Gdy usłyszałam, że Netflix ma zamiar stworzyć serial o
Wiedźminie, to z jednej strony czułam ogromną ekscytację, a z drugiej byłam
pełna obaw. Geralta z Rivii pokochałam już jako dziecko, bowiem książki
Sapkowskiego były w moim domu odkąd pamiętam. Wróciłam do nich po latach i
wciąż jest to jedna z moich ulubionych serii fantastycznych, które w sumie
chętnie odświeżę sobie ponownie – to niemal tak, jakbym w każdej dekadzie
swojego życia wracała do Wiedźmina. Nie da się ukryć, że fani tej sagi z
pewnością wyczekiwali porządnej adaptacji filmowej, czy też serialowej, bo nie
ukrywajmy – polska produkcja szału nie zrobiła. Jednak czy twórcy sobie z tym
poradzili?
Wydaje mi się, że jako tako im to wyszło. Fakt, ten serial
nie jest idealny, mam mu co nieco do zarzucenia, ale w ogólnym rozrachunku
dobrze się to oglądało. Być może wynika to z mojego ogromnego sentymentu do
Geralta i tego całego świata, ale naprawdę oglądałam odcinek za odcinkiem, co w
sumie rzadko mi się zdarza w przypadku seriali – zawsze jakoś sobie to dawkuję,
a tutaj chciałam po prostu obejrzeć wszystko od razu. W sumie zgodzę się, że
być może zabrakło tutaj takiego swoistego klimatu słowiańskiego, ale atmosfera
sama w sobie jest w porządku – mamy okazję przenieść się do naprawdę niezłego
świata.
Największe obawy miałam co do Henry’ego Cavilla, który
wcielił się w tytułowego bohatera. Gdy usłyszałam, że ostateczna decyzja o jego
angażu zapadła, to po prostu nie wierzyłam, że to się uda. Fakt, nie powinnam
kierować się tym, że nie przepadam za Supermanem, ale jednak cały czas
widziałam w Cavillu tylko tę postać. Nie widziałam w nim Wiedźmina, ale co
najgorsze – nie wyobrażałam sobie właściwie nikogo, kto mógłby odpowiednio
zaprezentować Geralta z Rivii. I wierzcie mi, nadal jestem w szoku, bo Cavill
odwalił naprawdę kawał mega dobrej roboty. Charakteryzacja to jedno, ale on
naprawdę niesamowicie wszedł w tę rolę – gestami, mową, akcentem, sposobem
poruszania się. Zwracam honor! Cavill jak dla mnie jest znakomitym Geraltem,
moja miłość odżyła.
Całkiem nieźle wypadła również Jodhi May w roli Calanthe czy
Freya Allan w roli Ciri. Lwiątko mnie naprawdę urzekło – zagubiona, niepewna
swojej drogi dziewczynka, choć wiele osób czepia się jej potencjalnego wieku.
Ogółem zauważyłam, że wiele osób zarzuca temu serialowi fakt, że odbiega co
nieco od książek czy gier, ale ludzie! Przecież adaptacje mają to do siebie i
osobiście uważam, że nie ma w tym nic złego. Jeżeli wciąż mamy zachowane
najważniejsze wątki i wszystko wygląda dosyć sensownie, to po prostu trzeba
przejść z tym do porządku dziennego. Ja całkowicie przymknęłam oko na to, czy
bardzo odbiegamy od pierwowzoru czy nie, nie chciałam siedzieć i analizować
każdej sceny krok po kroku, chciałam się cieszyć dobrym serialem. A wiele rzeczy mi to umożliwiło!
Niesamowicie wypadł również Joey Batey w roli barda! Jaskier
to po prostu mistrzostwo w jego wykonaniu. Irytujący, ale sympatyczny.
Właściwie to w odcinku, w którym się pojawił i przyczepił do Geralta pojawia
się scena, w której ta dwójka do złudzenia przypomina Shreka i Osła. Ba! Nawet
jest dialog o cebuli… Czyżby Wiedźmini mieli warstwy? No i nie da się ukryć, że
ballady w tym serialu mają w sobie to coś – zwłaszcza jedna, która obecnie
podbija Internet… Więc grosza daj Wiedźminowi, sakiewką potrząśnij… Niestety,
postacie, na których pojawienie się czekałam najbardziej, wypadły w moim
odczuciu okropnie. Od początku nie byłam przekonana do wyboru aktorek
wcielających się w Yennefer i Triss, obejrzenie całości mojego zdania nie
zmieniło. Anya Chalotra po prostu nie pasuje wyglądem na Yen, chociaż próbuje
się ratować jako tako grą aktorską, to wciąż widzę tam twarz słodkiego
przedszkolaka. Zabrakło mocnego charakteru Yen, dla mnie były jedynie jakieś
przebłyski. A Triss? Anna Shaffer totalnie mi tutaj nie pasuje! Serio, widziałam
tylko laskę, która próbowała wyrwać Harry’ego Pottera…
W ogóle muszę przyznać, że magowie wypadają tutaj dosyć
kiepsko. Brakuje im pewności siebie, takiej siły – gdy tylko się pojawiają
powinni emanować tą siłą, dumą, poczuciem swojej wartości, co udaje się tylko
jednej z nich – Tissai. Cała reszta wypada po prostu blado, a apogeum tej
słabości wychodzi na jaw w ostatnim odcinku, w bitwie o Wzgórze Sodden. Aczkolwiek
był to miły gest, że kręcono go w Polsce, dokładniej na zamku w Ogrodzieńcu.
Niestety kiepsko też wyszedł sam motyw Nilfgaardu – po prostu wyszło na to, że
Nilfgaard jest zły, bo tak i już. Wkrótce Cahir i Fringilla stali się
niesamowicie irytujący, bo snuli się jako czarne charaktery bez konkretnego
podłoża.
Zauważyłam, że wiele osób miało zarzuty względem tego, że
mamy tutaj do czynienia z dziwnymi przeskokami czasowymi. Serio? Ja momentalnie
zrozumiałam, że historie Geralta, Yen i Ciri rozgrywają się niezależnie od
siebie i dopiero gdzieś tam w trakcie dojdzie do ich połączenia. Było to dla
mnie tak oczywiste, że w ogóle nie mam zamiaru tutaj robić twórcom jakiś
wyrzutów. Człowiek myślący od razu powinien się w tym połapać. Ale co jeszcze
jest istotne w historii o Wiedźminie? Potwory! I muszę przyznać, że wyglądały
nieźle, chociaż momentami jakoś za bardzo oscylowały wokół klimatu Stranger
Things… A czarne elfy? Dobra, po obejrzeniu zwiastuna też mnie to trochę nie
przekonywało, ale w sumie nie było to takie złe. Naprawdę, nie jest to rzecz,
której należałoby się specjalnie czepiać. Natomiast muszę przyznać, że pochwały należą się człowiekowi, który zajmował się choreografią walk - naprawdę wypadły one znakomicie!
W ogólnym rozrachunku serial mi się podobał, mimo tych
pewnych niedociągnięć czy mankamentów. Wydaje mi się, że kolejne sezony będą
już dużo bardziej dopracowane, bardziej konkretne, twórcy będą wiedzieli, czego
oczekują widzowie. Dlatego mam nadzieję, że po prostu będzie już znacznie
lepiej, chociaż zapewne podmiany aktorów do niektórych ról raczej się nie
doczekam…