Znacie powiedzenie,
że kłamstwo ma krótkie nogi? I że prawda zawsze wyjdzie na jaw? Na pewno tak.
Jednak nie znam chyba człowieka, który nigdy w życiu nie skłamał. Jednak dopóki
są to drobne kłamstewka, które nikomu nie szkodzą, to nic złego się nie dzieje.
Czasami nawet może takie drobne kłamstewko uratować sytuację. Ale podkreślam –
DROBNE.
Kelsey została
wyrzucona ze swojej poprzedniej szkoły, straciła kontakt z dawnymi
przyjaciółmi. Jednak w nowym liceum ma okazję zabłysnąć na nowo i udowodnić
wszystkim, w tym samej sobie, że jest idealną córką, uczennicą, przyjaciółką.
Isaac został również wyrzucony ze szkoły, nawet z kilku. Jednak mając ojca senatora,
wiele uchodzi mi na sucho. Jednakże szkoła Concordia Public może być jego
ostatnią szansą, dlatego nie może sobie pozwolić na żaden błąd. Między tą
dwójką początkowa ogromna niechęć z czasem przemienia się w fascynację, jednak
jest coś, co może zrujnować ich relację – prawda.
Zazwyczaj nie sięgam
po książki obyczajowe o licealistach, ponieważ nie czuję się w tej tematyce za
dobrze. Jednak uważam, że czasem warto coś takiego przeczytać, aby zapoznać się
z innym gatunkiem oraz trochę oderwać się od tego, co czytamy na co dzień. Czasami
warto przeczytać książkę o zwykłym, codziennym życiu nastolatków i ich
problemach, bo dzięki temu możemy sami przeżyć w pewnym sensie katharsis i się
oczyścić.
„Nie mogę powiedzieć
Ci prawdy” wydaje się być naprawdę intrygującym tytułem. Już czytając ten tytuł
zastanawiamy się o jaką prawdę chodzi? Cóż to za tajemnice, których główni
bohaterowie nie mogą ze sobą podzielić? Niestety, nie dowiadujemy się tego od
razu. Wręcz przeciwnie – tajemnice ciągną się przez całą powieść, a pytań jest
coraz więcej. Gdy już myślimy, że dowiedzieliśmy się całej prawdy, okazuje się,
że to nie o to chodziło. Dlatego właśnie książka cały czas trzyma w napięciu –
nasza ciekawość bierze górę i czytamy, czytamy, byle tylko dowiedzieć się, o co
chodzi i cóż to za tajemne sekrety.
Dwójka głównych
bohaterów jest w sumie przedstawiona w sposób bardzo dobry, podobnie jak
bohaterowie drugoplanowi. Jednakże całość skupia się przede wszystkim na Kelsey
i Isaacu. Kelsey odebrałam jako dziewczynę nieco zagubioną w sobie, która stara
się mieć wszystko pod kontrolą, wszystko chce robić sama – jakby chciała na
siłę udowodnić całemu światu, że potrafi i jest najlepsza. Isaac sprawia wrażenie
Bad boy’a, jednak przy bliższym poznaniu widzimy, że potrafi być człowiekiem
czułym i wrażliwym. Ogólnie niektórzy bohaterowie są po prostu stereotypowi –
znajdziemy tutaj zadufaną w sobie jędzę szkolną, nowo poznaną przyjaciółkę z
rozterkami, starą przyjaciółkę, która powoli przestaje utrzymywać kontakt z
główną bohaterką.
Co do pomysłu – nie jest
aż tak oryginalny, jak mógłby być. Jest to zwykła opowieść o nastolatkach i ich
„wielkich” problemach. Napisana jest bardzo prostym językiem, czasami miałam
wrażenie, że zbyt prostym. Niektóre dialogi wydały mi się po prostu płytkie,
żałosne i pozbawione głębi. Zawiodłam się także trochę poznając tę prawdę,
wokół której kręci się cała książka. Liczyłam na jakiś szok i wbicie w fotel, a
okazało się, że nie było to nic szczególnego – ot takie rozterki nastoletniej
dziewczyny. Chociaż kto wie, może znajdą się osoby, które to faktycznie ruszy
głębiej, może ja się do takich nie zaliczam.
Podsumowując, powieść
Lauren Barnholdt jest prostą lekturą, którą czyta się bardzo szybko – idealna na
nudne jesienno-zimowe wieczory, kiedy człowiek chce się oderwać od problemów,
rozluźnić i zrelaksować. Nie należy do książek trudnych w odbiorze, a rosnąca
ciekawość sprawia, że chce się czytać do samego końca. Jednak uważam, że nie
jest to historia, którą będzie się długo pamiętać.
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu: