"Las zębów i rak" - Carrie Ryan



Życie w ciągłym strachu… ciągłym strachu przed tym, co czyha na nas w ciemnościach, co czeka na nas za bezpiecznym terenem, jakim jest nasz dom. Życie w strachu przed tym, co ludzie o Tobie pomyślą albo co Cię czeka, jeśli nie będziesz słuchać tych, którzy stoją wyżej w hierarchii niż Ty. Okropna wizja.

Mary żyje w wiosce, która znajduje się w środku lasu. Jest ona otoczona siatką, aby chronić mieszkańców przed atakami Nieuświęconych. Kim są Nieuświęceni? Teoretycznie ludźmi, a przynajmniej kiedyś nimi byli. Jednak zatracili swoje człowieczeństwo. Dodatkowo w wiosce Mary panują surowe reguły, nad wszystkim władzę sprawują Siostry. Niestety nie zawsze ich decyzje są zgodne z decyzjami i przekonaniami mieszkańców. Jednak pewnego dnia na wioskę jakimś cudem napadają Nieuświęceni. Mary wraz z przyjaciółmi ucieka i pragnie dotrzeć do miejsca, które zna tylko z historii, które opowiadała jej matka. Czy jej się to uda? Czy prędzej zginie w mrocznym Lesie Zębów i Rąk?

Pomysł na tą opowieść jest zdecydowanie niecodzienny i niebanalny. Świat, a także panująca w nim hierarchia i zasady zostały jasno i klarownie przedstawione przez autorkę. Bardzo łatwo można sobie wyobrazić wioskę, ogrodzenia, ścieżki oraz tytułowy Las. Gorzej niestety z bohaterami, bo jakoś nieszczególnie widziałam ich w swojej głowie. Po prostu byli i tyle. Wielka szkoda, że nie zostali oni w wyraźniejszy sposób wykreowani, a może zostali, tylko do mnie to nie dotarło. W każdym bądź razie – ja tego nie odczułam. Dodatkowo Mary czasem niesamowicie działała mi na nerwy. Trochę egoistyczna i uparta, jednak nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciągle mówiła tylko o jednym i miałam dziwne wrażenie, że tak na dobrą sprawę dba tylko i wyłącznie o własne dobro.

Trzeba przyznać, że wszystko szybko się toczy już od pierwszych stron, jednak potem niestety zwalnia. Większość książki stanowią opisy, które bywają nużące i męczące. Akcja się wlecze i trochę przynudza. Dopiero końcowa część książki, a dokładniej jakaś 1/4 , jest ciekawsza. Tam się coś dzieje, akcja przyspiesza i czyta się już dużo przyjemniej. Zdecydowanie brakowało mi dialogów w tej książce. Było ich naprawdę niewiele, a na pewno wzbogaciły by tą opowieść i zniwelowały znużenie, które z kolei powodowały nadmierne opisy. Brakowało mi też większych emocji, chociaż nie mogę powiedzieć, że w ogóle ich nie były. Zdarzały się momenty, że można było odczuć miłość, oddanie, a nawet zazdrość. Podobał mi się pomysł Nieuświęconych – ciekawie wymyślone i ciekawie opisane.

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Mary. Nie wiem czy pozwoliło nam to na lepsze poznanie bohaterki, ja jakoś się z nią nie zżyłam. Ogólnie styl pisania pani Ryan jest dość dziwny i specyficzny, toteż książka nie każdemu może przypaść do gustu. Trzeba się po prostu przyzwyczaić, z początku może być trudno, ale potem idzie już z górki. Nie uważam, że zmarnowałam czas czytając ją, bo było to miłe doświadczenie, poznałam ciekawą historię i w sumie można przymknąć oko na pewne niedogodnienia. Świat tej opowieści jest naprawdę ujmujący.

Książka nie jest powalająca, ale nie jest też beznadziejna. Jest całkiem dobra, pomimo tych niedociągnięć o których pisałam wcześniej. Może autorka po prostu się rozkręcała, a w drugiej części czeka nas coś nieziemskiego?




Za książeczkę dziękuję mojej Tiriś! <3 Kocham Cię :D

A w ogóle to na nowo się zaczęły studia, ciągle jakieś kolokwium, ciągle coś. Do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć motywu naszej fizyki, no ale nie mnie się wtrącać - trzeba przeżyć. Nie ogarniam także motywu filozofii, którą mamy z największym szowinistą i seksistą jakiego znam, dostałam plusa za to, że przyszłam przygotowana na zajęcia, przy czym przygotowaniem było to, że miałam spódniczkę. Poza tym mój kot ma od dłuższego czasu niepohamowane dni miłości do mnie i się ciągle przymila, to jest bardzo podejrzane.


A book is a dream that you hold in your hands...

A book is a dream that you hold in your hands...

Reading is dreaming with open eyes...

Reading is dreaming with open eyes...