niedziela, 31 lipca 2016

Podsumowanie lipca + stosisko ;)


Lipiec był ciężkim miesiącem. Naprawdę. Najadłam się sporo stresu w związku z obroną pracy magisterskiej - czy zdążę z papierami , z wydrukiem, z systemem... Wszystko na szczęście się udało i jestem magistrem na 5 :) Skończył się pewien etap w moim życiu - koniec studiów, czas na dorosłość. To trochę przerażające, ale mimo wszystko mam sporo możliwości. Zaproponowano mi doktorat na uczelni, co uważam za miłe wyróżnienie. Mam też do odbycia staż w firmie biotechnologicznej. Chcę zrobić kurs nauczycielski jogi i szkołę dietetyki. Na brak opcji narzekać nie mogę :)
A jak wypadł lipiec pod względem czytelniczym? Wydawałoby się, że miałam bardzo mało czasu na czytanie.... A udało mi się przeczytać aż 17 książek!

1. "Psy" - Allan Stratton - 320 stron - recenzja
2. "Amazonia" - James Rollins - 464 strony - recenzja
3. "Raz na zawsze - Andreas Pfluger - 496 stron - recenzja
4. "Przekroczyć granice" - Katie McGarry - 496 stron - recenzja
5. "Lepszy świat" - Marcus Sakey - 416 stron - recenzja
6. "Kości zdrady" - Bill Bass, Jon Jefferson - 320 stron
7. "Opposition" - Jennifer L. Armentrout - 524 strony - recenzja
8. "Dzika strona jedzenia" - Jo Robins - 360 stron - recenzja
9. "Heaven. Miasto elfów" - Christoph Marzi - 336 stron - recenzja
10. "Strażniczka książek" - Mechthild Glaser - 392 strony - recenzja
11. "Taniec cieni" - Yelena Black - 400 stron - recenzja wkrótce
12. "Z Galileusza też się śmiali" - Albert Jack - 352 strony - recenzja
13. "La Santa Muerte" - Tomas Prower - 328 stron - recenzja
14. "Ugryziona" - Kelly Armstrong - 540 stron - recenzja wkrótce
15. "Skarb Attyli" - Robert Low - 320 stron
16. "Ukryta łowczyni" - Danielle L. Jensen - 500 stron - recenzja wkrótce
17. "Królowa Cieni" - Sarah J. Maas - 848 stron - recenzja wkrótce

Łącznie udało mi się przeczytać 7412 stron, co daje średnio 239 stron dziennie! Muszę przyznać, że jestem dumna :)

Najlepsze książki: "Królowa Cieni", "Ukryta łowczyni", "Lepszy świat"
Najgorsze książki: "Taniec Cieni", "Skarb Attyli"
Miłe zaskoczenie: "Ugryziona", "Strażniczka książek"

Dodatkowo przybyło mi trochę wspaniałości ;)

1. "Tradycyjna medycyna chińska", "Zielone kosmetyki" oraz "Kuchnia Raw Food" to egzemplarze recenzenckie od wydawnictwa Studio Astropsychologii (Vital) :)
2. "Nobliwy proceder" to egzemplarz recenzencki od grupy wydawniczej Publicat
3. "Kult" - zakup własny
4. Trylogia "Królewski wygnaniec" - zakup własny, upolowane w Biedronce podczas łapania Pokemonów :D
5. "Tajne archiwa archeologii", "Nowe zagadki archeologii", "Największe pomyłki w dziejach ziemi", "Ślady palców bogów", "Magowie bogów" oraz "Pakt diabłów" - prezent od rodziców i siostry za obronę mgr :)

6. "Adept", "Klinga Ognia", "Przebudzenie mocy", "Grim. Płomień nocy" oraz "Czerwony rycerz" - od kawerna.pl w ramach współpracy
7. "Złodziejska gra" - od wydawnictwa Rebis do recenzji
8. "Przyszła na Sarnath zagłada" - egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Vesper
9. "Ukryta łowczyni" - egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Galeria Książki
10. "Królowa Cieni", "W obcej skórze", "Arktyczny dotyk" i "To nie jest dieta" - od księgarni taniaksiazka.pl do recenzji :)

A jak Wam minął lipiec? :)

sobota, 30 lipca 2016

"La Santa Muerte" - Tomas Prower

 
 
 
 
Data wydania: 13.05.2015
Tytuł oryginału: La Santa Muerte. Unearthing the Magic & Mysticism of Death
Tłumacz: Maciej Lorenc
ISBN: 978-83-6544-228-4
Wymiary: 145 x 205 mm
Strony: 328
 Cena: 39,90 zł
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Śmierć od zarania dziejów była czymś mrocznym, tajemniczym, niechętnie widzianym. Choć osobiście uważam ją za coś fascynującego, to doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie się jej po prostu boją. A może nawet nie samej śmierci… ale umierania. Niestety, taka jest kolej rzeczy, nikt jeszcze nie wymyślił sposobu na nieśmiertelność, a też nie jestem pewna, czy komukolwiek by to było potrzebne, bowiem mimo wszystko śmierć ma w sobie pewien urok. A dla mnie zawsze stanowiła tylko przejście na wyższy poziom.

Jednakże być może doskonale kojarzycie kolorowe maski prosto z Meksyku, które wiążę się z kultem śmierci, zwanym po prostu kultem Santa Muerte? Tak, wyobraźcie sobie, że są ludy, które czczą personifikację Śmierci, zwracają się do niej z prośbami o pomoc, nie czują przed nią lęku ani strachu, a raczej darzą ją szacunkiem, respektem i uznaniem. Jednakże należy wziąć pod uwagę, że ma to miejsce nie tylko w Meksyku, bowiem praktycznie w każdej religii czy kulturze pojawia się kult śmierci. Śmierć towarzyszy ludziom od zawsze i to nigdy nie ulegnie zmianie – jednakże my sami możemy zmienić nas sposób patrzenia na nią.

Gdy tylko zobaczyłam książką Tomasa Prowera wśród zapowiedzi wydawnictwa Illuminatio to wiedziałam, że jest to dla mnie pozycja obowiązkowa! Nie mogłam przejść obojętnie obok czegoś, co traktuje na temat magii i mistycyzmu śmierci. A gdy tylko zobaczyłam spis treści, upewniłam się w przekonaniu, że to lektura idealna dla mnie. Autor postanowił rozpocząć od zaprezentowania historii La Santa Muerte oraz sposobów jej postrzegania w różnych kulturach i mitologiach. Przedstawione są różne jej personifikacje, imiona, wygląd, narzędzia, sposoby oddawania czci… Te elementy składają się na dwie pierwsze części tej książki, które stanowią naprawdę głębokie i zawierające ogrom informacji opracowanie dotyczące Śmierci samej w sobie. Jestem pod ogromnym wrażeniem wiedzy zaprezentowanej przez autora, bowiem dociera on nawet do tych mniej znanych mitologii, których ja sama nie znałam, chociaż mitologie świata to coś, czym od dawna się interesuję. 

Część trzecia jest nieco mniej obszerna, ale skupia się prawdopodobnie na tym, co jest najciekawsze, czyli na praktyce magicznej. Wielu osobom może się wydawać, że magia śmierci będzie czymś, co zazwyczaj nazywa się czarną magią, ale nic bardziej mylnego! Autor prezentuje zaklęcia i rytuały uzdrawiające, miłosne, pieniężne i ochronne, a o klątwach woli nie wspominać. Muszę jednak przyznać, że magia śmierci w niczym nie różni się od każdej innej magii – rządzi się dokładnie tymi samymi prawami, co cała reszta. Podczas wykonywania rytuałów i formułowania swoich pragnień należy zwracać uwagę na te same elementy, a główna różnica tkwi tylko w tym, jaką energię do siebie przyciągamy i do kogo zwracamy się z prośbą o pomoc.

„La Santa Muerte” to naprawdę świetna książka! Zdecydowanie nie było jeszcze czegoś takiego na polskim rynku, bowiem temat śmierci często pozostaje tematem tabu. A tu proszę! Okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Tomas Prower w doskonały, bardzo przystępny ale i dokładny sposób prezentuje nam ogrom wiedzy związany z magią i mistycyzmem śmierci, za co ma mój ogromny szacunek. Stworzył coś naprawdę mocnego, konkretnego i na swój sposób urzekającego. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdej czarownicy, która być może chce spróbować czegoś innego, chociaż z wykorzystaniem dobrze jej znanych zasad. To również książka idealna dla wszystkich, którzy interesują się tematyką Śmierci oraz sposobami jej postrzegania na całym świecie. Polecam!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

www.illuminatio.pl
 

czwartek, 28 lipca 2016

Pokemon Book Tag!





Majka z bloga majkabloguje nominowała mnie do tagu o Pokoemonach. Szał na te stworki był jak miałam jakieś 6 czy 7 lat, a teraz powrócił. Wszystko dzięki grze Pokemon GO!, która polega na wirtualnym zbieraniu ich, trenowaniu, wykluwaniu jajek... Nie ukrywam, że sama również gram i wiecie co? Niech sobie ludzie mówią, co chcą! Dzięki tej grze robię po około 8 km spaceru dziennie :D A nikt mi nie powie, że to niezdrowe :D

1. Twój startowy Pokemon – pierwsza książka, która rozpoczęła twoją przygodę czytelnika 

Hmm... jeżeli miałabym się cofnąć do czasów dzieciństwa, to zdecydowanie byłaby to "Księga bajek", niestety nie do końca pamiętam wydawnictwo czy autora. Za to niektóre bajki nadal znam słowo w słowo na pamięć. Idąc dalej tym tropem byłaby to książka "Sceny z życia smoków" - kochałam ją za dzieciaka. Jednak typowym książkoholikiem zostałam w pierwszej klasie liceum, wszystko dzięki klasowym Mikołajkom, na które dostałam książkę "Naznaczona".




2. Pojawienie się legendarnego Pokemona – książka podpisana przez autora 

"Dzieci nowego tysiąclecia" Jana van Helsinga oraz "Paskudna historia" Bernarda Miniera.


3. Magickarp ewoulował w Gyaradosa! – książka, której początek był słaby, ale okazało się, że jest bardzo dobra  

Hmmm nie mam pojęcia. Zazwyczaj jak jest słabo, to pozostaje słabo.

4. Jigglypuff śpiewa – książka, która sprawia, że zasypiasz

Fani Stephena Kinga, wybaczcie, ale będzie to "Lśnienie". Tyle osób zachwala twórczość tego pana, a ja co? Co  chwilę przysypiałam...

5. Skitty przyciąga swoją uwagę – książka, w której ostatnio jesteś zakochany

"Dwór Cierni i Róż" nadal...

6. Elitarna czwórka – twoje cztery ulubione książki

Ciężki wybór, naprawdę... No ale niech będzie jak poniżej:


7. Twój Pokedex – zdjęcie książek, które już „złowiłeś”

I jesteście pewni, że tego chcecie, tak? Proszę bardzo:

Książki pod sam sufit... Każdy, kto wchodzi do mojego pokoju zwraca na to uwagę. I zazwyczaj leci tekst "Nie boisz się, że to Ci spadnie na głowę?"... Nie! Prędzej boję się chwili, w której przerobię jeden pokój na biblioteczkę i będę musiała to wszystko ściągać i układać na nowo...








Tak... A to tuż obok. Tym razem nie nad biurkiem, a na szafie...















 Pod telewizorem... Ah, tutaj też trochę tego jest. Głównie odkładam tutaj to, co dostaję do recenzji - żeby mieć pod ręką i w jednym miejscu.

To, co leży na Ziemi to zdobycze z tego miesiąca. Będzie niebawem stosisko!
A to za telewizorem - najbardziej niestabilne wierze książkowe. Gibają się na wszystkie strony, ale jeszcze żadna książka nie spadła!

A pewnie zastanawiacie się co to takie futrzaste? Otóż to jest grzywa mojego kota. Nie pytajcie.










Taka półka z ulubionymi książkami... Powoli brakuje na niej miejsca... Właściwie nie powoli. Po prostu brakuje. Dlatego są jeszcze pod spodem. Ale i tak brakuje.













Część zaczęłam już układać w pokoju mamy... ale tam też powoli brakuje miejsca... Potrzebuję większe mieszkanie! I więcej regałów! Sponsora!










8. Masterball – książka, którą chcesz mieć tak jak trenerzy Pokemonów Masterball

"The Ruby Circle" - Richelle Mead!

Nie wiem, czy doczekamy się polskiej premiery... ale głupio by było, gdyby wydawnictwo nie wydało ostatniego tomu, prawda?

Znaczy w sumie nie robi mi to różnicy, bo mogę przeczytać po angielsku :D Tylko muszę ją... złapać!












9. Wyzwij kolejnych, co najmniej pięciu trenerów do TAG-u

Wyzywam blogi:

http://moje-ukochane-czytadelka.blogspot.com/
http://setna-strona.blogspot.com/
http://www.kacikzksiazka.pl/
http://someculturewithme.blogspot.com/
http://97books.blogspot.com/

wtorek, 26 lipca 2016

"Z Galileusza też się śmiali" - Albert Jack

 
 
Data wydania: 11.05.2015
Tytuł oryginału: They Laugted at Galileo
Tłumacz: Jolanta Sawicka
ISBN: 978-83-7758-866-6
Wymiary: 140 x 203 mm
Strony: 352
 Cena: 34,90 zł
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Kiedy Mikołaj Kopernik doszedł do wniosku, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie na odwrót, został po prostu wyśmiany i uznany za heretyka. Podobny los spotkał Galileusza, który również był zwolennikiem teorii heliocentrycznej, jednakże w czasach, kiedy żył, były to czyste farmazony. Jak można było w ogóle twierdzić, że Ziemia nie stanowi centrum Wszechświata? Jednakże dzisiaj doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy jedynie małą kropką wśród ogromnego układu planetarnego. Dzisiaj nikogo nie dziwi, że Ziemia wraz z innymi planetami krąży wokół wielkiej gwiazdy. Ale ile lat musiało minąć, aby przekonania Kopernika i Galileusza znalazły poparcie?

„Z Galileusza też się śmiali” to lekka i przyjazna książka popularno-naukowa, która pokazuje cały szereg wynalazków i wynalazców wyśmiewanych przez społeczeństwo na każdym kroku. Czy wyobrażacie sobie, że ktoś kiedyś stwierdził, że radio to niepotrzebna nikomu „pozytywka”, która na nic się nie przyda? A zobaczcie, ile dzięki falom radiowym możemy zdziałać – mam tutaj na myśli nie tylko słuchanie muzyki i rozpowszechnianie informacji z całego świata, ale również komunikować się na spore odległości, co nie raz uratowało życie zaginionym ludziom lub tym, którzy byli ofiarami katastrof – czy to lotniczych czy innych tego typu. Każdy wielki wynalazca, twórca, artysta, nie raz spotkał się z odmową, lekceważeniem czy jawną krytyką. Chciałabym zobaczyć dzisiaj miny tych wszystkich ludzi, którzy potraktowali ich w ten sposób…

Książka ta jest napisana w dosyć jasny sposób, chociaż nie ukrywam, że autor pędzi jak szalony. Podaje sporo informacji, zazwyczaj tych najważniejszych, ale przez każdy temat można przebrnąć z prędkością światła – osobiście wydaje mi się, że Albert Jack bardziej postawił na ilość, a nie na jakość. To sprawia, że chwilami można się nieco pogubić. Niby mamy ten klarowny sposób klasyfikacji i podziału danych odkryć, ale w tym przypadku nie jest to zbyt pomocne. Może warto byłoby zrezygnować z niektórych elementów, a bardziej rozbudować inne? Owszem, wtedy straciłoby się trochę informacji dotyczących niektórych wynalazków czy odkryć, ale i tak uważam, że książka mogłaby na tym zyskać, bo skupiała by się na tym, co najciekawsze. Jednak wszystkim nie można dogodzić – niektóre podrozdziały i opisy były dla mnie mało interesujące, ale pewnie znaleźliby się czytelnicy, którym przypadłyby one do gustu. A o gustach się nie dyskutuje…

Jednakże idąc dalej tym tropem, książka rozpoczyna się od tego, co najważniejsze – czyli od kilku dokonań w dziedzinie nauki i techniki. To właśnie tutaj pojawia się historia Galileusza, radia, telefonu, a nawet kuchenki mikrofalowej. Ciekawym podrozdziałem jest ten poświęcony wynalazcom, którzy zostali zabici przez własne dzieła. Następnie przechodzimy do działu zatytułowanego „Produkty żywnościowe”, chociaż jest to najmniej rozległa dziedzina, którą porusza autor. Mało interesujący był dla mnie dział poświęcony biznesowi, bowiem w żadnym stopniu nie jest to obszar moich zainteresować, jednakże historia popkultury to już zupełnie coś innego. Chociaż przyznaję, że czuję niedosyt. Wiąże się to w dużej mierze z tym, o czym napisałam powyżej – Albert Jack stawia na ilość, a nie na jakość. Jednakże można tutaj znaleźć wzmiankę o twórczości Stephena Kinga, George’a Orwella, a także kilku innych, światowej sławy pisarzy czy artystów.

„Z Galileusza też się śmiali” to książka, którą przeczytałam bardzo szybko, ale niestety nie wyniosłam z niej zbyt dużo. Ciężko jest się skupić na danym temacie, skoro w ułamku sekundy przeskakujemy do kolejnego. W ten sposób nie da się odpowiednio przyswoić pewnych faktów i podawanych przez autora informacji, czasami można się nawet pogubić w tym, co próbuje nam przekazać. Zdecydowanie jest to pozycja bardziej popularna niż naukowa, nie doświadczycie tutaj specjalistycznego języka czy skomplikowanych opisów konkretnych wynalazków czy odkryć, jednakże niektóre historie bywają nawet zabawne. W wolnej chwili można po taką pozycję sięgnąć, ale jeżeli poszukujecie konkretnej historii wielkich odkryć, to niestety twórczość Alberta Jacka się tutaj nie sprawdzi. 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

niedziela, 24 lipca 2016

KZT: "Opposition" - Jennifer L. Armentrout

Czym jest KZT? KZT – Krótko, Zwięźle i na Temat!   
Czyli kiedy nie jestem wstanie napisać pełnowymiarowej recenzji… A może po prostu to takie urozmaicenie ;)
 
 
 
Data wydania: 28.10.2015
Tytuł oryginału: Opposition
Tłumacz: Sylwia Chojnacka
ISBN: 978-83-8075-041-8
Wymiary: 130 x 197 mm
Strony: 524
 Cena: 39,90 zł
Seria: LUX #5 (finał)








„Opposition” to piąty i ostatnim tom bestsellerowej serii Lux autorstwa Jennifer L. Armentrout. Serii, którą z czystym sumieniem można zaklasyfikować do kategorii romansów paranormalnych. Serii, która nawet nieco przypomina słynny „Zmierzch” – w końcu to od niego zaczął się szał na romanse z wampirami, wilkołakami, aniołami i… kosmitami. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ta seria jest infantylna i nawet nieco schematyczna – jednak Deamon Black sprawia, że przymykam na to wszystko oko. Poza tym Katy nie ma wiecznie udręczonego wyrazu twarzy tak jak Bella. I nie jest wieczną sierotą, tylko młodą i pewną siebie dziewczyną, która potrafi pokazać pazur! Naprawdę ją lubię. Chociaż nie cierpię jej za to, że ma Daemona. On powinien być mój! Jednak skupiając się już na samym finale… Cóż, w pewnym stopniu był przewidywalny, ale muszę przyznać, że po prostu pochłonęłam tę książkę, pożarłam jak wygłodniały wilk. Przeczytałam ją w mgnieniu oka, przeżywałam wzloty i upadki, nie byłam pewna zakończenia – bo przecież w każdej chwili autorka mogła wszystko obrócić w proch, a przy okazji miałam okazję powrócić do tego świata, który naprawdę przypadł mi do gustu. Czy jestem usatysfakcjonowana zakończeniem serii? Ogółem rzecz biorąc tak. Mimo tego, że w dużej mierze cała ta historia jest powtórzeniem wielu dobrze znanych mi motywów z innych romansów paranormalnych, to jednak ta seria ma w sobie coś takiego, że całkowicie o tym zapominam. Po prostu cieszę się lekturą i mam totalnie gdzieś fakt, że jest powtarzalna i mało oryginalna. Ma w sobie pewien urok i naprawdę doskonale się czuję w tym świecie. I nie, nie jest to sprawka tylko i wyłącznie Daemona. Cieszę się, że dotarłam do końca, chociaż z pewnością będę tęsknić za tą historią i jej bohaterami. I coś czuję, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi do nich powrócić.

piątek, 22 lipca 2016

"Heaven. Miasto elfów" - Christoph Marzi

 
 
 
Data wydania: 08.06.2016
Tytuł oryginału: Heaven
Tłumacz: Ewa Spirydowicz
ISBN: 978-83-287-0114-4
Wymiary: 135 x 210 cm
Strony: 336
 Cena: 34,90 zł
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jestem ogromną fanką gatunku, jakim jest urban fantasy, dlatego z ogromną chęcią sięgnęłam po powieść Christopha Marzi, „Heaven. Miasto elfów”. Wciąż uważam, że gatunek ten jest w naszym kraju niedoceniany i bardzo słabo rozpowszechniony, dlatego cieszę się, że chociaż raz na jakiś czas pojawi się jakaś powieść w tym stylu. Nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać po tej książce, co więcej, zapoznałam się z bardzo skrajnymi opiniami na jej temat – albo były to recenzje czysto negatywne albo pozytywne, które jak najbardziej zachęcały do zapoznania się z nią. Postanowiłam się jednak nie kierować żadnymi z nich i po prostu zapomniałam o wszystkim, co do tej pory usłyszałam bądź przeczytałam o tej lekturze. Po prostu czytałam.

Aby uciec od swojego dawnego życia, David postanowił przeprowadzić się do Londynu. Zamieszkał w antykwariacie u miłej, chociaż nieco charakternej staruszki, jednak drugi dom odnalazł na dachach okolicznych domów. Chłopak uwielbia na nich przesiadywać i spoglądać w niebo, które nad Londynem jest niezwykle charakterystyczne, bowiem brakuje w nim jednego fragmentu. Po prostu jest tam pustka – jakby ktoś wyciął kawałek firmamentu i nigdy nie wstawił z powrotem na miejsce. Któregoś razu wpada na piękną, ale i dziwną dziewczynę, która przedstawia się imieniem Heaven i twierdzi, że przed chwilą wycięto jej serce. Tego wieczoru życie Davida zmienia się o 180 stopni. Sam nie wie dlaczego, ale postanawia pomóc dziewczynie, która na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie obłąkanej. Ten, który ją napadł i zabrał serce, poluje nadal. Zwłaszcza, gdy dociera do niego, że dziewczyna przeżyła. Oboje wygrają ten pościg tylko wtedy, kiedy odkryją tajemnicę Heaven.

Moja opinia zdecydowanie nie będzie skrajna, a raczej będzie się plasować gdzieś pomiędzy odczuciami pozytywnymi i negatywnymi. Nie da się ukryć, że Christoph Marzi stworzył ciekawą i intrygującą opowieść, która charakteryzuje się zachwycającym klimatem i posiada niewątpliwie swój urok. Jednakże cały czas towarzyszyło mi dziwne uczucie, że czytam coś bardzo znajomego. Dopiero na koniec dotarło do mnie, że widzę tutaj pewne inspiracje zaczerpnięte z twórczości Neila Gaimana. Być może nie czytałam zbyt wielu jego książek, ale cała otoczka jest naprawdę bardzo podobna. Właściwie nawet samo rozwikłanie tajemnicy Heaven jest niemal identyczne z jednym z pomysłów, które spotykamy w pewnej powieści Gaimana. Nie chcę oceniać tej książki pod takim względem, bowiem może to być tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucie, ale niektórym może się to wydać typowym powielaniem schematów. Natomiast mogą znaleźć się i tacy, którym książka Marzi naprawdę się spodoba, zwłaszcza jeżeli przepadają za twórczością drugiego, wyżej wymienionego pisarza.

Autor w bardzo barwny i plastyczny sposób przedstawił Londyn, a także historię Heaven i Davida. Pojawia się tutaj wiele różnych wątków, które zostały ładnie połączone w jedną całość. Jest to historia logiczna i dobrze skonstruowana, nic nie dzieje się bez przyczyny, a bohaterowie stale muszą stawiać czoła niebezpieczeństwom i tajemnicom. Kreacja bohaterów nie jest najgorsza, chociaż mam wrażenie, że lepiej autorowi wyszło przedstawienie czarnych charakterów niż dwójki nastolatków, którzy powinni tutaj grać pierwsze skrzypce. Przyznaję jednak, że tempo akcji jest odpowiednio dopasowane do rozgrywających się wydarzeń – z pewnością nie ma tutaj czasu na nudę, bowiem stale coś się dzieje, praktycznie na każdej stronie. Być może tylko raz czy dwa mamy chwilę wytchnienia i możliwość przeanalizowania sytuacji. 

„Heaven. Miasto elfów” to książka, którą czytało mi się dobrze, ale prawdopodobnie nie jest to powieść, która na długo pozostanie w mojej pamięci. Miło było przeżyć z bohaterami tę przygodę, ale to by było na tyle. Nie zdobyli oni części mojego serca. Sam tytuł może być nieco mylący, bowiem sama spodziewałam się otrzymać powieść w nieco innym stylu, z innym biegiem wydarzeń i w ogóle z nieco innym pomysłem na fabułę, jednak nie uważam, żeby kierunek obrany przez autora był zły. To taka lekka i przyjemna książka, która zapewnia rozrywkę na jeden czy dwa wieczory. Jest napisana przyjaznym językiem, nie ma możliwości pogubienia się w historii tajemniczej Heaven i trzeba przyznać, że mało jest tutaj elementów, które faktycznie mogłyby czytelnika porządnie zirytować. Jeżeli potrzebujecie się na chwilę oderwać od rzeczywistości, to ta pozycja sprawdzi się tutaj idealnie.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture


W SKRÓCIE:

Twórczość Christopha Marzi jest dobra, ale można poczuć lekki niedosyt. Historia Heaven i Davida to taka lekka powieść na jeden czy dwa wieczory - pozwala na chwilę zapomnieć o otaczającym nas świecie, ale nie jestem pewna, czy pozostaje z nami na dłużej.

DLA KOGO?

Myślę, że powinna się spodobać fanom twórczości Neila Gaimana.