"Gwiazda anioła" - Jennifer Murgia


Motyw aniołów w literaturze jest dość powszechny – nie tylko w dzisiejszych czasach, ale także w dawniejszych. Teraz anioły najczęściej występują w romansach paranormalnych, bo która z nas nie chciałaby mieć chłopaka anioła? Piękny, przystojny, dobry… a może jednak ten drugi typ Wam się podoba? Typ upadłego anioła – nieziemsko kuszący, gorący, lekko arogancki. W każdym bądź razie każdy z nich to nadal anioł.

Teagan od zawsze była nieco wyobcowana ze społeczeństwa. Miała w sumie tylko jedną jedyną przyjaciółkę – Claire. I nikogo więcej. Toteż, gdy na jej drodze staje nieziemsko piękny chłopak – Garreth, Teagan czuje się trochę nieswojo. Szybko jednak zaprzyjaźnia się z nowo poznanym kolegą i zaczyna się przy nim czuć swobodnie. Nawet więcej niż swobodnie. Jednak to by było za proste i za piękne… przed nimi ciężka próba i równie ciężka droga do przebycia.

Dobra, nie będę owijać w bawełnę – ta książka jest beznadziejna. Naprawdę. Ogólnie bardzo lubię paranormale. Lubię nawet te paranormale, gdzie mamy do czynienia z „trójkątem” – jedna dziewczyna i dwóch nieziemskich przystojniaków o nią rywalizujących. Jednak w tym przypadku tego nie da się lubić. Nawet ten „trójkąt” był tutaj prymitywny, a fabuła strasznie oklepana. Wiem, że może ciężko wymyślić coś oryginalnego w tego typu lekturze, ale żeby nie dodać nic od siebie? Żeby nie wymyślić żadnego nowego, choćby jednego elementu? Przecież to naprawdę nie wymaga filozofii. Fakt, książkę czyta się bardzo szybko, ale to nie tylko sprawa prostego języka. Bardziej chyba chodzi o to, że wiele zdań można pominąć, bo nie wnoszą one nic nowego, i tak doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Bohaterowie są po prostu płascy, mało wyraźni i po prostu nijacy. Chociaż stop, główna bohaterka jest chyba mistrzynią w użalaniu się nad sobą. Już od pierwszych stron byłam zniesmaczona, gdy Teagan odczytywała e-mail od „koleżanki” i przeżywała jego treść jak mrówka okres… Tak, to po prostu było tak okropne i upokarzające, że prawie bym się wzruszyła, ale tusz na to stanowczo za drogi. Takiej irytującej bohaterki to ja dawno nie spotkałam, chociaż zdarzało się... Co do Garretha, jeśli ktoś lubi ciepłe kluchy, to proszę bardzo. A i tak.. mroczny charakter – Hadrian. Z niego taki mroczny i zły anioł jak ze mnie baletnica!

Zero emocji, zero napięcia, przewidywalna do szpiku kości. Poza tym co to w ogóle ma być, że w przeciągu 3 dni zrodziła się wielka, ogromna miłość na całe życie? I to na dodatek przesłodzona. Ludzie, błagam! Nawet w bajkach dla dzieci jest to lepiej wszystko przedstawione. Ta książka jest po prostu płytka i pusta. Brakuje jej głębi, brakuje jej praktycznie wszystkiego. Mam wrażenie, że pani Murgia wpadła na pomysł „aaa napiszę sobie książkę, nie ważne jaką, jakąś napiszę”. Najgorsze jest to, że ja tutaj nawet nie widzę żadnego potencjału. Bo zdarzają się książki, które są słabe, ale widać, że autor miał pomysł, że był ten potencjał. A tutaj? Nie ma ani tego, ani tego. Oklepany temat, kiepsko zrealizowany, a poza tym strasznie schematyczna i stereotypowa ta opowieść.

Całe szczęście, że wydałam na tą książkę niecałe 7 zł, chociaż nawet tylu nie jest warta. Na pewno do niej nie wrócę, na pewno nie sięgnę po kolejne części. Stanowczo nie jestem ciekawa dalszych losów Teagan i jej Strażników. Ba, nawet zakończenie nie poprawiło niczego w tej książce, mimo że miałam taką cichą nadzieję. Jak to jednak mówią – nadzieja matką głupich. Zdecydowanie nie polecam, nie warto tracić czasu na TAK słabe książki.





A book is a dream that you hold in your hands...

A book is a dream that you hold in your hands...

Reading is dreaming with open eyes...

Reading is dreaming with open eyes...