Data wydania: 08.04.2015
Tytuł oryginału: Colours of Love
Tłumacz: Miłosz Urban
ISBN: 978-83-7758-964-9
Wymiary: 130 x 205
Strony:352
Cena: 34,90 zł
Nie lubię powieści erotycznych. A może inaczej… nie lubię
złych powieści erotycznych, a dobre rzadko kiedy się trafiają. Nie jestem fanką
Greya, twórczość pani James uważam za nieporozumienie i totalną porażkę. Nikt
nigdy nie zdoła mnie przekonać, że jest to literatura, która cokolwiek wnosi do
naszego życia. Także panu Greyowi podziękujemy… I teraz tak się zastanawiam, co
mnie podkusiło, żeby sięgnąć po „Barwy miłości”?
Jonathan Huntington jest przystojny, bogaty, ma własną
firmę, pochodzenie arystokratyczne… i jest pozbawionym skrupułów chamem. Do
jego firmy trafia młodziutka Grace Lawson, aby odbyć praktyki studenckie.
Dziewczyna nie jest w stanie oprzeć się urokowi szefa, mimo wielu ostrzeżeń,
które słyszy na każdym kroku. Jest nim całkowicie oczarowana, śni o nim po
nocach, wiecznie o nim myśli. Szybko jednak przekonuje się, że Jonathan ma trzy
zasady życiowe jeżeli chodzi o kobiety: żadnych emocji, żadnych uczuć, żadnego
zaangażowania. Tylko seks.
„Barwy miłości” to debiutancka powieść Kathryn Taylor, która
zafascynowała fanów „50 twarzy Greya”. Właściwie w ogóle mnie to nie dziwi, bo
jest to prawie kopia twórczości pani Jamesa. Fabuła aż do złudzenia przypomina
historię Anastasii i Christiana. Młoda dziewczyna trafia do wielkiej firmy, w
której szefem okazuje się być przystojny i bogaty, ale arogancki dupek. No
niesamowite! Ze wszystkich stron lecą ku niej ostrzeżenia, że to nie jest facet
dla niej, że bawi się kobietami, że jest oziębły… Wow! Jednak ona, niepozorna
istotka lgnie ku niemu jak ćma do światła. Cóż za oczywista oczywistość.
Podobieństw jest znacznie więcej, nawet niektóre wypowiedzi
Jonathana i Grace są wybitnie zaczerpnięte z Greya. No i słynna scena w
windzie… tak, tutaj też nie mogło jej zabraknąć. I oczywiście narracja z punktu
widzenia głównej bohaterki, która na każdym kroku zachwyca się tym, jaki to jej
szef jest gorący i niesamowity! I uwaga!
Grace również jest chodzącą sierotą, która nie potrafi o siebie zadbać, po czym
nagle przemienia się w dziką tygrysicę, która jest istnym ogniem w łóżku (czy
muszę wspominać, że to właśnie Jonathan ją rozdziewiczył?). Grace jest typową
szarą myszką, która nie wie, jak się momentami zachować, alkohol na nią bardzo
źle wpływa, w obecności przystojniaków zaczyna się jąkać… Czy naprawdę tak
ciężko jest wykreować silną kobietę, która nie pozwala sobą pomiatać?
Fabuła jest do bólu przewidywalna. Sceny seksu przeciętne,
niczym niewyróżniające się spośród wielu innych, które pojawiają się w
literaturze tego typu. Już po pierwszych stronach byłam przekonana, że jedyną
emocją, którą ta pozycja we mnie wzbudzi, będzie irytacja. Gdyby autorka
chociaż dodała co nieco od siebie, to może by jeszcze podratowała swoją
twórczość. Nie mogę napisać, że ta historia ma potencjał, bo go nie ma. Takie
opowieści rzadko kiedy mają potencjał, bo stanowią raczej tylko i wyłącznie
rozrywkę, nic więcej. Ani to wyciskacz łez, ani książka dająca do myślenia. Do
tej pory nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pisząc „Barwy miłości”, autorka miała
pod ręką egzemplarz „50 twarzy Greya” i tylko zmieniała szyk zdania… albo coś
na zasadzie: „Ooo Anastasia poznała matkę Greya… okej, Grace pozna ojca
Jonathana”.
„Barwy miłości” to książka okropna, przewidywalna, nudna i
nieciekawa. Całe szczęście, że bardzo szybko przez nią przebrnęłam, bo nawet
nie musiałam zbytnio się skupiać na tym, co czytam. I tak doskonale wiedziałam,
w jakim kierunku zmierzamy. Czy chciałam ją odłożyć na półkę? Nie! Chciałam nią
rzucić o ścianę albo wyrzucić przez balkon prosto w kałużę, ale mam zbyt wielki
szacunek do książek jako książek. Nawet jeżeli ich treść nie nadaje się do
niczego. Takie pozycje skutecznie zniechęcają do jakiegokolwiek dalszego
zapoznawania się z literaturą erotyczną. Zdecydowanie nie polecam!
Za egzemplarz serdecznie dziękuję: