piątek, 29 kwietnia 2016

Coś bardziej: "Nasza umowa ze zwierzętami" - Desmond Morris

Na ostatnim roku studiów miałam okazję uczestniczyć w zajęciach z przedmiotu Bioetyka. Mimo że poprzednie roczniki strasznie narzekały, tak ja byłam mile zaskoczona poruszaną tam tematyką - profesor przedstawiał wiele ciekawych zagadnień i to z niecodziennej perspektywy. Jednym z warunków zaliczenia przedmiotu było napisanie eseju bądź recenzji książki/filmu. Oczywiście skusiłam się na recenzję książki, bo jakżeby inaczej? I tak oto chciałabym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat książki Desmonda Morrisa - "Nasza umowa ze zwierzętami" oraz na kilka innych tematów...



„Według ostatnich szacunków na naszej małej planecie żyje już ponad pięć miliardów ludzi! A tak niedawno, bo w epoce kamiennej, mało kto po niej stąpał. Od tamtej pory rozpełzliśmy się po niej jak robactwo, zmieniają nasze otoczenie tak, że raptem przestaje się nadawać do zamieszkania.”1


Czy jako gatunek ludzki naprawdę rozwinęliśmy się aż do tego stopnia, że tym samym doprowadziliśmy do stopniowego wyniszczenia Ziemi? Planety, która nas karmi, zapewnia dach nad głową, ubranie i tlen? Czy człowiek żyjący w XXI wieku zapomniał całkowicie o swoim pochodzeniu i praktykach stosowanych przez swoich przodków? Niestety, wszystko wskazuje na to, że sami jesteśmy odpowiedzialni za degradację naszej planety, co w końcu może doprowadzić do tego, że sami staniemy się przyczyną własnej zagłady. To dosyć ironiczne, prawda? Ludzie myślą, że dążą do rozwoju, że każda nowa technologia jest dobra dla naszego gatunku, że każde nasze działanie ma na celu wyższe dobro. Ale czy oznacza to takie samo dobro dla wszystkich mieszkańców naszej planety? Zdecydowanie nie! 

Niestety, wiele osób żyje w przeświadczeniu, że człowiek to coś więcej niż człowiek, a zwierzęta to tylko i zaledwie zwierzęta, byty znajdujące się na niższym poziomie ewolucji i gorsze od ludzi. Jakby Homo sapiens był czymś ponad… Być może wiele osiągnęliśmy w dziedzinie nauki i techniki, ale gdzieś w trakcie tego procesu zatraciliśmy wiele innych cech, które powinno się cenić. Staliśmy się niezwykle egoistyczni – nie tylko względem innych gatunków, ale również względem siebie. Mówi się, że „człowiek człowiekowi wilkiem”, co jest już dosyć mocnym określeniem, ale czy ktokolwiek zastanowił się kiedyś głębiej nad tym, kim jesteśmy dla pozostałych istot, z którymi dzielimy Ziemię? Dla wielu osób nie jest to sprawa, której należy poświęcić więcej uwagi, ale na szczęście wziąć pojawiają się takie osobistości, które pamiętają o tym, że zwierzęta również mają prawa. Wśród nich można wyróżnić Petera Singera, Toma Regana czy Desmonda Morrisa. 


„Niepohamowany pęd do opanowania świata pustoszy nasze środowisko psychiczne i pozbawia nasz gatunek świadomości pewnej podstawowej prawdy – że jesteśmy zwierzętami, częścią zharmonizowanego wewnętrznie świata przyrody.”1


http://www.wykop.pl/ramka/3135805/a-gdyby-tak-odwrocic-role/
Desmond Morris w swojej książce „Nasza umowa ze zwierzętami” przestawia stosunki, jakie panowały między ludźmi i zwierzętami od zarania dziejów. Poczynając już od czasów starożytnych prezentuje to, jak człowiek postrzegał inne gatunki. Dawniej nikogo nie dziwił pogląd, że zwierzęta mają duszę i świadomość – było to coś oczywistego. Posługując się wierzeniami starożytnych Egipcjan łatwo można przytoczyć cały szereg praktyk, które miały na celu oddanie zwierzętom szacunku. Jednym z bardziej znanych kultów był kult kociej bogini Bastet – Egipcjanie uważali koty za świętość (swoją drogą te czworonogi chyba do dzisiaj o tym pamiętają…), a skrzywdzenie tego zwierzęcia było surowo karane. Mieszkańcy tego pięknego niegdyś kraju cenili nie tylko tych krewniaków króla dżungli, ale również wiele innych zwierząt: skarabeusze, węże, a nawet krokodyle! Jak w takim razie mają się do tego praktyki z okresu średniowiecza, gdzie koty potrafiono palić w imię religii? Jakim prawem człowiek zrzucał koty z wieży kościelnej podczas święta Wniebowstąpienia? Dlaczego takie precedensy są tłumaczone jednym słowem – tradycja? Czy naprawdę konieczna jest rzeź delfinów, wyrzucanie kóz przez okno czy corrida? Dlaczego religia prezentuje poglądy, które karzą nam kochać tylko drugiego człowieka, a inne istoty pozwala bezkarnie krzywdzić? Morris w bardzo konkretny sposób prezentuje wiele poglądów związanych z różnymi krajami i religiami, w tym w dużej mierze nawiązuje do wiary chrześcijańskiej. Okazuje się, że w świętej księdze, jaką jest Biblia, można znaleźć uzasadnienie prawie na wszystko – nikt nie zastanowi się nad tym, że jej przesłanki są pełne sprzeczności. 


„Dobrze traktowane były zwierzęta kojarzone z pozytywnymi cechami i zjawiskami, te zaś, które symbolizowały jakiekolwiek przejawy zła, były bezlitośnie tępione.”1


Po raz kolejny okazuje się, że człowiek pozwala sobie na zbyt wiele. Czy jesteśmy naprawdę gatunkiem lepszym od pozostałych, że możemy je oceniać i decydować o ich egzystencji? Nie można zaprzeczyć temu, że nasze mózgowie jest faktycznie bardziej rozwinięte, a my znajdujemy się na wyższym poziomie ewolucyjnym niż pozostali mieszkańcy tej planety (chociaż czasami odnoszę wrażenie, że można by tutaj polemizować), ale powoli zatracamy się w tym swoim „boskim” pochodzeniu. To wśród zwierząt można nie raz zauważyć więcej empatii i oddania niż u drugiego człowieka. Nie można ich uznać za bezmózgie i nierozumne istoty, bo byłoby to co najmniej absurdem. Mimo że przez długi okres czasu były traktowane przedmiotowo, niczym zwyczajne rzeczy, to nikt nie ma prawa w ten sposób traktować drugiej żywej istoty – niezależnie od tego, czy jest to człowiek, pies, kot czy owad. Desmond Morris jest zdecydowanym przeciwnikiem okrucieństwa wobec zwierząt, a opisywane przez niego przykłady niestosownego traktowania zwierząt naprawdę mocno do mnie przemówiły. Autor nie boi się również poruszać kontrowersyjnej tematyki cyrków i ogrodów zoologicznych. Tutaj znowu pojawia się przekonanie człowieka o tym, że jest lepszy od innych gatunków i może sobie pozwolić na to, aby poddawać je tresurze. Sztuczki z udziałem zwierząt, jakie są prezentowane w cyrkach, są tak naprawdę ogromną traumą. Zwierzęta zatracają swoje prawdziwe „ja” i stają się bardziej nieobliczalne niż w warunkach naturalnych – a potem jest wielkie zdziwienie, że tygrys zaatakował swojego tresera… Wiadomo, „kiedy człowiek zabije tygrysa nazywa się to sportem, kiedy tygrys zabije człowieka nazywa się to okrucieństwem”2. Kolejna ironia w stosunkach ludzi i zwierząt. O ile nie jestem do końca przeciwniczką ogrodów zoologicznych i rezerwatów, bo w dzisiejszych czasach wyglądają one coraz lepiej i można powiedzieć, że nawet przyczyniają się do ochrony zwierząt, tak wykorzystywanie zwierząt w celach czysto rozrywkowych jest po prostu nienaturalne. 


„Zwierzęta nie mają żadnych praw. Zostały stworzone na użytek człowieka, tak samo jak rośliny i kamienie. Człowiek ma prawo zadawać zwierzętom śmierć i cierpienia dla celów słusznych i pożytecznych, a nawet tylko dla rozrywki.”3


http://www.wykop.pl/ramka/3135805/a-gdyby-tak-odwrocic-role/
Powyższy cytat pochodzi z „Dykcjonarza katolickiego”, który pojawił się pod koniec dziewiętnastego wieku. To naprawdę smutne, że niegdyś byliśmy aż tak zacofani, jeżeli chodzi o nasze podejście do innych gatunków. I my mamy czelność nazywać się dobrymi ludźmi? „Miłość do zwierząt – to właśnie ona pokazuje, ile zostaje w nas człowieka.”2. A niestety, w dzisiejszych czasach mało jest ludzi, którzy faktycznie kochają zwierzęta. Owszem, hodują w domu koty, psy czy króliki, ale na tym kończy się ich zamiłowanie. Być może zapewniają swoim pupilom najlepsze warunki życia, dbają o ich zdrowie, dobre samopoczucie i dietę, ale zwierzęta domowe to minimalny procent wszystkich gatunków, które zamieszkują naszą planetę. A co z pozostałymi? Czy naprawdę możemy zlekceważyć cierpienie zwierząt gospodarskich i dzikich? Co stanie się z naszą planetą, kiedy wyginą pszczoły? Należy pamiętać o tym, że wszystko jest ze sobą połączone, jesteśmy częścią jednej wielkiej sieci, która właśnie przez nas powoli się rozrywa. Koniecznie musimy zmienić nasze postrzeganie świata – do czego namawia nawet autor – bo inaczej doprowadzimy do własnej zagłady, przy okazji pociągając za sobą wiele innych gatunków. Już dzisiaj można zauważyć, w jak dużym stopniu niszczymy środowisko naturalne, a co będzie za parę lat? Strach pomyśleć!


„Lubię zwierzęta, wszystkie zwierzęta. Nie skrzywdziłbym kota, psa, kury ani krowy. I nie chciałbym, żeby ktoś robił to dla mnie. Dlatego jestem wegetarianinem.”4


http://www.wykop.pl/ramka/3135805/a-gdyby-tak-odwrocic-role/O ile w pierwszym rozdziale swojej książki Desmond Morris prezentuje poglądy, z którymi w dużej mierze się zgadzam, tak niestety względem kolejnego rozdziału mam sporo zarzutów. Przedstawienie traktowania zwierząt na przestrzeni lat było bardzo kształcące, ale zdanie „Gatunek ludzki potrzebuje do życia diety, której ważnym składnikiem jest mięso.”1 całkowicie wybiło mnie z rytmu. Czytając drugą połowę tej książki żywiłam nadzieję, że autor chce się posłużyć mocną ironią, ale okazało się, że faktycznie nie widzi on nic złego w zabijaniu zwierząt po to, aby człowiek miał co jeść – „Prawda jest taka, że nie ma nic normalnie nagannego w zabijaniu zwierząt, których mięso potrzebne jest nam do życia. Naganny natomiast może być sposób, w jaki to robimy i jak traktujemy je przed śmiercią.”1 Naprawdę? Jako zagorzała wegetarianka, ze skłonnościami do przejścia na ścisłą dietę wegańską, uważam, że zabijanie zwierząt w jakimkolwiek celu jest nie na miejscu. Dlaczego mamy zabijać czujące i posiadające świadomość istoty, skoro ziemia oferuje nam całe mnóstwo pożywnych i smacznych roślin? Całkowicie nie zgadzam się z autorem jeżeli chodzi o jego poglądy na temat diety roślinnej. Wszelkie zarzuty wobec niej zostały już dawno obalone, co więcej, jest ona promowana jako dobra dla naszego zdrowia. Ziemia oferuje nam naprawdę mnóstwo pożywienia, dzięki któremu można by uniknąć niepotrzebnej śmierci zwierząt. Wystarczy tylko pogłębić swoją wiedzę na temat jadalnych gatunków i zacząć je wprowadzać do swojej diety – wcale nie są one tak trudno dostępne, jak  to się często mówi. 

Osobiście uważam, że człowiek pierwotny był roślinożercą i do tej pory mamy w sobie cechy roślinożercy, a nie drapieżnika (można tutaj wziąć pod uwagę cechy takie jak budowa żuchwy, mięśnie mimiczne, budowę zębów, enzymy trawienne, długość jelita czy nawet sposób wymiany ciepła). Nie można się nazwać drapieżnikiem, skoro nasze drapieżnictwo ogranicza się do pójścia do sklepu i wypowiedzenia słów: „Poproszę kilogram cielęciny”. Każdy szanujący się drapieżnik po prostu by nas wyśmiał. A te wszystkie argumenty, że człowiek ma kły i pazury? Są nad wyraz żałosne – niech każdy, kto tak twierdzi, spróbuje tylko i wyłącznie za pomocą tych kłów i pazurów upolować swój mięsny obiad. Porażka gwarantowana. Uważam za hipokryzję pogląd, że kotki są kochane i nie można ich jeść, ale krowa to dobry hamburger. Albo szanujemy wszystkie zwierzęta i przejmujemy się ich losem, albo po prostu nie jesteśmy godni, aby dzielić z nimi jedną planetę. Nie zgadzam się z Desmondem Morrisem, który twierdzi, że dieta wegetariańska może negatywnie wpływać na ludzkie zdrowie, bo jest wręcz przeciwnie! Poza tym sprawia, że stajemy się lepszymi ludźmi, zwracamy większą uwagę na to, co jemy i bardziej dbamy o świat, w którym przyszło nam żyć. 


„Is­to­ty ludzkie to je­dyny ga­tunek zwierząt, których szczerze się obawiam.”5


http://www.wykop.pl/ramka/3135805/a-gdyby-tak-odwrocic-role/
Mimo tego, że w pewnych aspektach nie zgadzam się z Desmondem Morrisem (być może moje poglądy w przeciągu kilku ostatnich lat, gdy obserwowałam to, jak ludzie sami dążą do swojej zagłady, stały się nad wyraz radykalne), tak jego książka „Nasza umowa ze zwierzętami” z pewnością zasługuje na uwagę. Być może jego poglądy – łącznie z tym, że ludzie powinni jeść mięso, ale należy zmienić sposób jego pozyskiwania, bardziej trafią do przeważającej większości ludzi. Być może nowy „dekalog” zaprezentowany przez autor na końcu książki zachęci kogoś do zastanowienia się nad swoim podejściem do życia. Być może ta książka będzie dobrą zachętą do tego, aby wprowadzić pewne zmiany. Niestety, świata nie można zmienić z dnia na dzień, podobnie jak jego mieszkańców, ale może to właśnie metoda małych kroczków sprawdzi się tutaj najlepiej? Wszyscy musimy się przebudzić, zobaczyć świat na nowo, a być może to doprowadzi do pozytywnych zmian i negatywne skutki naszych działań zaczną się cofać, a przynajmniej ich liczba zostanie ograniczona.

Po książki i filmy o tematyce takiej jak dzieło Morrisa powinny być mocniej propagowane i polecane przez te osoby, które widzą, jak wiele zła czyni człowiek – nie tylko jeżeli chodzi o podejście do zwierząt, ale również do całej planety. Skupiając się tylko i wyłącznie na „Naszej umowie ze zwierzętami”, mogę śmiało stwierdzić, że informacje zawarte w tej książce potrafią skłonić do refleksji. Być może przydałoby się coś bardziej kontrowersyjnego i mocnego, aby bardziej zwrócić uwagę ludzi na tę trudną tematykę, ale książka Morrisa to dobry i lekki początek umożliwiający zrobienie pierwszego kroku w stronę lepszego życia – lepszego dla nas i dla pozostałych mieszkańców naszej planety, nie tylko tych z gatunku Homo sapiens.  

Przypisy:
Cytaty z indeksem o numerze 1: „Nasza umowa ze zwierzętami” – Desmond Morris
Cytaty z indeksem o numerze 2: Znalezione w Internecie
Cytat z indeksem o numerze 3: „Dykcjonarz katolicki”
Cytat z indeksem o numerze 4: aktor Peter Dinklage
Cytat z indeksem o numerze 5: dramaturg Geor­ge Ber­nard Sha­w


A oto porównanie cech, o których wspominam powyżej:



środa, 27 kwietnia 2016

10. urodziny księgarni Tania Książka!

http://www.taniaksiazka.pl/swietuj-z-nami-10-urodziny-taniej-ksiazki--a-403.html

Parę dni temu księgarnia taniaksiazka.pl obchodziła swoje 10. urodziny! Dlatego na wstępie chciałabym życzyć wszystkiego najlepszego i oby udało się za 10 lat obchodzić 20. urodziny ;) 
Z tej właśnie okazji księgarnia przygotowała dla swoich klientów całe mnóstwo promocji, gratisów i atrakcji! Świętowanie trwa do 12 maja, więc czasu na zapoznanie się z nimi wszystkimi i skorzystanie z promocyjnych ofert jest sporo!

Łącznie do rozdania jest 15 000 gratisów, w tym między innymi kubki czy zakładki magnetyczne, a nawet ekotorby!


A oto harmonogram atrakcji:

23.04 - 28.04.2016 -> 20 000 bestsellerów 35 % taniej -> szczegóły tutaj
23.04 - 12.05.2016 -> 10 000 produktów do 10 zł -> szczegóły tutaj
23.04 - 12.05.2016 -> gratisy do zamówień -> szczegóły tutaj

Jeżeli złożycie zamówienie za minimum 20 zł otrzymacie jedną z czterech magnetycznych zakładek. Jeżeli złożycie zamówienie za minimum 79 zł to poza zakładką będziecie mogli wybrać dodatkowy gadżet: kubek bądź ekotorbę.

 
Ale to jeszcze nie koniec! Pojawić się mają kolejne atrakcje, a jedną z już trwających jest konkurs, w którym można wygrać atrakcyjne nagrody - w tym czytniki! -> szczegóły tutaj

Co ciekawe, blogerzy współpracujący z księgarnią zostali obdarowani różnymi gadżetami - kto to widział, żeby to ktoś, kto obchodzi urodziny rozdawał prezenty, a nie dostawał... W tym miejscu chciałabym bardzo podziękować księgarni, bowiem upominki sprawiły mi ogromną radość! Jeden z lepszych unboxingów w moim życiu ;) No i w sumie ja też obchodzę za 3 dni urodziny, więc uznam to za prezent :D


PS. Ten motyw z dinozaurem jest obłędny! :D



sobota, 23 kwietnia 2016

"Współczesna czarownica" - Deborah Blake

 
 
 
Data wydania: 07.03.2016
Tytuł oryginału: Everyday Witchcraft. Making Time for Spirit In a Too-Busy World
Tłumacz: Joanna Żywina
ISBN: 978-83-65170-65-1
Wymiary: 135 x 205 mm
Strony: 256
 Cena: 34,90 zł
 
 
 
 
 
 
 
 
Wizerunek czarownicy zmieniał się na przestrzeni lat i mimo że dzisiaj bycie czarownicą nie do końca oznacza to samo, co dawniej, tak postrzeganie takich kobiet pozostało praktycznie niezmienne. Zazwyczaj, gdy pada słowo „czarownica”, w naszej wyobraźni pojawia się obraz pięknej, bladej kobiety ubranej na czarno, z rozwianymi bujnymi włosami, spiczastym kapeluszem oraz kotem i miotłą u boku. Właściwie czemu nie, sama nie raz się tak przebierałam, ale zaufajcie mi, bycie czarownicą to kwestia duszy i tego, co się ma w środku, a nie na zewnątrz.

Słowo czarownica można w dzisiejszych czasach spokojnie zastąpić innym, a mianowicie słowem poganka. Osobiście uważam, że czarownicą trzeba się urodzić, chociaż wiele książek przedstawia to w nieco innym świetle. Podobno każdy z nas w taki czy inny sposób jest obdarzony pewnymi zdolnościami paranormalnymi, tylko jedni bardziej sobie zdają z tego sprawę i potrafią to wykorzystać. Jednak tak na dobrą sprawę Deborah Blake nie skupia się na jasnowidzeniu, byciu medium czy skomplikowanych rytuałach energetycznych. To, co prezentuje autorka, jest bardzo lekkie i proste. Tym bardziej, że poganizm można w dużej mierze postrzegać może nie jako religię, ale zdecydowanie pewną filozofię życia.

Magia, często błędnie postrzegana jak ta z Harry’ego Pottera, polega na czymś zupełnie innym, niż mogłoby się wydawać. Deborah Blake w swojej książce prezentuje „magiczne sposoby” na to, aby nasze życie było lepsze, przyjemniejsze i pełne radości. Autorka pragnie, aby osoby sięgające po tę książkę potrafiły odnaleźć w sobie wewnętrzną siłę i zmotywować się do działania. Kluczem jest pozytywne nastawienie i zmiana postrzegania otaczającego nas świata, z czego doskonale zdaje sobie sprawę każda poganka. Główne przesłanie płynące z tej książki jest takie, że istotą rzeczy jest życie zgodne z naturą i własną intuicją.

Rytuały przedstawiane przez autorkę nie są niczym skomplikowane, powiedziałabym wręcz, że są banalne i wykonać je może każdy. Nawet nie jestem do końca pewna, czy można by je nazwać magią i powiązać z byciem czarownicą, ale to już kwestia perspektywy. Ja mam swoją własną. Jednakże proste afirmacje i magia świec idealnie się tutaj sprawdzają, a dobrze wiemy, że myśli i słowa mają siłę sprawczą. Deborah Blake zachęca czytelników do tego, aby wprowadzili subtelne zmiany (chociaż w przypadku niektórych osób mogą to być zmiany radykalne, choć nie jestem pewna, czy takie osoby byłyby w ogóle skłonne sięgnąć po tego typu pozycję) i obrali nową ścieżkę życia – bardziej głęboką, pełną radości, relaksacji i zadowolenia. Wieczne marudzenie jeszcze nikomu nie pomogło! Nawiązuje również do czterech żywiołów i kontaktowania się z nimi, co okazuje się być bardzo proste i przyjemne. 

Poszczególne rozdziały skupiają się nie tylko na rytuałach mających konkretny cel, ale chodzi przede wszystkim o to, aby zawarta w tej książce praktyka towarzyszyła nam codziennie. Od świtu do nocy – już po przebudzeniu możecie zrobić krótki „rytuał”, który poprawi wasze samopoczucie i doda Wam energii. Nic skomplikowanego, a naprawdę może zadziałać. W książce tej znajdziemy również informację o tym, w jaki sposób nawiązać kontakt z Bogiem i Boginią, którzy odzwierciedlają męski i żeński pierwiastek natury. Nie brak tutaj również informacji o kontaktach ze zwierzętami (nie tylko z kotami ;)) czy tworzeniu magicznej przestrzeni.

