Czarownice wzbudzają
w ludziach naprawdę różne odczucia, jedni je podziwiają za ich wiedzę i moc,
zgłaszają się do nich po pomoc oraz darzą szacunkiem. Inni natomiast uznają te
kobiety za heretyczki, kochanki Diabła, które dbają tylko o siebie i swoje cele,
nie patrząc na dobro innych. Właściwie powinnam była napisać „wzbudzały”,
bowiem dziś pojęcie czarownicy się zmieniło. Jednak trzeba przyznać, że w
czasach średniowiecza czy też późniejszych postrzeganie to było po prostu jawną
ignorancją, a procesy o czary służyły głównie jednemu – pozbywaniu się
niewygodnych ludzi. Niewinne niczemu kobiety, a czasami również mężczyźni,
niepotrzebnie były pozbawiane życia oraz godności. Zawsze będę powtarzać, że
żadna szanująca się czarownica nie dałaby sobą pomiatać, a co dopiero dać się
złapać. No… chyba, że znalazłaby się czarownica-ignorantka, która po prostu się
do tego nie nadaje!
Czasy panowania
Henryka VIII to w Anglii okres polowań na czarownice i heretyków. Młoda Alys
jest sierotą, którą wychowywała znachorka i uznana uzdrowicielka, jednak, gdy
dziewczyna ma już 12 lat trafia do klasztoru. Nie zostaje tam wysłana siłą,
robi to z własnej nieprzymuszonej woli, bowiem widzi, że czeka tam na nią
miłość i opieka. Spędza tam 4 lata, jednak pewnej nocy dochodzi do tragedii –
Alys budzi się w środku nocy czując dym. Okazuje się, że klasztor podpalono i
pomimo usilnych prób uratowania swoich sióstr, Alys jako jedynej udaje się
uciec. Ponownie wraca do znachorki, jednak nie na długo. Wkrótce zostaje
wezwana na dwór starego lorda i wtedy jej życie całkowicie się odmienia.
Do przeczytania tej
książki skłoniły mnie przede wszystkim dwie rzeczy – sam tytuł, bowiem
uwielbiam motyw czarownic i zawsze sięgam po każdą pozycję, która go dotyczy.
Drugą rzeczą jest to, że zawsze chciałam zapoznać się z twórczością Philippy
Gregory i w końcu mi się udało. Autorka ta ma na swoim koncie wiele powieści
historycznych, które nie należą może do moich priorytetów czytelniczych, jednak
zdarza mi się czasami po nie sięgać i czerpać z tego przyjemność. Tak też było
w przypadku „Czarownicy”, która może nie jest książką idealną, ale naprawdę
głęboko mnie wciągnęła i mimo sporego formatu u objętości pochłonęłam ją bardzo
szybko.
Miejscem akcji jest
przede wszystkim dwór lorda oraz momentami chata znachorki o imieniu Morah. Oba
miejsca w bardzo łatwy sposób można sobie wyobrazić, bowiem autorka w bardzo
płynny sposób przekazuje swoją wizję czytelnikowi. Łatwo wyczuć klimat tamtych
czasów, co jest spowodowane sposobem, w jaki ludzie się do siebie zwracają,
opisami strojów, komnat oraz wielu innych elementów, które ułatwiają nam
wizualizację miejsca akcji. Cieszę się, że pani Gregory o to zadbała, bowiem
jest to dla mnie bardzo istotny element w powieściach historycznych – lubię
poczuć atmosferę dawnych czasów, dać się porwać i wręcz wejść do tego świata,
aby stać się biernym obserwatorem poczynań bohaterów. Fabuła nie jest
skomplikowana, ale idealnie dobrana do tamtych czasów.
Postaci są bardzo
dobrze wykreowane i każda z nich ma w sobie coś charakterystycznego. Stary lord
sprawia wrażenie rozsądnego i ułożonego człowieka, który chce zapewnić swojemu
synowi dobrą przyszłość. Jest jednak również sprytny i przebiegły, co wychodzi
dopiero po pewnym czasie. Jego syn –Hugo - to typowy zawadiaka, któremu w głowie
tylko kobiety i polowania. Szczerze? Nie jestem w stanie pojąć, co każda osoba
płci żeńskiej w nim widziała. Lady Catherine – żona Hugona – początkowo
wzbudzała we mnie nieco negatywne emocje, ale spoglądając na niej z perspektywy
całej już przeczytanej historii zmieniam zdanie. Była nieco zagubiona i czuła
się samotna, co w dużym stopniu tłumaczy jej zachowanie. Jedną z ciekawszych i
bardziej wyrazistych postaci jest Morah, która spełnia się jako czarownica i
uzdrowicielka – jest pewna siebie, sprytna i odważna. Ma w sobie wewnętrzną
siłę i mądrość, czego niestety zabrakło głównej bohaterce. Błędy młodej
czarownicy są doskonale widoczne i stanowią niejako morał tej historii.
Jako miłośniczka
czarownic muszę oczywiście poruszyć również ten temat. Trochę za mało magii w
magii – brakowało mi większej ilości rytuałów, opisów mikstur czy ziół. Może i
nie jest to wielki minus, ale naprawdę lubię ten momenty, gdy widzę, że autor
czy autorka poszperał nieco głębiej i dopracował owy wątek pod takim względem. Jednak
nie da się ukryć, że magiczne praktyki Alys ciągną się za nią przez wszystkie
strony tej powieści. Sama Alys natomiast niezmiernie mnie irytowała, ale uwaga!
Nie uważam tego za wadę tej książki, choć zazwyczaj denerwująca bohaterka
właśnie tym jest. W tym jednak przypadku doskonale wiąże się to z fabułą i
rozwojem wydarzeń. Początkowo jest ona istotą, którą bardzo łatwo manipulować –
nieśmiała i niezbyt pewna siebie. Potem następuje przełom i Alys staje się
porywcza i „sprytna” – a przynajmniej za taką się uważa. W moich oczach była
nierozważna, naiwna i po prostu głupia – nie potrafiła przewidzieć konsekwencji
swoich poczynań. Niestety, gdy człowiek zaczyna się parać magią musi nauczyć
się odpowiednio dobierać słowa i nieco wybiegać w przyszłość, aby rozważyć
wszystkie za i przeciw. Nasza kochana Alys nie nabyła tych umiejętności.
„Czarownica” to
dobrze skonstruowana powieść, napisana porządnym, ale lekkim w odbiorze
językiem. Czyta się ją naprawdę znakomicie i z przyjemnością. Bohaterowie są
prawdziwi i realistyczni, a fabuła, mimo że nie wyróżnia się w sumie niczym
wyjątkowym, potrafi mocno wciągnąć. Tempo akcji jest umiarkowane, a zakończenie
zaskakujące – pokuszę się nawet o stwierdzenie, że główna bohaterka
zreflektowała się w moich oczach. Swoje pierwsze spotkanie z tą autorką uważam
za bardzo udane i z pewnością sięgnę po inne jej powieści – kto wie, być może
dzięki niej ten typ literatury awansuje u mnie na wyższą pozycję na liście
ulubionych gatunków. „Czarownica” ma w sobie pewne elementy, które nie do końca
mi odpowiadały, ale i tak otrzymuje ocenę 7,5/10.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję: