Wymiary: 135 x 205 mm
Księgi zapomnianych
żyć, czyli polskie wydanie The
Binding autorstwa Bridget Collins, jeszcze nie tak dawno temu podbijały
światowy bookstagram. Wydawało się, że to wręcz powieść idealna dla wszystkich
miłośników książek – bowiem to właśnie one miały tutaj odgrywać niesamowicie
istotną rolę. Z wielkim entuzjazmem podeszłam zatem do tej historii, a sam
początek naprawdę wydawał mi się być urzekający. Pierwsze sto stron zapowiadało
magiczną opowieść pełną intryg i spisków, było to takie wprowadzenie, które
uznałam za niezwykle obiecujące. Niestety – dalsza część mnie już lekko
rozczarowała.
Chciałabym napisać, że głównym bohaterem jest tutaj młody
mężczyzna o imieniu Emmet, ale chyba nie mogę tego zrobić… dlaczego? Dlatego,
że książka ta ma dosyć dziwną konstrukcję i sposób prezentowania wydarzeń.
Każda część, składająca się z kilkunastu rozdziałów, jest jakby innym aspektem
tej samej historii. Narracja w pewnym momencie zbacza na zupełnie inny tor i
przechodzi na innego bohatera, aczkolwiek samemu trzeba się w tym wszystkim
zorientować. Osobiście uważam, że spokojnie można było umieścić przed każdym
rozdziałem, ewentualnie w sumie samą częścią, imię bohatera, który w danym
momencie jest narratorem tej historii.
Nie ukrywam, że sam pomysł na fabułę jest świetny. Motyw
oprawiania ludzkich wspomnień, segregowania ksiąg, trzymania ich w zamknięciu –
niesamowicie interesująca sprawa! To sztuka, która nie każdy może pojąć. To
zbawienie, które może pomóc ludziom zapomnieć o przykrych wydarzeniach i
smutkach, zacząć żyć na nowo, odkreślić przygnębiającą przeszłość grubą linią.
Jednak drzemie w tym też pewne niebezpieczeństwo – ktoś, kto zdobędzie dostęp
do oprawionej księgi zyska w pewnym sensie władzę nad danym człowiekiem i jego
wspomnieniami. W jednej chwili może sprawić, że dana osoba na nowo będzie
musiała się borykać z trudami przeszłości. A co jeśli ktoś oprawi cię wbrew
twojej woli i zapomnisz nawet to, co było dobre?
Wydaje mi się, że z tak doskonałego motywu można było wiele
wyciągnąć i napisać naprawdę niesamowicie intrygującą, pasjonującą wręcz
powieść. Niestety, Bridget Collins zupełnie nie wykorzystała drzemiącego w tym
wszystkim potencjału. Liczyłam na rozbudowaną fabułę, pełną spisków, tajemnic i
intryg, liczyłam na walkę dobra ze złem, na coś naprawdę magicznego, a pojawia
się tutaj tego tyle, co kot napłakał. Bardziej na przód wysuwa się zakazany,
homoseksualny romans, ogromnie negowany przez społeczeństwo wykreowane przez
autorkę. Może miała to być jakaś forma manifestu? Próba ukazania, że każdy zasługuje
na miłość i tolerancję? Bowiem dobrze wiemy, jak ta kwestia wygląda w
rzeczywistości.
Chociaż w życiu codziennym i osobistym nie mam nic do ludzi
o innej orientacji seksualnej i wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś jest
szczęśliwy i kochany to jest to najważniejsza kwestia, tak jakoś w literaturze
nie za bardzo przepadam za tym motywem. Zwłaszcza dlatego, że chwilami wydaje
mi się być wciskany do książek na siłę. Nie wiem, czy tutaj było podobnie, ale
osobiście uważam, że można było tę opowieść zrealizować całkowicie inaczej.
Tutaj nie były potrzebne żadne romanse, mogły być jedynie jakimś tam dodatkowym
tłem i urozmaiceniem, ale historia sama w sobie miała ogromny potencjał na po
prostu porywającą fantastykę z niepowtarzalnym motywem. Ale nie wyszło.
Niestety, mój zapał opadał z każdą kolejną stroną i nawet
jeżeli styl autorki jest niezwykle kwiecisty i głęboki, tak jednak nie przypadł
mi do gustu kierunek, w którym poszła. Z czasem połapałam się też w tej
konstrukcji i chronologii wydarzeń, ale mimo wszystko oczekiwałam czegoś
zupełnie innego. Bohaterowie zupełnie mnie nie urzekli, ich kreacja jest raczej
średnia, toteż nie zdołali nawet wzbudzić we mnie żadnych emocji – podobnie jak
ich przeżycia. Książka z pewnością znajdzie swoich zwolenników, ja jednak
jestem rozczarowana.
Za egzemplarz dziękuję wydawcy.