocza zrzędliwość, która
jest po prostu znakomita.
Książka jest napisana bardzo dobrym językiem, idealnie
dopasowanym do epoki, w której rozgrywa
się akcja. Chociaż jej tempo raczej nie jest zbyt szybkie, chwilami
wręcz powolne, to nie można się temu dziwić. To nie jest ten typ historii, do
którego pasowałoby szybkie tempo czy rosnące napięcie. To taka spokojna, pełna
gracji powieść, która ma na celu coś zupełnie innego niż sprawienie, że
czytelnikowi serce podchodzi do gardła. Autorka dobrze odzwierciedliła realia
tamtych czasów i świetnie zaplanowała podróż Amy, która podąża za wskazówkami
Aurelii zamieszczonymi w listach. Widać, że przyjaciółka chciała zapewnić
swojej młodszej towarzyszce podróż życia, a jej celem było to, aby Amy stała
się pewna siebie, zostawiła za sobą przeszłość i zaczęła żyć na nowo. Czy jej
się udało? Myślę, że tak. Choć jej życie nie było usłane różami, podobnie jak
cała podróż, którą odbyła, to uważam, że było jej to potrzebne.
Tajemnice Amy Snow
to książka przyjemna, napisana z gracją i pasją. Choć nie jest to ten typ
literatury, po który sięgam najczęściej, to przyznaję, że nie żałuję czasu z
nią spędzonego. Owszem, chwilami bardzo dłużyło mi się zapoznawanie z
perypetiami głównej bohaterki, ale to właśnie dlatego, że nie jestem
przyzwyczajona do takich pozycji. Nie uważam jednak, żeby była to powieść nudna
czy przewidywalna, choć zbyt wielu elementów zaskoczenia tutaj nie
doświadczycie. Mimo wszystko pozytywnie odbiera się samą Amy, która poszukuje
swojego miejsca na ziemi i samej siebie. Nawet ma się ochotę jej kibicować, bo
to taka zagubiona sierotka, która wzbudza litość – ale nie w ten negatywny
sposób. Tracy Rees świetnie zaprezentowała erę wiktoriańską, doskonale
poradziła sobie z kreacją bohaterów i stworzeniem logicznego ciągu wydarzeń.
Jestem pewna, że wiele młodych czytelniczek zakocha się w tej historii,
zwłaszcza jeżeli przepadają za tego typu literaturą.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję:
Ogólna ocena: 7/10