Gdyby opowiedzieć o
dzisiejszym rozwoju techniki i nauki ludziom, którzy żyli 100-200 lat temu, uznaliby
nas za niepoczytalnych. Dla nas ta cała technologia i stały rozwój techniczny
czy też naukowy są czymś naturalnym i dobrym. Krążą jednak legendy o kontynencie,
który przez podobne rzeczy i zbytnią pewność siebie (która też jest bardzo
widoczna w dzisiejszych czasach) zniknął w przeciągu chwili z powierzchni
naszej planety. Pewnie domyślacie się, że mam na myśli Atlantydę. I tu należy
postawić sobie pytanie: czy rozwój zawsze idzie tylko w dobrą stronę? Czy
przypadkiem nie zatracamy czegoś po drodze?
Rok 2404. Nasza
planeta znajduje się bez mała u szczytu rozwoju genetyki, robotyki i
nanotechnologii. Ludzkość jest bliska osiągnięcia transcendencji. Zakładanie
kolonii na gwiazdach czy innych planetach jest zupełnie normalne, podróż
pojazdem kosmicznym z prędkością 72 000 km/h również. A ponieważ nie
jesteśmy sami we Wszechświecie – konotatki z Obcymi stają się również czymś
naturalnym. Problem polega na tym, że władcy Galaktycznego Imperium Sh’daar
uznali, że zbytnia ewolucja ludzi jest zagrożeniem dla całego Wszechświata.
Chcą temu zapobiec, nawet gdyby wiązało się to z całkowitą eksterminacją gatunku.
Jednak kimże byliby Homo sapiens, gdyby nie podjęli działań przeciwko nim?
„Star Carrier.
Pierwsze uderzenie” to książka, która porywa nas do świata przyszłości, a
dokładniej do wieku XXV. Myślę, że w dzisiejszych czasach nie jest ciężko sobie
wyobrazić coś takiego. Świat ciągle pędzi do przodu, więc kto wie, czy już
niedługo nie będziemy latać na wakacje na Marsa. Jednak tematyka poruszana w
tej powieści nie jest taka przyjemna. Mieszkańcy Ziemi toczą stale bitwy z
Turuschami – jednymi z Sh’daar. Miejscem akcji jest więc krótko mówiąc Kosmos.
Książka obfituje w bogate i dokładne opisy walk toczonych między dwoma rasami,
oczywiście przy użyciu mega-nowoczesnych statków kosmicznych i broni, która
jest częścią ich wyposażenia.
Zdecydowanie
największym plusem tej historii jest znakomite przedstawienie owego świata. Ian
Douglas posługuje się specjalistycznym słownictwem i potrafi wszystko
przedstawić w zaskakująco dokładny sposób. Nawet nie trzeba specjalnie
uruchamiać wyobraźni – to dzieje się samo. Widzimy powierzchnię gwiazdy Eta Boötis
IV, wnętrze pojazdów kosmicznych, a także całą otaczającą je przestrzeń
kosmiczną – widok, który pojawia się w naszym umyśle jest naprawdę niesamowity.
Wielki ukłon w stronę autora za to, że stworzył świat, który potrafił mnie aż
tak zafascynować i pochłonąć. Początkowo faktycznie miałam problemy z czytaniem
i nie mogłam się za bardzo dopasować do całej historii. Obawiałam się nawet, że
książka zupełnie do mnie nie trafi. Na szczęście potem było już coraz lepiej, a
z każdym kolejnym rozdziałem byłam mocniej oczarowana. Ten klimat jest po
prostu nieziemski!
Tempo akcji nie jest
zatrważające, ale sceny bitew są naprawdę porządnie opisane. W sumie to
stanowią element dominujący, przeplatany badaniami nad obcą cywilizacją oraz podejmowaniem
ważnych decyzji – zarówno przez dowódców, jak i zwykłych żołnierzy.
Uczestniczymy w tych wydarzeniach całym sobą, a zdarza się, że skoki adrenaliny
towarzyszą również nam. Kreacja bohaterów jest trochę słaba, ale myślę, że nie
jest to aż takie istotne. Chociaż przyznaję, że pilota Trevora Graya oraz
admirała Koeninga poznajemy w sumie w miarę dobrze, a pozostali bohaterowie
odgrywają mniej znaczące role. Jest dobrze, ale mogło być w tym przypadku nieco
lepiej, ale to tylko moje odczucie. Ważną rzeczą jest też to, że autor stale
umieszcza dokładny czas i miejsce akcji, dzięki czemu czytelnik z pewnością się
w tym nie pogubi.
Bardzo podoba mi się
sam pomysł na tę historię – z jednej strony to typowe science-fiction, a z
drugiej coś, co naprawdę może się wydarzyć w bliżej nieokreślonej przyszłości.
To wzbudza w czytelniku taką lekką niepewność – czy nasz rozwój aby na pewno
idzie w dobrym kierunku? Niby zwykła powieść, a naprawdę daje do myślenia.
Zaciekawiła mnie też stworzona przez autorów obca rasa, nad którą naukowcy
prowadzili badania – bardzo interesująca rzecz i mam nadzieję, że w kolejnych
częściach, dowiem się o Turuschach jeszcze więcej. No i nie ukrywam, że z
chęcią poznam dalszy rozwój wydarzeń. Niby dostałam całkiem dobre zakończenie,
ale coś mi mówi, że to dopiero początek, a nie koniec.
Mimo trudnego
początku, książka wypadła naprawdę bardzo dobrze. Wiele momentów całkowicie
mnie porwało. Jak na mój gust, czytanie tej powieści wymaga skupienia i ciszy,
bo to wtedy osiągamy najlepsze efekty, jeśli chodzi o zagłębienie się w ten
intrygujący świat. Poza tym specjalistyczne słownictwo robi swoje – nie możemy
sobie pozwolić na dezorientację, żeby się nie pogubić. Oczywiście wiele wyrazów
opatrzonych jest przypisami, które sporo wyjaśniają, ale i tak uważam, że tej
książki nie można zaliczyć do takich lekkich, niewymagających myślenia lektur
na jeden wieczór. Na pozór zwykła
historia science-fiction, ale jednak kryjąca w sobie coś znacznie więcej – ukryte
przesłanie, która zmusza do refleksji nad rozwojem naszej planety i techniki.
Zdecydowanie polecam i wystawiam 8/10.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu: