Wampiry to już bardzo
oklepany temat w literaturze współczesnej, ale ja i tak lubię wracać do tego
motywu. Jedną z serii, której czytanie kontynuuję od jakiegoś czasu jest seria
„Wampir do wynajęcia” autorstwa J. R. Rain. „Świt wampira” to już 5 część
przygód Samanthy Moon i moim zdaniem najlepsza z całego cyklu.
Samantha po raz
kolejny musi się zmierzyć z detektywistycznym zadaniem. Ktoś w okolicy morduje
ludzi i porzuca ciała całkowicie wysuszone z krwi. Zapewne od razu powiecie, że
to sprawka wampira. No tak, logiczny wniosek, ale… wszystkie ślady wskazują na
to, że sprawca wcale nie należy do dzieci nocy. Ale to tylko jedna rzecz, z
którym Luna musi się zmierzyć. U jej synka zaczynają pojawiać się dziwne
symptomy, do złudzenia przypominające objawy bycia wampirem. I jest jeszcze
jedna sprawa, bo przecież te dwie to za mało, nie? W jej ręce po raz kolejny
trafia starożytny medalion o nieznanym znaczeniu i działaniu. Tyle zagadek dla
jednej wampirzycy… ale przecież Sam musi sobie poradzić, prawda?
Czemu uważam, że ta
część jest najlepszą częścią serii? Ponieważ zdecydowanie najlepiej mi się ją
czytało, najbardziej mnie wciągnęła i w ogóle doczekałam się tego, na co
liczyłam od samego początku! Nie zdradzę Wam tej tajemnicy, co mam na myśli,
ale jestem bardzo zadowolona, że autorka w końcu się na to zdecydowała. Powiem
tylko, że ma to związek z Kłem, ale wiele z Was zapewne pomyśli tylko o jednym
– on i Luna zostali parą. Ha, chcielibyście! Nie ma tak łatwo, wcale nie o to chodzi.
Jednak Kieł jest chyba najbardziej tajemniczą i najbardziej przeze mnie lubianą
postacią w tej serii i każda scena, w której bierze udział jest dla mnie
świetna.
Ciężko mi się zawsze
pisze recenzje kolejnych książek z obojętnie jakiego cyklu, bo cóż ja mogę
napisać więcej o stylu, języku, pomyśle niż pisałam ostatnio… Chociaż momentami
miałam wrażenie, że autorka zdecydowanie się rozwija, bo wszystko wydało mi się
tym razem takie bardziej dojrzałe i głębokie. W sumie autorka ma na swoim
koncie dużo więcej książek niż tylko ta seria, więc może nie ma się co dziwić,
że idzie jej coraz lepiej. W końcu trening czyni mistrza. Zawsze podoba mi się
to, że pani Rain potrafi sprytnie wpleść wiele wątków w fabułę w taki sposób,
że idealnie się uzupełniają i urozmaicają historię. Przedstawia Sam jako matkę,
przyjaciółkę, detektywa i wampirzycę. I to jest piękne. Poza tym nigdy jej nie
brakuje pomysłów i w każdej części potrafi coś nowego wymyślić.
Nadal uważam, że
książki o Lunie są takimi lekkimi odskoczniami od codziennego świata, z którymi
można spędzić bardzo miłe chwile. Nie są to powieści wybitne i skomplikowane,
ale nie są też denne i prymitywne. Cieszę się, że autorka rozwinęła rozpoczęte
w poprzednich częściach wątki i wzbudziła tym samym moje zainteresowanie.
Książka faktycznie mnie wciągnęła, a ponieważ bardzo szybko się ją czyta, to
akurat przeczytałam ją w jeden wieczór. Idealne odstresowanie, które pozwala
nam zżyć się z bohaterką i zapomnieć na chwilę o otaczającym nam świecie. Miło
i przyjemnie spędzony czas, przyjazna fabuła, dobre wykonanie. Ogółem polecam,
jeżeli ktoś ma ochotę na chwilę wytchnienia od ciężkich lektur, które wymagają
od nas skupienia. Dajcie sobie odetchnąć, lekkie książki też są nam potrzebne!
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: