Data wydania: 06.02.2013
Tytuł oryginału: The Fault in Our Stars
Tłumacz: Magda Białoń-Chalecka
ISBN: 978-83-62478-89-7
Wymiary: 135x205
Strony: 312
Cena: 34,90
Tytuł oryginału: The Fault in Our Stars
Tłumacz: Magda Białoń-Chalecka
ISBN: 978-83-62478-89-7
Wymiary: 135x205
Strony: 312
Cena: 34,90
„Gwiazd naszych wina”… chyba nie muszę nikomu przybliżać
fabuły? Tak, to ta książka, która wywołała furorę po prostu wszędzie! Zdobyła
serca milionów czytelników, była ciągle na listach bestsellerów, wydana została
w kilkudziesięciu krajach, doczekała się adaptacji filmowej… Powoli zaczęłam
uważać się za jedyną osobę, która nie zapoznała się z tą historią. I powiem
więcej – ja nawet nie miałam na to szczególnej ochoty. Jednak w końcu trafiłam
na nią w bibliotece – teoretycznie czysty przypadek, ale ja w przypadki nie
wierzę – no i przeczytałam. Gdzieś tam podświadomie liczyłam na to, że po
długim czasie książek „dobrych”, trafię na książkę, która wywoła w mojej duszy
obrażenia… i jak?
„Nieważne, jak mocno się odbijasz, nieważne, jak wysoko
wzlatujesz, nigdy nie uda ci się zrobić pełnego obrotu”.
Tak… książka jest oryginalna. Tego nie mogę jej odmówić,
bowiem autorzy rzadko kuszą się na to, aby ich bohater był poszkodowany przez
życie, chory na śmiertelną chorobę itd. itp. A pan Green to zrobił – umieścił
chorą Hazel Grace w otoczeniu innych chorych i zrobił z nich swoich unikalnych
bohaterów. Zabieg odważny, ale i ciężki do przedstawienia. Trzeba naprawdę
mocno wczuć się w rolę takiej osoby, aby móc w pełni oddać jej myśli. Nie wiem,
czy panu Greenowi się to udało, bowiem nigdy nie znalazłam się w sytuacji
takiej jak Hazel czy Augustus i mam nadzieję, że się nie znajdę, ale jest w tej
dwójce coś niesamowitego. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie uda
im się pokonać choroby. Doskonale wiedzą, że śmierć jest nieunikniona – a
jednak żyją. Cieszą się tym, co mają. Nie siedzą pogrążeni w smutku, skuleni w
kącie, obrażeni na cały świat. To mi się naprawdę spodobało – sposób, w jaki
autor przedstawił ich podejście do tak beznadziejnego położenia, w jakim się
znaleźli.
„W miarę jak czytał, zakochiwałam się w nim tak, jakbym
zapadała w sen: najpierw powoli, a potem nagle i całkowicie.”
Hazel jest osobą godną podziwu – mimo wszystko. Teoretycznie
normalna i typowa nastolatka, ale jednak niezwykła. Bardzo łatwo zyskuje
sympatię czytelnika, a dzięki pierwszoosobowej narracji łatwiej się z nią zżyć.
Jest silna, a tej siły nikt jej nie zabierze. Augustus Waters natomiast… cóż,
ten człowiek jest chyba dla mnie wciąż zagadką. Jednak nie mogę zaprzeczyć
temu, że ma w sobie nieopisany urok osobisty – potrafi zawrócić kobiecie w
głowie i to jak! Razem są niesamowici i stanowią piękną parę, ich uczucie
rozwija się stopniowo i jest szczere. Oboje wiedzą, przez co przechodzą –
doskonale się rozumieją i wspierają, starając się nie pamiętać o tym, co
przyniesie kolejny dzień.
„Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem
życzeń.”
No to tak… mamy realistycznych bohaterów, fabułę o trudnej
tematyce i piękne uczucie. Historia jak malowana, ale… jejku, czy ze mną jest
coś nie tak? Naprawdę liczyłam na emocjonalną bombę! Naprawdę chciałam się
zapłakiwać, jak większość z Was. Więc.. dlaczego nie mogłam? Może dlatego, że
moje podejście do życia jest, jakie jest. Wierzę, że wszystko ma sens, że ze
wszystkim można wygrać, można pokonać wszelkie przeciwności losu, a tak
naprawdę to my sami wybraliśmy sobie nasze obecne życie. Może właśnie z tych
powodów zakończenie tej powieści nie wywarło na mnie wrażenia – to było
przewidywalne. Nie było w tym nic zaskakującego. Wiedziałam, że tak będzie. I
byłam na to przygotowana. W sumie aż trochę żałuję, że ta pozycja nie wzbudziła
we mnie tak ogromnej dawki emocji, jak w innych…
Owszem, podobało mi się, ale nie porwało mnie „aż tak”. Nie
byłam w stanie poczuć tych wszystkich emocji, o których się tyle naczytałam…
Wiem, z czego to wynika i jest to tylko wina mojego podejścia do życia oraz charakteru,
nie tego, że autor nie był w stanie tego przekazać. Książka nadal pozostaje
pięknie napisaną opowieścią, która daje do myślenia i jest kopalnią cytatów…
Podobało mi się w niej przedstawienie życia, takiego, jakim jest naprawdę.
Podobało mi się nieidealizowanie nikogo i niczego. Podobała mi się relacja
Hazel-Gus i ich sposób bycia. Książka pewnie pozostanie w mojej pamięci, ale
nie wywołała obrażeń ani w moim sercu, ani w mojej duszy – przynajmniej nie w
takim stopniu, w jakim mogłabym się spodziewać po tych wszystkich pozytywnych
recenzjach. Ale niewątpliwie jest to piękna historia.
„Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie,
ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie.”
Jak natomiast ma się sprawa z ekranizacją? Bardzo dobrze.
Byłam naprawdę mile zaskoczona, że film, który powstał na podstawie tej
powieści okazał się być tak dobry. Historia Hazel i Gusa jest przedstawiona w
znakomity sposób – świetne, niemal fantastyczne odwzorowanie książki scena po
scenie. Cieszę się, że twórcy nie dodawali niczego od siebie, nic nie
pozmieniali i trzymali się pierwowzoru. Dzięki temu film oglądało się naprawdę
dobrze.
Początkowo byłam dosyć specyficznie nastawiona do aktorów,
ale Shailene spisała się na medal. Potrafiła się wczuć w rolę Hazel Grace i
znakomicie odtworzyć jej zachowanie. Te drobne gesty, ten śmiech, ten pazur,
doskonale widoczny podczas spotkania z van Houtenem… A Augustus? No muszę
przyznać, że postać w książce była naprawdę czarująca i nie byłam przekonana,
czy Ansel sobie z tym poradzi. Tym bardziej, że ogółem ten aktor wydaje mi się
być nijaki… a jednak! Ten uśmiech, ta pewność siebie, to puszczanie oczek…
udało mu się! Zwracam honor.
No i muszę się przyznać, że tym razem poczułam się
poruszona. Łzy jednak pociekły, no ale co zrobić – może akurat miałam słabszy
dzień i bardziej zżyłam się z bohaterami? Może po prostu styl Johna Greena nie
do końca mi odpowiadał, a film unaocznił mi wszystko na nowo? Nie wiem. Ale
chyba faktycznie jest coś w tym, że dzięki ekranizacji przeżyłam tę historię na
nowo i dostrzegłam w niej coś, czego wcześniej nie miałam okazji. Nie jestem w
stanie określić, co podobało mi się bardziej – film czy książka – ale z
pewnością jest to jedna z lepszych ekranizacji, jakie widziałam.