Data wydania: 16.09.2014
Tytuł oryginału: Deus Irae
Tłumacz: Paweł Kruk
ISBN: 978-83-7818-622-9
Wymiary: 150x225
Wymiary: 150x225
Strony: 272
Cena: 47,90
Cena: 47,90
„Podoba mi się koncepcja bycia kuszonym – powiedziała
Lurine, zapalając fajkę, która zgasła. – Wszyscy ulegają pokusie. Ciebie kuszą
te pigułki, wciąż je zażywasz. Ludzie – tacy jak ty – mają naturę pieska
preriowego: są chorobliwie ciekawscy. Wystarczy, żeby pieski usłyszały dziwny
odgłos, a już wyłażą z nory, żeby zobaczyć, co to takiego. Tak na wszelki
wypadek.”
Zawsze mam problem, aby napisać chociaż parę sensownych słów
na temat jakiejkolwiek książki Phillpa K. Dicka. Jego książki są jedyne w swoim
rodzaju i niepowtarzalne – każda z nich to niesamowita, pełna metafor i
ukrytych przesłań opowieść. Tak samo jest w przypadku „Deus Irae”, która
powstała z udziałem Rogera Zelaznego – autora jeszcze mi nieznanego, jednak mam
w planach nadrobienie tej zaległości. Myślę, że sam tytuł każdemu kojarzy się w
pewnym stopniu z Bogiem i duchowością. Prawidłowo, bo właśnie tego tyczy się ta
pozycja. Kwestia religii, poszukiwania swojej drogi, rozmyślania nad sensem
duchowości i znalezienia odpowiedzi na jedno nurtujące ludzkość pytanie: Gdzie
jest Bóg?
„-Spowiedź jest czymś dziwnym – powiedziała zamyślona
Lurine. –Po niej wcale nie czujesz się wolny, tak by ponownie grzeszyć. (…)
-Spowiadając się, czujesz – mówił Pete Sands – że możesz wyartykułować swoje złe myśli i czyny. Nadać im kształt. Nie boisz się ich już tak bardzo, gdyż stają się tylko słowami.”
-Spowiadając się, czujesz – mówił Pete Sands – że możesz wyartykułować swoje złe myśli i czyny. Nadać im kształt. Nie boisz się ich już tak bardzo, gdyż stają się tylko słowami.”
W książce „Deus Irae” otrzymujemy wizję świata zniszczonego
przez wojnę jądrową, gdzie zaczęły się rozwijać różne dziwaczne formy życia. Co
ciekawe, główny bohater jest również zdeformowany i porusza się na wózku
ciągniętym przez krowę (nie żartuję!). Tibor McMasters jest jednak niezwykle
zawziętą osobowością i jego niepełnosprawność nie przeszkadza mu w udaniu się
na pielgrzymkę, aby poznać oblicze Boga Gniewu. Podczas tej podróży będzie miał
czas na nostalgię i rozmyślanie, spotka niesamowite istoty, a czy przyjdzie mu
ujrzeć samego Boga? Tego musicie dowiedzieć się sami.
Lektura ta należy chyba do najnormalniejszych opowieści,
jakie roiły się w głowie Philipa K. Dicka. Oczywiście wciąż łatwo wyczuć jego
specyfikę, czy to w kreacji bohaterów czy samym stylu, ale jednak nie da się
ukryć, że historia tutaj zawarta jest dużo mniej skomplikowana, niż bywa to
zazwyczaj. Chociaż skomplikowanie w przypadku pana Dicka jest rzeczą nad wyraz
pozytywną i chwytającą za serce. Książka ta z pewnością daje jednak do myślenia
i czytelnik sam zaczyna zastanawiać się nad poruszanymi w niej kwestiami. A czy
widać tutaj jakiś wpływ współautora? Ciężko mi określić nie znając jego
twórczości i stylu, ale być może właśnie jego udział dodał tej „normalności”.
„Panie Gniewu. Przyjdź do mnie. Ubiczuj mnie i zabierz na
łono Natury.(…)Panie, ty, który tak wiele uczyniłeś, który masz władzę nad
całym cierpieniem, wybaw mnie od cierpienia, jakie mnie dopadło. Ty je
sprowadziłeś, ty jesteś przyczyną mojej udręki. Wybaw mnie od niej, gdyż tylko
ty potrafisz tego dokonać, Deus Irae.”
Cóż mogę rzecz? „Deus Irae” mnie porwało, jak każda książka
Dicka. Czy znajdzie się kiedyś w ogóle jakaś jego powieść, która nie wywoła we
mnie żadnych emocji, nie zapadnie mi w pamięć, nie omami mnie? Wątpię. Jestem
wręcz w 100 % pewna, że taka sytuacja jest czystym absurdem. „Deus Irae” jest
świetną pozycją, idealną na pierwsze spotkanie z tym autorem – nieco lżejsza
niż inne lektury tego pana, które mam już na swoim koncie, ale zdecydowanie nie
gorsza. Inna, ale wciąż specyficzna i oryginalna z ciekawą wizją świata po
apokalipsie. Zdecydowanie polecam! (Jakby to mogło kogoś zdziwić…)
Za egzemplarz serdecznie dziękuję: