Coraz częściej w środowisku blogosfery pojawia się kwestia
jakości blogów książkowych oraz tego, czy mamy prawo zarabiać na naszych
działaniach. Temat został nawet ostatnio poruszony podczas Śląskich Targów
Książki i debaty organizowanej przez portal granice.pl oraz Śląskich Blogerów
Książkowych. Jaki morał można było z tej debaty wyciągnąć? Wiele zmieniło się w
działaniach recenzenckich, a kierunek, w którym zmierzamy, chyba nie do końca
jest odpowiedni i zgodny z tym, co kiedyś zakładano.
Pamiętam, że gdy ponad sześć lat temu zakładałam bloga to słowo
pisane miało ogromne znaczenie. Ogółem historię z recenzowaniem zaczynałam od
książkowego forum, gdzie to potem zachęcono mnie do założenia bloga z
recenzjami książek. Całe grono blogerów recenzujących wtedy książki było małe,
znaliśmy się i kojarzyliśmy, wspieraliśmy nawzajem, dyskutowaliśmy,
motywowaliśmy się do dalszej pracy. Komentarze na blogach miały sens i
znaczenie, nie polegały na napisaniu jednego zdania w stylu „Może przeczytam”
czy „Fajnie, że Ci się podobało”. Inaczej też wyglądały współprace z
wydawnictwami, ale wtedy nikt nie myślał nawet o zakładaniu fanpage’a na
Facebooku czy profilu na Instagramie. Booktube też nie był zbyt powszechny.
Recenzja pojawiała się tylko na blogu, chodziło o samą recenzję, a nie tysiąc
pięćset dodatkowych zadań do wykonania. I zawsze otrzymywało się egzemplarz
finalny recenzowanej powieści… Ostatnio jednak wiele blogerów zauważyło, że
wydawnictwa zaczynają wymagać czegoś więcej. Relacji i zdjęć na Instagramie,
post na Facebooku, post z zapowiedzią, umieszczenie recenzji na innych
portalach (co ciekawe, Sławomir Kempa z granice.pl bardzo fajnie wyjaśnił podczas panelu,
dlaczego nie powinniśmy tego robić -> klik), udostępnienie postów w grupach
czytelniczych… A może jeszcze frytki do tego?
Z czego wynika ta zmiana? Z pewnością częściowo z tego, że
sami zaczęliśmy to robić. Blogosfera się mocno rozwinęła i zaczęła korzystać z
innych mediów niż tylko blog. Czy sami strzeliliśmy sobie samobója, a
wydawnictwa tylko podchwyciły nowe działania? Trochę tak i trochę nie. Ale
tutaj pojawia się teraz właśnie ta sporna kwestia – czy bloger za recenzowanie
i promowanie powieści ma prawo żądać wynagrodzenia pieniężnego? Zastanówmy się
teraz, ile czasu zajmuje typowemu blogerowi ogarnięcie takich działań.
UWAGA. To zestawienie czasowe jest subiektywne, tworzone na
podstawie moich doświadczeń. Każdy ma inne tempo pracy, każdy czasami dodaje
różne bajery do filmów czy zdjęć, ja raczej robię „pakiet podstawowy”.
- Otrzymałam książkę od wydawnictwa. Okej. Pora zrobić Insta Stories! Patrzcie co do mnie dotarło! Czekałam na tę powieść, niebawem zabieram się za lekturę – okej, to zajmuje może max ze 2-3 minuty.
- Czytanie książki + nagrywanie w trakcie relacji na Insta Stories. I to jest bardzo indywidualna kwestia, która zależy od tempa czytania. Ja czytam dosyć szybko (co wyjaśniałam tutaj), wiec zakładam, że przeczytanie książki o objętości 400 stron zajmie mi około 3 godzin. W tym czasie nagram też jakieś Insta Story
- Napisanie recenzji – też bardzo indywidualna kwestia. Mnie zajmuje to około 45 minut. Nagranie filmu? Samo nagranie to jakieś 30 minut, montowanie drugie tyle. Wrzucenie na bloga recenzji to jakieś 10 minut, podobnie jak filmu na YouTube.
- Dodawanie recenzji na inne portale (załóżmy, że bierzemy pod uwagę 10 dodatkowych stron) – jakieś 10 minut.
- Udostępnianie posta na Facebooku i w grupach książkowych – około 10-15 minut.
- Zdjęcia na Instagramie… I tutaj pojawia się ciekawa kwestia. Dobrze wiemy, że to nie jest już kwestia szybkiego strzelenia byle jakiej fotki. Figurki, wisiorki, świeczki, cuda i wianki na kiju – to się teraz dzieje na bookstagramie. Wiadomo, ładna otoczka, ładna ekspozycja książki, ładny efekt. Edytowanie zdjęć, bajery i inne nieziemskie stworzenia… Ja aż tak nie szaleję, ale i tak przygotowanie scenerii, zrobienie zdjęć kilku książkom, przejrzenie ich i obrobienie zajmuje im około godziny do półtorej.