„Współczesna czarownica” to książka dla każdej kobiety, czy też może nawet mężczyzny, którzy czują w sobie boski element i wiedzą, że trzeba ruszyć dalej. Do publikacja dobra dla tych, którzy zawsze gdzieś na dnie swojego umysłu czuli, że mogą wiele zdziałać, ale nigdy nie wiedzieli jak zacząć. Twórczość Debory Blake pomaga stworzyć wokół siebie nowe otoczenie, zmienić nasze postrzeganie świata i wprowadzić niezwykle pozytywne zmiany do naszego życia – i to w naprawdę łatwy, przyjemny i przystępny sposób. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

illuminatio.pl


W SKRÓCIE:

Książka Debory Blake jest napisana naprawdę bardzo przystępnym językiem i umożliwia nam zmianę postrzegania naszego otoczenia. To książka, dzięki której poznacie mnóstwo codziennych, łatwych praktyk, które zmienią Wasze życie na lepsze. Poczujecie pozytywną energię i wewnętrzną siłę, a też nie będziecie mieć problemu z tym, aby zrozumieć wiedzę przekazywaną przez autorkę. Lekka i przyjemna lektura, która przedstawia czarownicę w roli poganki żyjącej zgodnie z prawami natury.

DLA KOGO?

Dla każdego, kto poczuł w sobie potrzebę słuchania swojego wewnętrznego głosu. Dla każdego, kto chciałby wzmocnić swój kontakt z naturą i własnym ja. Dla wszystkich tych, którzy pragną zmian na lepsze, ale nie czują się dobrze, gdy przychodzi im wykonywać skomplikowane praktyki i rytuały.



czwartek, 21 kwietnia 2016

"Rebelianci" - Kristen Simmons

 
 
 
Data wydania: 30.09.2015
Tytuł oryginału: Breaking Point
Tłumacz: Donata Olejnik
ISBN: 978-83-271-5344-9
Wymiary: 135 x 205 mm
Strony: 321
 Cena: 29,90 zł
Cykl: Paragraf 5 #2
 
 
 
 
 
 
 
 
„Rebelianci” to drugi tom cyklu tworzonego przez Kristen Simmons, który przenosi nas do świata, gdzie wszyscy obywatele podlegają surowemu Prawu Obyczajowemu. Ktokolwiek złamie jeden z jego paragrafów, zostanie odnaleziony i ukarany. Władze nie stronią od wyroków, które kończą się śmiercią. Ember Miller i jej matka zostały zabrane przez żołnierzy za złamanie paragrafu 5, który traktuje o tym, że samotna matka wychowująca dziecko nie stanowi rodziny i zgodnie z obowiązującym prawem taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Obie kobiety mają w sobie jednak cechy buntownika, dlatego nie dały się tak łatwo. Niestety, przyniosło to ze sobą okropne skutki.

Ember udało się uciec z zakładu poprawczego i wraz z Chasem zostali przyjęci do ruchu oporu. Jego członkowie mają dość Prawa Obyczajowego i panującego aktualnie stanu rzeczy, ale do walki podchodzą z rozsądkiem i spokojem. Wiedzą, że emocje nie są dobrym doradcą w takich przypadkach. Tymczasem rząd poszukuje tajemniczego snajpera, który raz za razem eliminuje żołnierzy reżimu. Główną podejrzaną jest Ember – wydano już na nią wyrok śmierci. Mimo że dziewczyna zyskała przychylność niektórych członków ruchu oporu, to wciąż się waha – walczyć czy uciec jak najdalej stąd? 

Dobrze pamiętam, że pierwszą część tego cyklu, czyli „Paragraf 5”, czytało mi się lekko i przyjemnie. Była to opowieść pełna akcji i dynamiki, skupiająca się na tematyce, za którą przepadam. Z tego powodu chętnie sięgnęłam po „Rebeliantów”, tym bardziej, że zapowiadało się na to, że ten tom będzie jeszcze bardziej porywający! W końcu wojna wisi w powietrzu, Ember nie ma już nic do stracenia, a ruch oporu to ogromne wsparcie. Niestety, muszę ze smutkiem przyznać, że pierwsza część podobała mi się dużo bardziej. Nie jest to słynne fatum drugiej części, ale czegoś mi tutaj zdecydowanie zabrakło.

Przede wszystkim brakuje tutaj konkretów. Owszem, jest ruch oporu, toczą oni swoją walkę, pojawia się postać tajemniczego snajpera… ale to wszystko prowadzi do nikąd. Bohaterowie snują się z kąta w kąt, niby planują i działają, ale wciąż jakby stoją w miejscu. Ember nieco straciła w moich oczach, bo stała się tylko jedną z wielu bohaterek tej części, a moim zdaniem powinna wychodzić na prowadzenie i zdecydowanie się wyróżniać. Nie mówię, że byłam jej fanką od początku, ale jej postać prezentowała się o wiele ciekawiej w pierwszej części, gdzie było widać targające nią emocje i wewnętrzne rozdarcie. Tutaj stała się nieco płytka. Pozostali bohaterowie również nie wyróżniają się niczym szczególnym. 

Mimo że akcja nadal posiada odpowiednie tempo i dynamikę, tak w połączeniu z mało porywającą fabułą nie tworzy zgranej całości. Może przydałoby się tutaj więcej scen pełnych napięcia i zaskakujących zwrotów akcji? Czasami czytelnikowi nie wystarcza fakt, że coś się dzieje. Musi się dziać coś mocnego, coś poruszającego, co będzie w stanie nas oszołomić – zwłaszcza w przypadku powieści, gdzie mamy do czynienia z reżimem i oporem, walką i śmiercią, chęcią przetrwania i brakiem nadziei na lepsze jutro. Jednak dobrą rzeczą jest to, że autorka potrafiła utrzymać klimat swojej historii. Ten zdecydowanie mi się podoba i ratuje powieść na tyle, że przeczytałam ją do końca i trzymałam się nadziei, że będzie lepiej.

„Rebelianci” to książka, która wypada nieco gorzej od pierwszej części. Kristen Simmons miała przed sobą ogromne pole do popisu, ale nie wykorzystała go w całości. Mimo że atmosfera powieści jest odpowiednio dopasowana do jej tematyki, tak czuję spory niedosyt jeżeli chodzi o rozwój fabuły i kierunek, w którym to wszystko zaczęło zmierzać. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że Simmons zreflektuje się nieco w kolejnym tomie serii i w całości wykorzysta potencjał drzemiący w historii Ember.  

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

publicat.pl


W SKRÓCIE:

"Rebelianci" to książka, której fabuła stoi w miejscu. Mimo że teoretycznie sporo się tu dzieje, to brakuje konkretów, które by do czegoś prowadziły. Bohaterowie są mało wyraziści, a Ember straciła to, co było w niej porywające. Pierwszy tom wypadał lepiej, chociaż nie da się ukryć, że autorce udało się utrzymać ciągłość historii i atmosferę z pierwszej części. Być może to tylko chwilowy spadek formy i trzeci tom wzniesie się na wyżyny?

DLA KOGO?

Myślę, że osoby, które przeczytały "Paragraf 5", powinny sięgnąć po tę powieść. Być może one odnajdą w niej coś, czego ja nie potrafiłam.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

"Raven" - Sylvain Reynard

 
 
 
 
Data wydania: 16.03.2016
  Tytuł oryginału: Raven
Tłumacz: Ewa Morycińska-Dzius
ISBN: 978-83-287-0246-2
Wymiary: 130 x 205 mm
Strony: 512
 Cena: 39,90 zł
Seria: Seria Florencka #1
 
 
 
 
 
 
 
 
Sylvain Reynard jest do tego stopnia tajemniczą osobistością, że czytelnicy nawet nie wiedzą, czy jest kobietą czy mężczyzną. Moje osobiste podejrzenia kierują mnie raczej ku tej pierwszej możliwości, dlatego będę używać tutaj słowa „autorka”. W Polsce zasłynęła ona serią „Piekło Gabriela”, z którą jednak się nie zapoznałam, gdyż rzadko sięgam po tego typu literaturę. Jednakże wszystkie przedpremierowe recenzje jej najnowszej powieści „Raven” były niezwykle zachęcające i to z ich powodu skusiłam się na tę lekturę. Czy było warto?

Główna bohaterka ma za sobą naprawdę ciężkie przeżycia. Przeszłość odcisnęła na niej swoje piętno, którego skutkiem jest niepełnosprawność Raven i konieczność poruszania się o lasce. Nie należy też do typowych piękności, jest kobietą, która widzi w sobie praktycznie same mankamenty. Na co dzień zajmuje się konserwacją i renowacją dzieł sztuki. Któregoś dnia jest  świadkiem napadu na pewnego bezdomnego, a gdy staje w jego obronie, sama staje się ofiarą. Trójka złoczyńców próbuje ją zgwałcić, ale z mroku wyławia się tajemnicza postać, która ratuje dziewczynę z opresji. Raven nic nie pamięta z tamtego wieczora, a okazało się, że zniknęła wtedy na ponad tydzień i nikt nie wiedział, gdzie się podziała. Co więcej – gdy już dochodzi do siebie, zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko pozbyła się problemów zdrowotnych, ale stała się niezwykle atrakcyjną kobietą!

Wampiry po raz kolejny… tak, to nie żart. Te dzieci nocy są prawdopodobnie najczęściej występującymi istotami paranormalnymi w literaturze, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę gatunek romansu paranormalnego. Bo nie da się ukryć, ale „Raven” idealnie wpasowuje się właśnie w ten nurt. Co więcej, przypomina wiele innych powieści tego typu, których na rynku wydawniczym pojawiło się już całkiem sporo. Czy jest to motyw, którego można mieć dość? Owszem, można. Osobiście jestem fanką romansów paranormalnych, również tych 18+,  ale nawet ja czasami mówię „stop”. Sięgając po „Raven” miałam sporą przerwę od takich opowiastek, ale przez cały czas poświęcony lekturze nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest to książka schematyczna i powtarzająca wszystko to, co już było. Autorka nie wprowadziła do swojej historii niczego nowego, co mogłoby zaskoczyć czytelnika. 

Tytułowa Raven jest kobietą niezwykle irytującą i jestem pełna podziwu dla Williama (czyli tajemniczego wybawiciela, który okazuje się być Księciem nocy), że był w stanie z nią wytrzymać. Z jednej strony jest niezwykle troskliwa i autorka starała się ją wykreować jako silny charakter, ale zdecydowanie jej to nie wyszło. Jej zachowanie, wieczne użalanie się nad sobą i brak pewności siebie były cechami, które bardzo działały mi na nerwy. Zdecydowanie nie lubię takich bohaterek i mam ochotę rzucić nimi porządnie o ścianę, aby coś ze sobą zrobiły. A sam William? Typowy gorący i pewny swoich niesamowitych umiejętności kochanek, na dodatek wampir. Przez cały czas próbuje przekonać Raven, że jest cudowna, chce ją oczywiście zaciągnąć do łóżka, a ta mu się opiera – oczywiście bardzo nieudolnie. Ich dialogi w dużej mierze skupiają się na jednym i tym samym, a obserwowanie tej relacji jest na dłuższą metę po prostu męczące.

Chociaż poza romansem wampira i śmiertelniczki pojawia się też motyw mrocznej przeszłości Williama i problemów, z którymi się mierzy w czasach teraźniejszych, to nic z tego nie wynika. Są to wątki ledwo nakreślone, nad czym trochę ubolewam, bo walka pomiędzy wampirami i ich prześladowcami zapowiadała się obiecująco! Czy naprawdę trzeba było się skupić tylko na tym romansie słabeuszki i macho? Nie, nie i jeszcze raz nie! Z tej historii naprawdę można było coś wyciągnąć, bo są w niej przebłyski czegoś dobrego, czegoś konkretnego… To zdecydowanie nie zaszkodziłoby tej powieści, a wręcz przeciwnie. Brakuje tutaj chwil pełnych napięcia, walki czy gorącej akcji – fabuła jest banalna i przewidywalna.

„Raven” to historia, jakich wiele. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, a osobiście uważam, że dostępnych jest wiele innych książek tego typu, które lepiej się prezentują. Przyznaję, że jest napisana dobrym językiem i do stylu autorki nie mam najmniejszych zastrzeżeń, ale niestety bohaterki w stylu Belli ze „Zmierzchu” nigdy nie należały do moich ulubionych. Podobnie jak ciągłe rozterki bohaterów, którzy chcą być razem, ale wiecznie wymyślają mnóstwo za i przeciw, co w efekcie przypomina „Modę na sukces”, a nie namiętny romans. Powieść Sylvain Reynard czyta się lekko i szybko, ale zdecydowanie nie jest to książka, która by mnie urzekła. Przyznam szczerze, że czuję lekkie rozczarowanie – zwłaszcza po zapoznaniu się z tyloma pozytywnymi opiniami. Być może gdybym nie była zaznajomiona z tyloma pozycjami z tego gatunku, odebrałabym ją bardziej pozytywnie, ale niestety – dla mnie jest to tylko powtórka z rozrywki, nic więcej. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture



W SKRÓCIE:

Książka jakich wiele, napisana bardzo dobrym językiem, ale jednak powielająca schematy. Denerwująca bohaterka i seksowny wampir, jakich było już wiele. To taki "Zmierzch" na innym poziomie, do którego dodano namiętny, wampiryczny seks. Mimo że pojawiają się inne wątki, które mogłyby znacząco wzbogacić fabułę, nie są one odpowiednio rozwinięte. Autorka skupiła się na romansie - na dłuższą metę nieco męczącym.

DLA KOGO?

Dla fanów romansów paranormalnych 18+, którzy nie spodziewają się niczego nowego i po prostu mają ochotę przeczytać kolejną powieść z tego nurtu.