Co może robić osoba, która umarła i jest zawieszona między
dwoma światami? W sumie to nic. Pozostaje jej tylko wieczne błąkanie się.
Trochę nieciekawa perspektywa - wieczna
samotność, wieczne błądzenie… zdecydowanie nieciekawie. W końcu człowiek nie
został stworzony do samotności, prawda?
Amelia nie żyje. I tylko tyle wie. Zna jeszcze swoje imię, ale nic poza tym. Nie pamięta jak umarła, dlaczego, gdzie żyła, nie pamięta rodziny, przyjaciół… kompletnie nic. Jest duchem, niewidzialnym dla całego świata. Zostawiona sama sobie, jest zagubiona, pogrążona w smutku i bólu. Aż do dnia, gdy ratuje tonącego chłopaka. No bo jak mogłaby go zostawić, żeby umarł? Nie chciała, żeby skończył tak jak ona. Jakież jest jej zdziwienie, gdy okazuje się, że chłopak – Joshua – ją widzi. Powiem więcej, nie tylko widzi, ale także słyszy i może dotknąć. Ta dwójka bardzo się do siebie zbliża i oczywiście rodzi się między nimi uczucie. Oczywiście zakazane uczucie.
Do tej książki przyciągnęła mnie okładka, ponieważ jest naprawdę przepiękna. Jednak sprawdza się tutaj powiedzenie „Nie oceniaj książki po wyglądzie”. W sumie nastawiałam się na to, że ta książka będzie przynajmniej dobra. No i się lekko zawiodłam. Nie wiem czy dlatego, że jest słaba, czy dlatego, że miałam inne oczekiwania. Bohaterowie są po prostu nijacy. Jakby wszyscy byli niewidzialnymi duchami, a nie tylko Amelia. Ten brak wyraźniejszych cech sprawia, że stają się oni niemal irytujący, a zwłaszcza Amelia. Jej ciągłe „Och” niesamowicie działało mi na nerwy. Jak i jej całe podejście. Rozumiem, że jak się spotyka po raz pierwszy od długiego czasu osobę, która Cię widzi i z którą można porozmawiać to można stracić głowę… ale bez przesady. Odczuwam wrażenie, że ‘miłość’ Amelii i Joshuy była z jednej strony nijaka, a z drugiej przesłodzona. W niektórych momentach mnie prawie mdliło. W sumie miałam nadzieję, że Eli uratuje tą książkę i będzie jakimś tam jej plusem, jednak w drugiej połowie książki też mnie zaczął denerwować.
Część opisów była nużąca, niekiedy akcja się strasznie ciągnęła. Takie pisanie czegoś na siłę, jednak nie zapominajmy, że liczy się jakość a nie ilość. Pani Hudson chyba o tym zapomniała. Nie powiem, miała pomysł, miała zarys bohaterów… jednak nie zostało to dopracowane tak jak powinno. Sam pomysł całkiem, całkiem.. bo tutaj to dziewczyna jest paranormalna, a nie chłopak. Jednak mam wrażenie, że tutaj wszystko skupiło się tylko na tym, jacy to oni są biedni, bo wszyscy są przeciwko nim, a oni na dodatek nie mogą być do końca razem. Ja bym tu wplotła więcej akcji i napięcia. Dużo więcej, bo nie ma ani krzty z tych rzeczy. Zdecydowanie brakowało mi jakichkolwiek emocji. Po prostu nic nie czułam czytając tą książkę, a bardzo tego nie lubię.
Moim skromnym zdaniem ta książka jest po prostu zwykłą, prostą, przeciętną książką, która rzuca się w oczy tylko ze względu na okładkę. Z jednej strony jest płytka, a z drugiej odczuwam wrażenie, że to wszystko jest takie naciągane. Jednak nie jest to problem fabuły czy samego pomysłu, tylko niedopracowania. Jak ktoś zaczyna swoją historię z czytaniem, albo z romansami paranormalnymi to może mu przypaść do gustu. Ja jednak mam za sobą już wiele takich książek, więc mam większe oczekiwania.
Amelia nie żyje. I tylko tyle wie. Zna jeszcze swoje imię, ale nic poza tym. Nie pamięta jak umarła, dlaczego, gdzie żyła, nie pamięta rodziny, przyjaciół… kompletnie nic. Jest duchem, niewidzialnym dla całego świata. Zostawiona sama sobie, jest zagubiona, pogrążona w smutku i bólu. Aż do dnia, gdy ratuje tonącego chłopaka. No bo jak mogłaby go zostawić, żeby umarł? Nie chciała, żeby skończył tak jak ona. Jakież jest jej zdziwienie, gdy okazuje się, że chłopak – Joshua – ją widzi. Powiem więcej, nie tylko widzi, ale także słyszy i może dotknąć. Ta dwójka bardzo się do siebie zbliża i oczywiście rodzi się między nimi uczucie. Oczywiście zakazane uczucie.
Do tej książki przyciągnęła mnie okładka, ponieważ jest naprawdę przepiękna. Jednak sprawdza się tutaj powiedzenie „Nie oceniaj książki po wyglądzie”. W sumie nastawiałam się na to, że ta książka będzie przynajmniej dobra. No i się lekko zawiodłam. Nie wiem czy dlatego, że jest słaba, czy dlatego, że miałam inne oczekiwania. Bohaterowie są po prostu nijacy. Jakby wszyscy byli niewidzialnymi duchami, a nie tylko Amelia. Ten brak wyraźniejszych cech sprawia, że stają się oni niemal irytujący, a zwłaszcza Amelia. Jej ciągłe „Och” niesamowicie działało mi na nerwy. Jak i jej całe podejście. Rozumiem, że jak się spotyka po raz pierwszy od długiego czasu osobę, która Cię widzi i z którą można porozmawiać to można stracić głowę… ale bez przesady. Odczuwam wrażenie, że ‘miłość’ Amelii i Joshuy była z jednej strony nijaka, a z drugiej przesłodzona. W niektórych momentach mnie prawie mdliło. W sumie miałam nadzieję, że Eli uratuje tą książkę i będzie jakimś tam jej plusem, jednak w drugiej połowie książki też mnie zaczął denerwować.
Część opisów była nużąca, niekiedy akcja się strasznie ciągnęła. Takie pisanie czegoś na siłę, jednak nie zapominajmy, że liczy się jakość a nie ilość. Pani Hudson chyba o tym zapomniała. Nie powiem, miała pomysł, miała zarys bohaterów… jednak nie zostało to dopracowane tak jak powinno. Sam pomysł całkiem, całkiem.. bo tutaj to dziewczyna jest paranormalna, a nie chłopak. Jednak mam wrażenie, że tutaj wszystko skupiło się tylko na tym, jacy to oni są biedni, bo wszyscy są przeciwko nim, a oni na dodatek nie mogą być do końca razem. Ja bym tu wplotła więcej akcji i napięcia. Dużo więcej, bo nie ma ani krzty z tych rzeczy. Zdecydowanie brakowało mi jakichkolwiek emocji. Po prostu nic nie czułam czytając tą książkę, a bardzo tego nie lubię.
Moim skromnym zdaniem ta książka jest po prostu zwykłą, prostą, przeciętną książką, która rzuca się w oczy tylko ze względu na okładkę. Z jednej strony jest płytka, a z drugiej odczuwam wrażenie, że to wszystko jest takie naciągane. Jednak nie jest to problem fabuły czy samego pomysłu, tylko niedopracowania. Jak ktoś zaczyna swoją historię z czytaniem, albo z romansami paranormalnymi to może mu przypaść do gustu. Ja jednak mam za sobą już wiele takich książek, więc mam większe oczekiwania.