Motyw aniołów w
literaturze jest dość powszechny – nie tylko w dzisiejszych czasach, ale także
w dawniejszych. Teraz anioły najczęściej występują w romansach paranormalnych,
bo która z nas nie chciałaby mieć chłopaka anioła? Piękny, przystojny, dobry… a
może jednak ten drugi typ Wam się podoba? Typ upadłego anioła – nieziemsko
kuszący, gorący, lekko arogancki. W każdym bądź razie każdy z nich to nadal
anioł.
Teagan od zawsze była
nieco wyobcowana ze społeczeństwa. Miała w sumie tylko jedną jedyną przyjaciółkę
– Claire. I nikogo więcej. Toteż, gdy na jej drodze staje nieziemsko piękny
chłopak – Garreth, Teagan czuje się trochę nieswojo. Szybko jednak zaprzyjaźnia
się z nowo poznanym kolegą i zaczyna się przy nim czuć swobodnie. Nawet więcej
niż swobodnie. Jednak to by było za proste i za piękne… przed nimi ciężka próba
i równie ciężka droga do przebycia.
Dobra, nie będę
owijać w bawełnę – ta książka jest beznadziejna. Naprawdę. Ogólnie bardzo lubię
paranormale. Lubię nawet te paranormale, gdzie mamy do czynienia z „trójkątem”
– jedna dziewczyna i dwóch nieziemskich przystojniaków o nią rywalizujących.
Jednak w tym przypadku tego nie da się lubić. Nawet ten „trójkąt” był tutaj
prymitywny, a fabuła strasznie oklepana. Wiem, że może ciężko wymyślić coś
oryginalnego w tego typu lekturze, ale żeby nie dodać nic od siebie? Żeby nie
wymyślić żadnego nowego, choćby jednego elementu? Przecież to naprawdę nie
wymaga filozofii. Fakt, książkę czyta się bardzo szybko, ale to nie tylko
sprawa prostego języka. Bardziej chyba chodzi o to, że wiele zdań można
pominąć, bo nie wnoszą one nic nowego, i tak doskonale zdajemy sobie sprawę z
tego, co się dzieje.

Zero emocji, zero
napięcia, przewidywalna do szpiku kości. Poza tym co to w ogóle ma być, że w
przeciągu 3 dni zrodziła się wielka, ogromna miłość na całe życie? I to na
dodatek przesłodzona. Ludzie, błagam! Nawet w bajkach dla dzieci jest to lepiej
wszystko przedstawione. Ta książka jest po prostu płytka i pusta. Brakuje jej
głębi, brakuje jej praktycznie wszystkiego. Mam wrażenie, że pani Murgia wpadła
na pomysł „aaa napiszę sobie książkę, nie ważne jaką, jakąś napiszę”. Najgorsze
jest to, że ja tutaj nawet nie widzę żadnego potencjału. Bo zdarzają się
książki, które są słabe, ale widać, że autor miał pomysł, że był ten potencjał.
A tutaj? Nie ma ani tego, ani tego. Oklepany temat, kiepsko zrealizowany, a
poza tym strasznie schematyczna i stereotypowa ta opowieść.
Całe szczęście, że
wydałam na tą książkę niecałe 7 zł, chociaż nawet tylu nie jest warta. Na pewno
do niej nie wrócę, na pewno nie sięgnę po kolejne części. Stanowczo nie jestem
ciekawa dalszych losów Teagan i jej Strażników. Ba, nawet zakończenie nie poprawiło
niczego w tej książce, mimo że miałam taką cichą nadzieję. Jak to jednak mówią
– nadzieja matką głupich. Zdecydowanie nie polecam, nie warto tracić czasu na
TAK słabe książki.