- Wrzucanie zdjęć na Instagrama i promowanie swojej pracy – to też trochę indywidualna sprawa, w zależności od aktywności danego użytkownika, dlatego ciężko mi oszacować ten czas. Jakieś 20-30 minut dziennie?
- Promowanie bloga poprzez komentowanie i odwiedzanie innych blogów – podobnie, zależy od aktywności i chęci, wiec zostańmy przy tym, że też około 20-30 minut dziennie.
No proszę, okazuje się, że blogerzy naprawdę wkładają wiele
pracy w to, co robią. Więc jasne, jak najbardziej możemy się domagać
wynagrodzenia innego niż tylko książka. Czy to robimy? Rzadko. Czy na blogu da
się zarabiać? Cóż, wątpię, żeby w tej tematyce dało się z tego wyżyć, bo to
jednak niezbyt pewne źródło dochodu, ale coś tam sobie dorobić na swoje własne
przyjemności? Czemu nie! Zatem dlaczego nie zarabiamy?
Po pierwsze – niektórym jest naprawdę głupio napisać nagle
do wydawnictwa, z którym współpracuje od jakiegoś czasu, że nagle mają nam za
coś zapłacić. Po drugie, wydawnictwa nie są zbyt chętne, żeby płacić blogerom,
a jednak zdarza się, że stawiają spore wymagania. Sama ostatnio otrzymałam dwie
propozycje recenzenckie z kosmicznymi wymaganiami i miałam dostać egzemplarz
tylko recenzencki. Jak myślicie, zdecydowałam się? Nie. A to dlatego, że trochę
już jestem na tym rynku i specjalnie mi już nie zależy. Nie zrozumcie mnie źle,
nie o to chodzi, że mam to gdzieś, ale po prostu w trakcie tych sześciu lat tak się porozwijałam,
że dam radę tę książkę albo załatwić z innego źródła albo po prostu pójdę i ją
kupię. Kiedy zaczynałam współpracować z wydawnictwami to chwytałam się
wszystkiego, co dawali (fakt, że jedynym wymaganiem było napisanie tylko
recenzji). Cieszyłam się, że dostanę książkę za darmo. Nadal się cieszę,
aczkolwiek zauważam, jak wszystko się zmienia. I przyznam szczerze, że jeżeli
nie ustalam z wydawnictwem warunków współpracy co do danego tytułu, a oni go
wysyłają tak czy siak, mimo że nawet nie chciałam, to nie czuję się już w
obowiązku do recenzowania go czy robienia z nim czegokolwiek innego.
Wciąż jednak znajdują się tacy blogerzy, którzy chwycą się
wszystkiego. Dzisiaj blogosfera książkowa jest ogromna. Kiedyś byliśmy garstką,
a dziś? Każdy może założyć bloga i zacząć pisać opinie. I oczywiście nikomu nie
można tego zabronić, ale momentami serce mi się kraje i krew mnie zalewa, gdy
widzę naprawdę słabego bloga, słabe teksty, a pod „recenzją” podpis, że książkę
otrzymano od wydawnictwa. Serio? Pod recenzją pozbawioną sensu, stylistyki i
napisanej w stylu:
„Cześć, przeczytałem spoko książkę. To książka o tym i o tym, i jest spoko. Podobała mi się, bo dobrze mi się ją czytało, chociaż czasami była nudna. Ale jest ogółem fajna.”
Wybaczcie, ale nawet nie umiem brnąć w to dalej, ale myślę, że wielu z Was natrafiło w sieci na coś podobnego. I teraz powiedzcie mi, o co chodzi? Ktoś ściemnia, że dostał książkę, bo chodzi mu o fejm, czy wydawnictwa faktycznie nie patrzą, komu co wysyłają?
„Cześć, przeczytałem spoko książkę. To książka o tym i o tym, i jest spoko. Podobała mi się, bo dobrze mi się ją czytało, chociaż czasami była nudna. Ale jest ogółem fajna.”
Wybaczcie, ale nawet nie umiem brnąć w to dalej, ale myślę, że wielu z Was natrafiło w sieci na coś podobnego. I teraz powiedzcie mi, o co chodzi? Ktoś ściemnia, że dostał książkę, bo chodzi mu o fejm, czy wydawnictwa faktycznie nie patrzą, komu co wysyłają?
