Data wydania: 05.07.2017
Tytuł oryginału: The Light We Lost
Tłumacz: Mateusz Borowski
ISBN: 978-83-7515-451-1
Wymiary: 136 x 205 mm
Strony: 304
Cena: 36,90 zł
Lucy i Gabe poznali się dokładnie 11 września 2001 roku
podczas zajęć z literatury. To właśnie wtedy do ich sali wpadła asystentka
profesora prowadzącego seminarium na temat twórczości Shakespeare’a,
oznajmiając, że samolot terrorystyczny wleciał w jedną z wież WTC. To wtedy po
raz pierwszy się do siebie zbliżyli. To wtedy ludzie zrozumieli, jak ulotne
jest życie. To wtedy Lucy stała się światłem Gabe’a, a on osobą, która
prześladowała ją przez całe życie. Jednak ich związek nie trwa zbyt długo,
ponieważ każde pragnie podążać za swoimi marzeniami. Lata mijają, jednak ich
znajomość trwa nadal – ale nie wygląda tak, jak oboje by tego pragnęli.
Pierwszym, co mnie urzekło w tej powieści, był bezbłędny język
autorki. Ta historia jest opisana w tak bajkowy, niesamowicie piękny sposób, że
ciężko się było od niej oderwać, choć chwilami miałam ochotę rzucić nią o ścianę.
A właściwie nawet nie samą książkę, a po prostu główną bohaterkę. Rozwój
wydarzeń poznajemy z perspektywy Lucy, w formie opowiadania i jej wspomnień. Są
one przedstawiony w taki eteryczny, pełen melancholii sposób, ale zdecydowanie
jest to ogromna zaleta tej pozycji. Jest po prostu piękna. Pięknie napisana,
choć sam motyw przewodni jest dobrze znany, wręcz oklepany. Jednak wierzcie mi,
Jill Santopolo pisze po prostu przecudownie, tak delikatnie, emocjonalnie,
zgrabnie i majestatycznie.
Jednak dlaczego miałam ochotę rzucić główną bohaterką o
ścianę? Bo wiecie, ja nigdy nie zachowywałam się do końca jak typowa kobieta,
nigdy nie rozumiałam całkowicie tej kobiecej logiki. A Lucy właśnie jest taką
typową dziewczyną, która zakochuje się w przystojnym chłopaku i myśli, że już
zawsze będzie cudownie i idealnie. Jednakże związek to tak naprawdę jeden
wielki kompromis i wspieranie się nawzajem. To dwie osoby, które powinny czuć
się cudownie razem, ale powinny też móc się spełniać w tym, co robią w życiu.
Ich marzenia nie zawsze muszą być spójne, i tak też jest w tym przypadku.
Uważam jednak, że Lucy nie miała prawa żądać od Gabe’a tego, czego w pewnym momencie zażądała. Niepotrzebnie robiła mu wyrzuty, choć on też nie zachował się całkowicie fair.
Powinna mu pozwolić się realizować, tak jak i on powinien pozwolić Lucy
spełniać jej marzenia. Może było im po prostu nie po drodze, a może poszli na
łatwiznę? Bo gdyby naprawdę chcieli, to by wszystko pogodzili. Nie da się
jednak zaprzeczyć temu, że stali się dla siebie ważni. Bardzo ważni. I choć
każde poszło w swoim kierunku, to nigdy nie mogło zapomnieć o tym drugim.
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilku lat, ale
jest napisana bardzo płynnie, w niesamowicie plastyczny sposób. To takie uroki
życia codziennego, wzloty i upadki, podejmowanie trudnych decyzji, spełnianie
marzeń, tworzenie swojej listy priorytetów. Ta książka pokazuje, że nie zawsze
wszystko jest tak idealne, jak to sobie wyobrażamy. Czasem, pod wpływem
euforii, wszystko widzimy przez różowe okulary, a po pewnym czasie, gdy emocje
opadają, przytłacza nas szarość rzeczywistości. Oczywiście może ona być nadal
piękna, ale pojawia się to pewne zachwianie, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy
chcieli. Czasami musimy walczyć – nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z
samym sobą. A taka walka jest chyba najcięższa do stoczenia.
Czy mam prawo oceniać Lucy albo Gabe’a? Chyba nie. Sama nie
wiem, jak zachowywałabym się na ich miejscu. Czy faktycznie łączyła ich miłość?
Czy było to tylko chwilowe, nie do końca zrealizowane zauroczenie, które przez
ten niedosyt parło ich ku sobie przez kolejne lata, choć każde układało sobie
życie u boku innej osoby? Piękne jest to, że spełniali swoje marzenia, smutny
natomiast jest fakt, że nie robili tego razem. Gdzieś tam ich losy się
przeplatały, na pewno mieli siebie w myślach, może nawet w sercach, ale może po
prostu nie było im pisane być razem? Choć kto wie, jak potoczyłaby się ich
historia, gdyby oboje podjęli inne decyzje albo dali dojść do głosu również
rozsądkowi, a nie tylko nagłym emocjom.
Choć rzadko sięgam po takie powieści romansowo-obyczajowe,
tak śmiało stwierdzam, że Światło, które
utraciliśmy jest naprawdę piękną powieścią. Może chwilami ulegałam
irytacji, ale doskonale wiem, że tak właśnie wygląda życie. Jednak język
autorki jest po prostu przecudowny, dlatego tę książkę czyta się tak dobrze.
Sama historia na swój sposób wciąga, choć chwilami bieg wydarzeń łatwo jest
przewidzieć, podobnie jak zakończenie. Ale nie to jest najważniejsze!
Najważniejsza jest ta atmosfera, ta emocjonalność. Przede wszystkim to właśnie
dla tych dwóch elementów warto się zapoznać z tą powieścią. Jestem przekonana,
że urzeknie ona wiele czytelniczek!
Za egzemplarz serdecznie dziękuję: