Data wydania: 01.07.2015
Tytuł oryginału: Origin
Tłumacz: Sylwia Chojnacka
ISBN: 978-83-8075-012-8
Wymiary: 145 x 230
Strony:440
Cena: 39,90 zł
Czy poprawne jest uważanie, że Jennifer
L. Armentrout wiele ryzykowała, tworząc serię w gatunku romansu paranormalnego?
I czy wydawnictwo Filia ryzykowało równie dużo, wypuszczając ją na polski
rynek? Ja uważam, że tak. Nie okłamujmy się, czasy świetności tego gatunku
minęły już dawno i coraz więcej czytelników zaczęło odchodzić od takich lektur.
Aż tu nagle na półkach pojawiła się książka o hipnotyzującej okładce, która
jasno zapowiadała romans śmiertelnika i kosmity. Oklepane, prawda?
Origin to już czwarty tom serii Lux
i chyba najbardziej dramatyczny. Daemon jest w stanie zrobić wszystko, poruszyć
niebo i ziemię, spalić świat, zabić każdego, kto tylko przeszkodzi mu w
odzyskaniu Katy. Nie dba o to, czy zostanie złapany, czy stanie się coś złego –
jego jedynym celem jest uratowanie swojej dziewczyny. Daemon jest w stanie
zaryzykować dosłownie wszystko. A Katy? Katy jest otoczona przez wrogów, którzy
chcą jej zrobić pranie mózgu. Czy Daedalus jest naprawdę taki zły, jak do tej
pory sądziła? Czy to może ci, których uważa za przyjaciół, tak naprawdę
zagrażają ludzkości?
Oklepane czy nie, pani Armentrout
potrafiła wprowadzić tutaj coś od siebie. Tak na dobrą sprawę bardzo
łatwo jest chwilami zapomnieć o tym, że mamy do czynienia z romansem. W czwartym
tomie poznajemy w końcu organizację Daedalusa, jej cele oraz ludzi, którzy
stoją za porwaniami kosmitów i hybryd. Okazuje się, że organizacja nie jest do
końca taka zła, bowiem jednym z powodów jej założenia była chęć pomocy ludziom.
Jednak to tylko ta jasna strona medalu, bowiem ta ciemniejsza jest naprawdę
przerażająca. Zabawa w Boga to mało powiedziane – ich poczynania są
całkowicie niehumanitarne.
Zastanawiałam się nad znaczeniem tytuły. Do tej
pory mieliśmy do czynienia jedynie z nazwami kamieni, a teraz nagle pojawia się
„origin”. Co oznacza? Tego zdradzić nie mogę, ale obiecuje, że będziecie
zaskoczeni. Niby rzecz taka oczywista, a nie spodziewałabym się, że autorka w
taki sposób pokieruje rozwojem wydarzeniem. Jednak z pewnością jest to intrygująca
sprawa. Jeżeli chodzi o wydarzenia, które rozgrywają się w tej części, to dają
one nam sporo nowych informacji o Luksjanach, Arumianach i oczywiście DOD.
Wiele niejasnych sytuacji i motywów z poprzednich części zostaje teraz
wyjaśnionych i wszystko nabiera nowego sensu.
Uczucie pomiędzy Katy i Daemonem rozwija się i
zmierza w bardzo dobrym kierunku. Nie jestem w stanie obiektywnie
powiedzieć, czy nie jest to w pewnych momentach zbyt słodkie, bowiem uwielbiam
tę dwójkę razem. Jednak mój mózg podpowiada mi, że chwilami autorka
zbyt poszalała z tymi wyznaniami. Uwielbiam zbytnią pewność siebie Daemona,
jego arogancję i cięty język, które w połączeniu z troskliwością, odwagą i tak
wielkim oddaniem tworzą z niego faceta idealnego. To właśnie sytuacje z jego udziałem
i jego wypowiedzi w dużej mierze wpływają na ironiczny humor, z którym mamy
tutaj do czynienia. Co do samej Katy… dziewczynę da się lubić, a w tej
części nasz Kotek pokazuje pazurki coraz częściej. Jednak z drugiej
strony nienawidzę jej za to, że to ona ma Daemona, a nie ja!
Origin z łatwością utrzymał poziom
poprzednich części i pochłonęłam go jednym tchem. Czytałam z tak wielkim
zaangażowaniem, z towarzyszącą mi tak ogromną ciekawością, jak to wszystko się
zakończy i z czym jeszcze będą musieli zmierzyć się bohaterowie, że nawet nie
wiem, kiedy dotarłam do ostatniej strony i bez mała zawyłam z rozpaczy, że to
już koniec i muszę czekać na kolejny, tym razem już ostatni tom. W
punkcie kulminacyjnym pani Armentrout znowu się popisała i niczego bohaterom
nie ułatwiała. Śmierć znowu zebrała swoje żniwo, a wybór postaci,
które zginęły, nieco mnie zaskoczył. Seria Lux jest naprawdę dobrą serią i
piszę to nie tylko ze względu na swoją miłość do romansów paranormalnych, bo
zaufajcie mi, mało które potrafiły podbić moje serce. A tej serii się to w
dużej mierze udało. Wystawiam 5+/6.
Recenzja została napisana dla portalu BookGeek.pl