W trakcie debaty na Śląskich Targach Książki poruszyliśmy
też temat o tym, że tekst umiera. Tak jest. Mało kto czyta teraz recenzje,
łatwiej jest spojrzeć na zdjęcie na Instagramie i zobaczyć ładną okładkę czy
kilka słów o książce. Ale co z analizą, co z prawdziwymi recenzjami? Czy one
naprawdę nie mają już znaczenia? Bo ja przyznam szczerze, że jeżeli jakaś
książka mnie zainteresuje to mimo wszystko szukam o niej bardziej rozbudowanych
opinii, czegoś więcej niż zdjęcia i krótka wzmianka na jej temat. Niestety,
blogi umierają. Dawniej ludzie mieli mnóstwo sensownych komentarzy pod wpisami.
Dzisiaj? Błagam. Minimalna ilość i to kiepskiej jakości. „Kom za kom, like za
like”. Lenistwo? Czy o co chodzi? Momentami wydaje mi się, że w tym
towarzystwie wkradła się swego rodzaju zawiść. Blogerzy na siebie donoszą,
kontrolują swoje działania, ale nie wspierają się. Każdy dba o swój własny
tyłek, a przecież wydawałoby się, że jesteśmy ludźmi, których łączy wspólna
pasja i powinno to wyglądać inaczej?
Dodatkowo czemu wydawnictwa nie robią swego rodzaju
selekcji? Rozumiem, że jest mało pieniędzy na płacenie blogerom, czasami nawet
mało egzemplarzy. Ale czy naprawdę warto podejmować się współpracy tylko po to,
żeby blogosfera została zaspamowana zapowiedzią i zdjęciem nowości wydawniczej?
Co z jakością opinii i promocji? Może warto ograniczyć liczbę współpracowników
i postawić na tych naprawdę rzetelnych? Przepraszam, że teraz wygląda to tak,
jakbym dzieliła blogerów na słabszych i gorszych, ale nie okłamujmy się – tak
jest. W każdej dziedzinie życia. Dodatkowo boli mnie jeszcze jedna rzecz… tematyka
książek jest różna, ale gdy widzę, że czternastolatka dostaje do recenzji
erotyk, to zastanawiam się, o co chodzi. Albo książkę popularnonaukową o
metodzie CRISPR/Cas9. Znajdą się tacy, którzy wezmą wszystko, co oferuje
wydawnictwo, nawet jeśli się na tym nie znają. I potem jest cyrk… Ja nie biorę
się za recenzowanie książek obyczajowych, kobiecych czy romansów, bo to nie
moja bajka i nie jestem odpowiednią osobą do tego zadania.
Jakość opinii upada. Co się teraz tak naprawdę liczy? Coraz
częściej zauważam, że typowe recenzje nie cieszą się już taką popularnością jak
kiedyś. Zestawienia książkowe, zdjęcia, tagi – to jeszcze ma siłę przebicia,
ale dobry jakościowo tekst? Zapomnijcie! Choć przyznaję, że miło mi się robi,
gdy dostaje e-maile od nieznajomych ludzi,
w których piszą, że czytali recenzje na moim blogu i czy mogłabym im
polecić coś jeszcze w danej tematyce.
Pojawia się też jeszcze jeden zarzut odnośnie płacenia
blogerom – opłacona recenzja jest przekłamana. I faktycznie, znam osoby, które biorą
kasę za współpracę i nigdy nie skrytykowały żadnej książki, chociaż potem
pojawiało się wiele opinii na jej temat, które mówiły o tym, że jest raczej
słaba. Ale jaką mamy pewność, że jak ktoś po prostu dostanie egzemplarz od
wydawnictwa, bez wynagrodzenia pieniężnego, to też nie przekłamie recenzji,
byle żeby wydawnictwo dalej z nim współpracowało? Nie mamy. Na debacie padło
też hasło, że dlaczego ktoś w sumie miałby płacić za krytykę danej książki. To
jest ryzyko zawodowe – płaci się za rzetelną analizę i dobry tekst, a niestety
bywa i tak, że padają słowa krytyki. A wbrew pozorom, zauważyliście, że krytyka
ma większe zasięgi? Hejt się lepiej sprzedaje!
Ciężko mi znaleźć jednoznacznie odpowiedź na pytanie, czy
mamy prawo żądać pieniędzy za naszą pracę. Staram się zrozumieć obydwie strony
– z jednej strony świetnie by było coś sobie dorobić na swojej pasji, bo i
czemu nie, a z drugiej rozumiem, że polityka wydawnictw trochę się z tym kłóci.
Boli mnie jednak to, jak momentami wygląda współpraca, że nie ma selekcji, że
wydawcy nie patrzą na to, z kim współpracują, byłe był książkowy spam. Jedno
jest pewne – nie dajemy z siebie mało, więc mamy prawo czuć pewne
rozgoryczenie. Jednak większe rozgoryczenie budzi się we mnie w momencie, w
którym widzę, gdzie to wszystko tak naprawdę zmierza. Niebawem słowo pisane
będzie niczym, a „recenzje” książek będą tworzone za pomocą emoji… I zapewne
zaczną się wyścigi, kto dodał więcej emoji, a kto mniej.