Dean Koontz - "Oczy ciemności"
Sięgnęłam po twórczość Dean’a Koontz’a, gdyż mój wujek mi go
polecił, skoro lubię mocne klimaty. Faktycznie liczyłam na makabrę i
brutalność, ale tego tym razem nie otrzymałam. Jednakże nie mam tego autorowi
za złe, bowiem to dopiero pierwsza jego powieść, którą przeczytałam. A po
jednej książce nie będę go przecież oceniać całkowicie. Początkowa część tej
pozycji, a dokładniej jakaś 1/3, wydała mi się zbyt obyczajowa. Zrozpaczona
matka zaczyna podejrzewać, że jej zmarły syn jednak żyje. Stara się znaleźć racjonalne
wytłumaczenie zjawisk, które mają miejsce w jej domu i nie tylko. Nie działo
się jednak nic, co faktycznie mogłoby przyspieszyć dynamikę i mnie zaskoczyć.
Miejsce miały jedynie dziwne zjawiska nadprzyrodzone, ale nie jest to rzecz,
która by mnie poruszyła. Dla mnie to normalne.
Na szczęście pozostałe 2/3 nieco polepszyły sytuację tej
lektury. Akcja przyspieszyła i zrobiło się znacznie ciekawiej. Nie było to może
nic wybitnie porywającego, ale na pewno czytało mi się już lepiej i z nieco
większym zapałem. Dodatkowo spodobał mi się styl autora – taki lekki i płynny,
a przy tym wszystkim charakteryzuje go pewna dojrzałość wynikająca zapewne z
dorobku twórczego pana Koontz’a. Fabuła jednak była trochę nazbyt
przewidywalna, w pewnym momencie łatwo było sobie dopowiedzieć całą resztę i
odkryć zakończenie owej historii. Z pewnością sięgnę po inne pozycje, które
wyszły spod pióra tego autora. „Oczy ciemności” wypadły dosyć przeciętnie, ale
z chęcią spróbuję innego tytułu. Wystawiam 5,5/10.
Dean Koontz - "Złe miejsce"
Po przeczytaniu „Oczu ciemności” przyszedł czas na jakąś
inną powieść pana Koontz’a. Tym razem to historia kilku bohaterów. Frank
Pollard cierpi na amnezję i jest ścigany przez tajemniczego mężczyznę. Nie
pamięta, skąd się znalazł w danym miejscu, nie rozumie tego, skąd się biorą
różne przedmioty i pieniądze. Zgłasza się więc o pomoc do detektywów –
Bobby’ego i Julie Dakotów. Śledztwo ujawnia niezwykłe fakty z życia Frank’a,
ale ich już Wam nie zdradzę. W każdym bądź razie książka jest naprawdę ciekawa,
a pomysł intrygujący. Pomysł mnie urzekł od samego początku, a rozwinięcie go,
które poznałam w trakcie czytania jeszcze bardziej. Połączenie sensacji i
thriller’a z wątkami nadprzyrodzonymi i pewnymi niecodziennymi zjawiskami
sprawiło, że historia przypadła mi do gustu.
Nadal jednak brakowało mi w twórczości tego pana mocniejszej
makabry i dynamiki. Było lepiej niż w przypadku pierwszej książki tego autora,
z którą się zapoznałam, ale nadal to jeszcze nie to. Momentami akcja za bardzo
się rozwlekała. Tempo akcji raz zwalniało, raz przyspieszało. Nie potrafiłam
się całkowicie zagłębić w lekturze. Jednakże nie ukrywam, że sama fabuła była
naprawdę świetna. Wykonanie mniej mi się spodobało, ale może to po prostu taki
styl autora i trzeba się do niego przyzwyczaić. Oryginalni bohaterowie i
wielowątkowość są z pewnością dużym plusem. Czy sięgnę po kolejne książki tego
autora? Myślę, że tak, bo jednak mają one w sobie coś, co mnie przyciąga. Liczę
na to, że moja przygoda z jego twórczością będzie się rozwijać w coraz lepszym
kierunku. A „Złe miejsce” otrzymuje ocenę 6,5/10.
Ekranizacja - "Relikt"
Postanowiłam obejrzeć ten film, gdyż jest to ekranizacja
powieści moich dwóch ulubionych autorów. Oczywiście zanim się za niego
zabrałam, zdążyłam przejrzeć jego stronę na filmweb’ie. Niesamowicie zdziwiła
mnie jedna rzecz – brak odtwórcy roli agenta Pendergasta! Myślę sobie: „Może to
tylko jakiś błąd na stronie…”. Nadeszła upragniona chwila i włączyłam film,
licząc na coś naprawdę dobrego, bowiem książka była znakomita. Niestety, film
nie. Po pierwsze – Pendergasta faktycznie nie było! Rozumiem, że można pominąć
niektóre mniej znaczące postacie, ale nie bohatera, który prowadzi po części
śledztwo, a co więcej – odgrywa tutaj naprawdę znaczącą rolę. Jego niektóre
cechy osobowości dodano po prostu porucznikowi D’Agoście, co zupełnie mi się
nie spodobało. Połączenie dwóch postaci w jedną? Nie, zdecydowanie nie uważam,
żeby to był dobry zabieg.
Dostrzegłam też kilka innych nieścisłości, no ale w sumie
takie rzeczy często się zdarzają. Problem polega na tym, że czytając książkę
wszystkiego dowiadujemy się powoli, rozbudza się nasza ciekawość, wzrasta
napięcie i serce podchodzi do gardła – tutaj mi tego zabrakło. Film nie
wzbudzał we mnie aż takich emocji. Podobnie jak przedstawienie laboratorium do
badań… trochę kiepsko to wyszło. Wszystko było w miarę poprawne, ale nie miało
„tego czegoś”. Spodobało mi się jednak to, że twórcy filmu nie bali się
pokazywać dokładnie zwłok i rozlewu krwi. Przynajmniej jakiś mocny element w
tym wszystkim. No i przedstawienie sprawcy morderstw – wyobrażenie miałam nieco
inne, ale dobrze, że bestia została pokazana w bardzo dokładny sposób.
Ekranizacja niestety nieudana jak na mój gust. Największym
błędem było pozbycie się roli Pendergasta. Brak napięcia też nie działał na
korzyść tego filmu, bo momentami po prostu byłam znudzona. Zdecydowanie czegoś
tutaj zabrakło, a szkoda, bo powieść jest naprawdę świetna i można było zrobić
z tego coś równie dobrego. Po raz kolejny widać, że książka jest lepsza od
filmu.