Nie wiem czy ktoś z
Was miał kiedyś sytuację taką, że coś nagle zmieniało się w jego życiu w dość
znacznym stopniu, jednak przyjmowaliście to ze stoickim spokojem. Ja miałam tak
kilka razy, po prostu czułam, że tak musi być, że to jest takie proste i oczywiste.
Chociaż czasami faktycznie nieźle potrafiłam się w tym wszystkim zagubić…
Z twórczością pani
Stiefvater spotkałam się już wcześniej – mianowicie czytałam „Drżenie”, które
mi się bardzo podobało. Stwierdziłam więc, że może warto sięgnąć po kolejną
serię, która wyszła spod pióra tej autorki. „Lament” niestety nie wzbudził we
mnie aż tylu emocji, co „Drżenie”.
Pomysł jest już dosyć
oklepany, więc nie nastawiałam się zbytnio na jakieś super nowości. Mimo
wszystko autorka dorzuciła coś od siebie i nie trzymała się typowo jakiegoś utartego wzoru, więc to
wiele dało tej książce, niż gdyby miała być kolejnym stereotypowym czytadłem o
elfach. Tematykę tą w sumie lubię, więc czytało mi się całkiem przyjemnie.
Jednakże mam wrażenie, że cała ta intryga była zbyt prosta i zbyt oczywista.
Nie znalazł się chyba żaden element, który by mnie zaskoczył, a szkoda.
Pewne rzeczy
początkowo mnie zaczęły odrzucać, ciągłe wypominanie przypadłości Deirdre przed
występami, niektóre wypowiedzi.. czasami były zbyt płytkie. Jednak z rozdziału
na rozdział było coraz lepiej, a sama końcówka była chyba najlepsza. Cieszę
się, że nie odłożyłam książki po początkowych odczuciach niechęci, ponieważ
okazała się w całości całkiem dobrą i ciekawą lekturą. Nie jest szczególnie
skomplikowana i trudna, raczej taka rozluźniająca. Czyta się szybko, momentami
potrafi wciągnąć. Brakowało mi tylko większej dawki emocji. Ale przynajmniej
świat stworzony przez autorkę został bardzo dobrze opisany, a i bohaterowie
niczego sobie.
Mimo drobnych
minusów, które wyprowadzały mnie z równowagi, książkę oceniam na całkiem
niezłą. Dla rozluźnienia na pewno można przeczytać, nawet w jeden wieczór.
Muszę też wspomnieć o pięknej oprawie graficznej – tekst jest bardzo
przejrzysty, przyjazna czcionka, piękne ilustracje i teksty na stronie każdej
nowe księgi. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak sięgnięcie po kolejną część.
A Wam w sumie polecam na jakieś samotne wieczory.
Nie raz w życiu
musimy dokonywać ciężkich wyborów. Jedne są bolesne, drugie właściwe. Jednak
czasem trudno wybrać właściwie. W przeciągu krótkiego czasu nasze życie potrafi
się diametralnie zmienić, a gdy myślimy, że wszystko, co złe, przeminęło… to
nagle powraca. I bywa, że jest znacznie gorzej niż moglibyśmy sądzić.
„Ballada” to druga
część cyklu o fejach autorstwa Maggie Stiefvater. Szczerze powiem, że pobiła
ona swoją poprzedniczkę. Ta część jest dużo lepsza, bardziej dojrzalsza i
myślę, że ciekawsza. Po „Lamencie” miałam trochę opory przed czytaniem kolejnej
części, jednak dobrze, że nie zrezygnowałam. „Ballada” nadaje tej serii
zupełnie nowe, lepsze oblicze.
Narracja jest
podzielona na Jamesa i Nualę, ponieważ to oni stanowią tutaj dwójkę głównych
bohaterów. Bardzo mi się to spodobało, ponieważ uważam, że James jest naprawdę
świetną postacią i bardzo go polubiłam. Poza tym dzięki temu zabiegowi możemy
lepiej poznać tą dwójkę bohaterów, zżyć się z nimi i przeżywać po trochu to, co
oni. Nuala sama w sobie też jest dosyć interesująca, widać w niej dobroć i
poświęcenie, mimo tego, że jestem fejem. Za to James jest cudowny pod względem
swoich wypowiedzi, które nie raz doprowadziły mnie do śmiechu. Cieszę się, że
nie było tutaj aż tyle Dee, trochę mi działa na nerwy, zwłaszcza gdy się tak
nad sobą użala.
W drugiej części
serii akcja już tak bardzo nie pędzi, tutaj jest właśnie idealnie – nie za
szybko, nie za wolno. Mamy czas na refleksje i przemyślenia, poza tym ja nie do
końca przepadam za aż tak szybkim tempem, gdzie ledwo sama nadążam. Opisy są
nadal dobre, myślę, że niektórym uda się przenieść do tego magicznego świata.
Sam pomysł jest całkiem niezły, podobnie jak i wykonanie, chociaż myślę, że
troszkę zbyt przewidywalny. Brakowało mi jakiejś głębszej tajemnicy albo
spisku. Tutaj dalej wszystko jest odrobinę za proste.
Jednakże czyta się
bardzo miło i przyjemnie, mimo pewnych minusów „Lamentu” cała seria jest
naprawdę ciekawa i fascynująca na swój sposób. Coś sprawiało, że chciałam
czytać dalej, niezależnie od tego, jak to będzie. Jest w tej serii jakaś magia.
„Ballada” przebiła swoją poprzedniczkę, to na pewno. Teoretycznie można ją
czytać bez znajomości poprzedniej części, jednak myślę, że mogę spokojnie
polecić całość. Moje zdanie jest takie, że warto przeżyć tą przygodę razem z
Jamesem i Deirdre.