Wymiary: 140 x 205 mm
Chociaż do tej pory nie miałam okazji czytać żadnej z
książek Roberta J. Szmidta, tak muszę przyznać, że zapowiedź jego najnowszej
powieści, Mrok nad Tokyoramą,
niesamowicie mnie zaintrygowała. Zarys fabuły, w tym opis miejsca akcji, który
się tam też przewinął, przywiódł mi na myśl światy tworzone przez mojego
ukochanego Philipa K. Dicka – przyszłość, rozwój technologii, wielkie
metropolie i władza w rękach korporacji. Jakoś tak to wszystko pobudziło moją
wyobraźnię i skierowało właśnie w stronę jego twórczości. A jeżeli coś choćby w
minimalnym stopniu sprawia, że w mojej głowie budzi się myśl o twórczości
Dicka, to jestem już kupiona.
Głównym bohaterem jest Rafał Tymura, który może się
pochwalić japońskimi korzeniami. Niegdyś pracował jako żołnierz sił
specjalnych, obecnie jako ochroniarz, który prowadzi również własny biznes –
szkołę uczącą innych technik samoobrony. Do dnia, w którym banda gangsterów
napada na jego szkołę, okrada go, a co najgorsze – gwałci i zabija jego
ukochaną żonę, która na dodatek była w ciąży. Tymura wpada w szał i jest gotowy
zrobić wszystko, aby się zemścić. Nie cofnie się przed niczym, po trupach
będzie dążył do celu, ukrywając się pod nową tożsamością.
Nie ukrywam, że gdy rozpoczęłam lekturę, to na chwilę udało
mi się zapomnieć o tym, że to wszystko miało mi nieco przypominać świat
inspirowany twórczością Philipa Dicka. Moje myśli skierowały się szybko w
stronę Johna Wicka, który mierzył się dokładnie z tym samym, co Tymura. I
również postanowił się zemścić na tych, którzy odebrali mu wszystko, co kochał.
Z tym wyjątkiem, że Wick nie musiał tworzyć sobie nowej tożsamości – bo i po
co? On i tak siał postrach samym swoim nazwiskiem, czy też pseudonimem. Tymura
nie miał wyboru – aby osiągnąć swój cel musiał sam siebie uznać za martwego i
przekonać o tym potencjalnych wrogów. Ale musicie wiedzieć jedno – ten facet
sprawia wrażenie niezniszczalnego!
Tymura to doskonale wyszkolony człowiek. Świetnie zaplanował
cały plan zemsty, przyjął odpowiednią strategię, ale też musiał odświeżyć pewne
kontakty, a i nawiązać nowe, aby jego szanse na powodzenie faktycznie wzrosły.
Mimo wszystko za każdym razem było w nim widać pewną ostrożność i
podejrzliwość. Ale w walce wręcz prawdopodobnie nie ma sobie równych! To
zdecydowanie było jego cechą dominującą, mocno charakterystyczną. Napędzała go
zemsta, to fakt, z łatwością można było dostrzec ten motyw, ale wtedy, kiedy
trzeba było, potrafił zachować zimną krew. Nie brakuje tutaj również kilku
innych ciekawych postaci, jak chociażby Ci, którzy są przychylni Tymurze.
Jest tutaj mnóstwo akcji, przeskoków z jednego miejsca w
drugie, nagłych i nieprzewidywalnych wydarzeń, które całkowicie zmieniają obrót
spraw. Intrygujące jest również samo zakończenie, a także następujący po nim
epilog (wierzcie mi, specjalnie rozdzielam tutaj te dwie kwestie, co zapewne
zrozumiecie, gdy sami sięgniecie po tę lekturę). Można snuć różne
przypuszczenia, mieć swoje podejrzenia, co do tożsamości niektórych osób czy
też szczerości ich intencji, ale zdecydowanie nie można się nudzić towarzysząc
Tymurze na jego drodze zemsty. Świetna fabuła, doskonały rozwój wydarzeń, a to
wszystko opisane naprawdę doskonałym stylem.
Wykreowany przez autora świat bardzo przypadł mi do gustu –
tak jak już wspomniałam na początku, rzeczywiście nieco przypominał mi to, z
czym czasami miałam do czynienia w przypadku twórczości Philipa K. Dicka.
Kojarzycie na pewno słynnego Blade
Runnera? To właśnie ta wizja snuła się gdzieś po moim umyśle. Świetny
klimat, dobrze opisany świat, ciekawi bohaterowie – to idealnie uzupełnia
fabułę, która już sama w sobie naprawdę genialnie wypada. Muszę przyznać, że to
pierwsze spotkanie z twórczością Roberta J. Szmidta wypadło naprawdę
znakomicie. Dla mnie to takie połączenie Blade
Runnera i Johna Wicka – a
przynajmniej luźna inspiracja tymi dwoma tytułami, bo przecież Szmidt zrobił
jednak coś swojego. Polecam!
Za egzemplarz dziękuję wydawcy.