Co robicie, gdy cały świat wali Wam się na głowę? Zazwyczaj
ciężko się od razu pozbierać, czasami trzeba kilku dni, tygodni, miesięcy, lat…
Jednak czasami nie mamy tyle czasu. Zdarza się, że w ogóle nie mamy czasu się
rozkleić. Musimy zdusić ból w sobie i iść dalej, nie zatrzymywać się, nie
pozwalać sobie na chwilę słabości. Jest ciężko, ale trzeba dać radę.
Mamy rok 2018. 17-letnia Riley Blackthorne jest córką
legendarnego, najsłynniejszego łowcy demonów. Oczywiście dziewczyna pragnie
pójść w ślady ojca, pragnie udowodnić wszystkim, że może mu dorównać, a może
nawet być lepsza niż jej tata. Jednak dziewczyna ma łowić demony? Nie wszyscy w
Gildii patrzą na to przychylnie. Tym bardziej, że Riley wcale nie umie jeszcze
za wiele. Możliwe, że będzie z niej więcej kłopotów niż pożytku. Dodatkowo jej
świat zaczyna się walić, wszystko idzie nie tak jak powinno i dochodzi do
tragedii. Jak Riley poradzi sobie z tym wszystkim?
Gdy zobaczyłam zapowiedź tej książki to pomyślałam sobie „O
tak, to będzie coś”. Przyciągający uwagę tytuł oraz ciekawa oprawa graficzna.
Wszystko wyglądało wręcz pięknie. Szkoda tylko, że nie okazało się takie do
końca… Spodziewałam się po tej książce czegoś znacznie lepszego, czegoś, co
mnie chwyci za serce, niestety, nie otrzymałam tego.

Bohaterowie według mnie są nieco słabo wykreowani, a szkoda,
bo niektórzy mogli być całkiem ciekawymi postaciami. Skupię się na samej Riley.
Dziewczyna niesamowicie mnie irytowała. To ma być 17-letnia prawie dojrzała
kobieta, a na dodatek łowczyni demonów? To rozhisteryzowana, użalająca się nad
sobą, zagubiona 10-latka. Naprawdę nie wiem jak można się zachowywać tak jak
ona. Przydałby się jej porządny wstrząs, to może by jej to pomogło. Tak, główna
bohaterka niestety nie przypadła mi do gustu i uważam ją za minus tej książki.
Reszta bohaterów taka sobie, nikt szczególnie nie zapada w pamięć.
Brakowało mi także emocji, zarówno u bohaterów jak i u mnie
samej. Naprawdę rzadko mi się zdarza, żeby książka nie wzbudzała we mnie
żadnych uczuć. A tutaj tak było. Kompletnie nic nie czułam, a na sam koniec już
po prostu przelatywałam tekst oczami, byle żeby dobrnąć do końca. Wypowiedzi
były po prostu puste, pozbawione jakichkolwiek wzruszeń, ekscytacji czy
czegokolwiek innego. Było po prostu pusto.
Nie mówię, że książka jest wybitnie tragiczna, zaliczyłabym
ją raczej do przeciętnych. Można po nią sięgnąć jak się nie ma nic innego pod
ręką, a także wtedy, kiedy po prostu nie chcemy się wybitnie skupiać na tym, co
się dzieje. Potencjał był i to spory, wszelkie błędy wynikają po prostu z
niedopracowania. Każdemu może się zdarzyć, a kto wie, może w drugiej części
będzie już lepiej.
________________________________________________________________________________
A co do czytnika.. w końcu padło na to, że dostanę tablet. Ponoć lepiej, bo ma więcej możliwości. A w ogóle bardzo miła niespodzianka mnie wczoraj spotkała - otrzymałam książkę "Piosenki dla Pauli" od wydawnictwa. A dzisiaj się dowiedziałam, że wygrałam książkę "Nigdy i na zawsze" :) Cieszę się bardzo.
I udało mi się zrobić więcej miejsca w pokoju na książki... me gusta. I w końcu muszę się zebrać do zrobienia większych zakupów książkowych.