środa, 30 września 2015

"Marsjanin" - Andy Weir

 
 
 
 
Data wydania: 19.11.2015
Tytuł oryginału: The Martian
Tłumacz: Marcin Ring
ISBN: 978-83-7758-817-8
Wymiary: 155 x 235
Strony: 384
 Cena: 39,99 zł
 
 
 
 
 
 
Lot w przestrzeń kosmiczną nie jest już czymś niewyobrażalnym. NASA obecnie pracuje nad projektem kolonizacji tej planety a „szczęśliwcy”, którzy mają tego dokonać już zostali wybrani. No tak… inicjatywa ciekawa, plan piękny, ale należy się liczyć z  tym, że zawsze coś może pójść nie tak. Nawet bardzo nie tak… dlatego to nie do końca takie szczęście, bo co jeśli jeden z członków załogi w nieszczęśliwym wypadku zostanie na Marsie sam?

Mark Watney miał niesamowitego pecha – był jednym z sześciu członków załogi Aresa 3, która wybrała się na Marsa. Misja musiała zostać przerwana z powodu straszliwej burzy piaskowej, ewakuacja trwała, a biedny Mark został ranny i ślad po nim zaginął. Załoga, święcie przekonana, że go straciła, ruszyła w podróż powrotną do domu, choć ciężko było im się pogodzić ze stratą. Jednak Mark przeżył, ale czy na długo? Sam na opustoszałej planecie, z brakiem odpowiednich narzędzi, nie wspominając już o zapasach żywności… Jednak człowiekiem zawsze kieruje chęć przetrwania, dlatego botanik podejmuje heroiczną walkę, w której wykorzystuje nie tylko swoje umiejętności, ale wszystko, co tylko może. Tonący brzytwy się chwyta…

Szczerze? Nie wyobrażam sobie, co zrobiłabym, gdybym znalazła się w takiej sytuacji. Jest to naprawdę tak przerażająca wizja, że chyba nawet całkowicie do mnie nie dociera. Budzisz się obolały na obcej planecie… planecie! To nawet nie jest bezludna wyspa czy nieznane Ci miasto. To jest Mars! Ciało niebieskie oddalone od Ziemi o 227 936 637 kilometrów! Przetrwanie tam graniczy przecież z cudem… dlatego podziwiam głównego bohatera, który nie poddał się ani razu! Walczył do samego końca, zachował trzeźwość umysłu i zimną krew, chociaż nic nie było proste. I jak tu mu nie kibicować? Jak nie obdarzyć go wsparciem (chociaż tym mentalnym) i sympatią? Mark Watney jest postacią niesamowitą. Nawet w obliczu niemal pewnej śmierci nie traci poczucia humoru i mimo że tematyka poruszana przez tę powieść do zabawnych nie należy, to dzięki jego ironii nie raz uśmiech pojawił się na mojej twarzy.

Doskonałą rzeczą jest to, że Andy Weir wprowadził kilka rodzajów narracji. Perspektywa Marka jest niczym pamiętnik spisywany w poszczególny dni pobytu na Marsie. Dzięki temu otrzymujemy pełen obraz sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater. Widzimy, z czym musiał się zmierzyć, aby przetrwać. Pojawia się również punkt widzenia załogi, która odleciała z Marsa oraz ludzi pracujących dla NASA, którzy kontrolują misję Ares. Chyba najważniejszą rzeczą, którą taki zabieg wprowadził, była niepewność. Tak na dobrą sprawę, podczas czytania, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy Markowi się uda. Kłody pod nogami, piasek w oczy (dosłownie i w przenośni) – na obcej planecie nic nie jest łatwe. Zwłaszcza przetrwanie. Dlatego niepewność towarzyszy nam cały czas, nawet w punkcie kulminacyjnym.

Autor doskonale poradził sobie z przedstawieniem świata, w którym rozgrywa się akcja. Szczegółowe i dopracowane opisy i specjalistyczne słownictwo wprowadzają nas do realiów fizyki, botaniki, inżynierii i mechaniki. Mogłoby się wydawać, że taka historia nie ma w sobie żadnego potencjału, a czytanie o  tym, co każdego dnia robi Mark stanie się po chwili nudne. Nic bardziej mylnego! Andy Weir dba nie tylko o rozbudzanie naszej wyobraźni, ale również wzbudzanie ciekawości. A jak można nie chcieć śledzić poczynań człowieka, który z tak ogromną determinacją walczy z dnia na dzień? Tym bardziej, że Mars jest nieprzewidywalny i wydarzyć może się dosłownie wszystko – nie tylko burza piaskowa, ale przecież sprzęt, który doskonale znamy i korzystamy z niego na Ziemi, może zupełnie inaczej zachowywać się na innej planecie. 

„Marsjanin” to doskonała powieść, która wciąga już od pierwszej strony. Wciąga i nie puszcza, ona po prostu pochłania. To niezwykle oryginalna i jedyna w swoim rodzaju historia o przetrwaniu, woli walki oraz o tym, że nie ma żadnych ograniczeń – człowiek jest w stanie zrobić wszystko, przekroczyć każdą granicę i zmobilizować się do działania, aby nie zginąć w osamotnieniu. Mark Watney jest znakomitym bohaterem, którego nie da się nie lubić. Ironiczny humor jest wisienką na torcie, podobnie jak odpowiednie stopniowanie napięcia i niepewność towarzysząca nam od początku do końca. Obok tej pozycji nie można przejść obojętnie, gdyż jest po prostu niesamowita!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl
 
 oraz firmie Business & Culture

poniedziałek, 28 września 2015

"Czas miłości i czekolady" - Gabrielle Zevin

 
 
 
Data wydania: 03.06.2015
Tytuł oryginału: In the Age of Love and Chocolate
Tłumacz: Anna Gren
ISBN: 978-83-280-2077-1
Wymiary: 135 x 202
Strony: 320
 Cena: 34,99 zł
Seria: Trylogia Czekoladowa






Dlaczego? Dlaczego to, co dobre, tak szybko się kończy? Mam już za sobą  całą Trylogię czekoladową i nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak ciężko jest mi pożegnać się z jej bohaterami. Gabrielle Zevin stworzyła naprawdę doskonałą mafijną serię dla młodzieży, z którą każdy powinien się zapoznać. Pierwsza i druga część były naprawdę ciekawe i czytałam je z zapartym tchem, a trzecią, „Czas miłości i czekolady” również. Autorka trzyma poziom!

Ania Balanchine jest już pełnoletnia i wie, że to ona musi zadbać o swoją młodszą siostrę i niepełnosprawnego brata. To na niej spoczywa ogromna odpowiedzialność, a dziewczyna musi pamiętać o tym, że nie może wejść na ścieżkę przestępczości, bo nie trafi już do poprawczaka, a do normalnego więzienia. Jej doradcą  zostaje były prokurator i kandydat na prezydenta, ojciec jej byłego chłopaka, Charlesa Delacroix. Ania otwiera własny klub, w którym legalnie sprzedaje kakao. Jednak, gdy nosi się nazwisko Balanchine, bardzo łatwo jest narobić sobie zawistnych wrogów…

Naprawdę szczerze pokochałam tę serię. Jest czymś nowym, oryginalnym i wprowadza nas do świata przyszłości, nieco przypominającego ten dystopijny, gdzie panuje prohibicja na… czekoladę. Początkowo byłam zdziwiona pomysłem autorki, ale z czasem bardzo go doceniłam. Autorka doskonale potrafiła wykorzystać potencjał swojej historii i pomysł, z którym w przypadku żadnej innej książki się nie spotkałam. Dzięki temu z łatwością przenosimy się do książkowego świata, tym bardziej, że pani Zevin poradziła sobie również ze stworzeniem osobliwego klimatu, który jeszcze dodatkowo to ułatwia.

Uwielbiam główną bohaterkę i nie zmieniło to się ani razu! Ania stała się moją przyjaciółką, której wiernie towarzyszyłam w każdym momencie jej życia. Wspierałam ją, współczułam jej, poznałam jej mocne i słabe strony. Świetna narracja sprawia, że czytelnik ma wrażenie, jakby główna bohaterka zwracała się bezpośrednio do niego, a to był doskonały zabieg zastosowany przez autorkę. Fascynowała mnie również postać Yujiego Ono, a nawet nieco Charlesa Delacroix – oni wydawali mi się najbardziej nieprzewidywalnymi osobowościami w tej powieści i tacy właśnie byli. Każdy z nich zaskoczył mnie na swój własny sposób. Nieco irytujący okazał się Win z swoim zachowaniem, ale z bliższej perspektywy jestem go nawet w stanie zrozumieć. I o dziwo, wątek romantyczny nie działał mi na nerwy, co ostatnimi czasy rzadko się zdarza.

W „Czasie miłości i czekolady” akcja toczy się szybkim tempem, ale autorka nie zapomina nam wyjaśnić każdej zmiany, jaka następuje w życiu Ani. Z nastolatki staje się młodą kobietą, zaradną i rozsądną, która chce zupełnie zmienić postrzeganie rodziny Balanchine przez społeczeństwo. Chociaż wciąż są tutaj obecne morderstwa, groźby i gangsterka, Ania jasno dąży do wyznaczonego sobie celu. A co najważniejsze – ma przyjaciół, którzy ją w tym wspierają. Gabrielle Zevin nie raz potrafiła mnie zaskoczyć obrotem spraw i rozwojem wydarzeń – tak naprawdę nie byłam do końca pewna, jak zakończy się ta trylogia, bo mogło się wydarzyć dosłownie wszystko. 

„Czas miłości i czekolady” to książka, którą przeczytałam jednym tchem. I niech mi ktoś tylko powie… dlaczego to już koniec? Czy naprawdę muszę się pożegnać z bohaterami, którzy stali się bliscy memu sercu? Czy naprawdę już nigdy nie przyjdzie mi się zżyć z Anią i kibicować jej na każdym kroku? To jak cios prosto w serce… Tak doskonale czytało mi się tę powieść, że przepadłam na kilka godzin, ale z drugiej strony w ogóle nie chciałam jej skończyć. Chciałam zostać w świecie wykreowanym przez autorkę, chociaż doskonale wiem, że musiałabym wkroczyć na ścieżkę przestępczości, bo bez czekolady bym nie wytrzymała. Znakomita trylogia, która na długo ze mną pozostanie! 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

 

niedziela, 27 września 2015

"Chemia śmierci" - Simon Beckett

 
 
 
Data wydania: 05.11.2013
Tytuł oryginału: The Chemistry of Death
Tłumacz: Jan Kraśko
ISBN: 978-83-241-5431-9
Wymiary: 130 x 205
Strony: 332
 Cena: 29,90 zł
 Seria: David Hunter
 
 
 
 
 
 
„Chemia śmierci” to książka, którą polecało mi już wiele osób. Dlatego nie zastanawiałam się zbyt długo nad tym, czy ją wypożyczyć, gdy uśmiechnęła się do mnie z bibliotecznej półki. Ba! Byłam tak zaciekawiona, że rzuciłam wszystko i od razu zabrałam się do lektury… i w taki właśnie sposób przepadłam na kilka godzin.

Młody doktor David Hunter przeprowadza się do małego miasteczka Manham. Wszyscy się tu znają, wieści szybko się rozchodzą, a ludzie są nieufni. Z czasem jednak przekonują się do zdolności młodego lekarza, jednak wciąż pozostaje on osobą nie do końca akceptowaną. Manham jest na pozór spokojnym miejscem… do dnia, w którym zostają znalezione zwłoki jednego z mieszkańców. Wkrótce okazuje się, że doktor Hunter jest jedyną osobą, która jest w stanie zidentyfikować zwłoki kobiety, ustalić czas i miejsce zgonu. Morderca nie śpi i giną kolejne kobiety, znajdywane zwłoki są w dziwny sposób okaleczone, wszystkiemu towarzyszą martwe zwierzęta… Z czym mieszkańcy Manham mają do czynienia?

Tak, zdecydowanie przepadłam. Owszem, przyznam szczerze, że po tak zachęcających opiniach podchodziłam do tej książki z wielkim zapałem i nadzieją, które w sumie nie zostały ugaszone. Spodziewałam się większej bomby, ale i tak jestem zadowolona z tego, co otrzymałam. Simon Beckett bardzo umiejętnie potrafi rozbudzać wyobraźnię i ciekawość czytelnika, znakomicie posługuje się faktami z zakresu antropologii sądowej i nie ma problemu ze stopniowaniem napięcia. Książka jest napakowana akcją, chociaż pojawiają się też chwile wytchnienia. Jednak z pewnością czytając tę powieść człowiek nie może się nudzić… może co najwyżej przymknąć oczy podczas kilku makabrycznych scen. 

Doktor David Hunter jest typem bohatera, który lubię. Nieco zamknięty w sobie i tajemniczy, ale potrafiący wszystkich zaskoczyć swoją wiedzą i umiejętnościami. Sprawił, że ponownie obudziła się we mnie miłość do analiz i antropologii sądowej. Nie wiem, czy to normalne, że aż tak bardzo fascynuje mnie badanie zwłok, ale z chęcią zostałabym jego asystentką! Mimo że na pozór wydaje się być człowiekiem oziębłym, to nie raz ujawnia się jego druga strona – staje się troskliwy i opiekuńczy. Inni bohaterowie, którzy pojawiają się na kartach tej powieści są również dobrze wykreowani i stanowią gammę różnobarwnych postaci, urozmaicających fabułę.  Każdy ma do odegrania swoją rolę i całość wypada znakomicie.

A teraz przejdźmy do sprawy najważniejszej – śledztwo i morderstwo. Cieszyłam się, gdy byłam już w połowie powieści i nadal nie wiedziałam, kto zabił. Jednak po kilku kolejnych stronach zaczęłam mieć już swoje podejrzenia i byłam przekonana, że rozwiązałam zagadkę. W tym momencie mój zapal do twórczości Becketta trochę opadł… ale pobudził się ponownie, gdy okazało się, że nie mam racji. I wtedy widziałam mordercę już w każdej postaci, która się pojawiała! Autor tak namieszał mi w głowie, że w końcu sama nie wiedziałam, kto jest tym psychopatą znęcającym się nad młodymi kobietami. A zaufajcie mi, to, co się działo podczas dni, w których je przetrzymywał zanim zadał cios ostateczny, nie było niczym przyjemnym. Moje śledztwo okazało się być sukcesem tylko w połowie i to już pod sam koniec książki.

„Chemia śmierci” to książka, która zdecydowanie zasługuje na te wszystkie pochlebne opinie, jakie do tej pory zdobyła. I ja dołączam się do grona osób, którym twórczość Simona Becketta przypadła do gustu i jestem przekonana, że sięgnę po jego kolejne powieści. Lekkie pióro, świetna konstrukcja zbrodni i bohater, którego poczynania śledzi się z przyjemnością. Książka godna uwagi, przeczytania i polecenia!
 

piątek, 25 września 2015

"Barwy miłości" - Kathryn Taylor

 
 
 
 
Data wydania: 08.04.2015
Tytuł oryginału: Colours of Love
Tłumacz: Miłosz Urban
ISBN: 978-83-7758-964-9
Wymiary: 130 x 205
Strony:352
 Cena: 34,90 zł
 
 
 
 
 
 
Nie lubię powieści erotycznych. A może inaczej… nie lubię złych powieści erotycznych, a dobre rzadko kiedy się trafiają. Nie jestem fanką Greya, twórczość pani James uważam za nieporozumienie i totalną porażkę. Nikt nigdy nie zdoła mnie przekonać, że jest to literatura, która cokolwiek wnosi do naszego życia. Także panu Greyowi podziękujemy… I teraz tak się zastanawiam, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po „Barwy miłości”?

Jonathan Huntington jest przystojny, bogaty, ma własną firmę, pochodzenie arystokratyczne… i jest pozbawionym skrupułów chamem. Do jego firmy trafia młodziutka Grace Lawson, aby odbyć praktyki studenckie. Dziewczyna nie jest w stanie oprzeć się urokowi szefa, mimo wielu ostrzeżeń, które słyszy na każdym kroku. Jest nim całkowicie oczarowana, śni o nim po nocach, wiecznie o nim myśli. Szybko jednak przekonuje się, że Jonathan ma trzy zasady życiowe jeżeli chodzi o kobiety: żadnych emocji, żadnych uczuć, żadnego zaangażowania. Tylko seks.

„Barwy miłości” to debiutancka powieść Kathryn Taylor, która zafascynowała fanów „50 twarzy Greya”. Właściwie w ogóle mnie to nie dziwi, bo jest to prawie kopia twórczości pani Jamesa. Fabuła aż do złudzenia przypomina historię Anastasii i Christiana. Młoda dziewczyna trafia do wielkiej firmy, w której szefem okazuje się być przystojny i bogaty, ale arogancki dupek. No niesamowite! Ze wszystkich stron lecą ku niej ostrzeżenia, że to nie jest facet dla niej, że bawi się kobietami, że jest oziębły… Wow! Jednak ona, niepozorna istotka lgnie ku niemu jak ćma do światła. Cóż za oczywista oczywistość. 

Podobieństw jest znacznie więcej, nawet niektóre wypowiedzi Jonathana i Grace są wybitnie zaczerpnięte z Greya. No i słynna scena w windzie… tak, tutaj też nie mogło jej zabraknąć. I oczywiście narracja z punktu widzenia głównej bohaterki, która na każdym kroku zachwyca się tym, jaki to jej szef jest gorący i niesamowity!  I uwaga! Grace również jest chodzącą sierotą, która nie potrafi o siebie zadbać, po czym nagle przemienia się w dziką tygrysicę, która jest istnym ogniem w łóżku (czy muszę wspominać, że to właśnie Jonathan ją rozdziewiczył?). Grace jest typową szarą myszką, która nie wie, jak się momentami zachować, alkohol na nią bardzo źle wpływa, w obecności przystojniaków zaczyna się jąkać… Czy naprawdę tak ciężko jest wykreować silną kobietę, która nie pozwala sobą pomiatać?

Fabuła jest do bólu przewidywalna. Sceny seksu przeciętne, niczym niewyróżniające się spośród wielu innych, które pojawiają się w literaturze tego typu. Już po pierwszych stronach byłam przekonana, że jedyną emocją, którą ta pozycja we mnie wzbudzi, będzie irytacja. Gdyby autorka chociaż dodała co nieco od siebie, to może by jeszcze podratowała swoją twórczość. Nie mogę napisać, że ta historia ma potencjał, bo go nie ma. Takie opowieści rzadko kiedy mają potencjał, bo stanowią raczej tylko i wyłącznie rozrywkę, nic więcej. Ani to wyciskacz łez, ani książka dająca do myślenia. Do tej pory nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pisząc „Barwy miłości”, autorka miała pod ręką egzemplarz „50 twarzy Greya” i tylko zmieniała szyk zdania… albo coś na zasadzie: „Ooo Anastasia poznała matkę Greya… okej, Grace pozna ojca Jonathana”.

„Barwy miłości” to książka okropna, przewidywalna, nudna i nieciekawa. Całe szczęście, że bardzo szybko przez nią przebrnęłam, bo nawet nie musiałam zbytnio się skupiać na tym, co czytam. I tak doskonale wiedziałam, w jakim kierunku zmierzamy. Czy chciałam ją odłożyć na półkę? Nie! Chciałam nią rzucić o ścianę albo wyrzucić przez balkon prosto w kałużę, ale mam zbyt wielki szacunek do książek jako książek. Nawet jeżeli ich treść nie nadaje się do niczego. Takie pozycje skutecznie zniechęcają do jakiegokolwiek dalszego zapoznawania się z literaturą erotyczną. Zdecydowanie nie polecam! 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl
 

środa, 23 września 2015

"Bądź fit" - Aleksandra Żelazo

 
 
 
 
 
Data wydania: 22.04.2015
ISBN: 978-83-7642-522-1
Wymiary: 163 x 235
Strony: 288
 Cena: 39,90 zł
 
 
 
 
 
 
 
Zdrowy tryb życia to jedno z moich zainteresowań, a chyba nawet uzależnień. Mam totalnego bzika na tym punkcie i bardzo chętnie zapoznaję się z sesjami treningowymi czy nowymi dietami. Może nie wszystko, co przeczytam stosuję, bowiem zawsze muszę dodać do tego swoje pięć groszy, ale rozwijanie zainteresowań zawsze na plusie! I tak oto w moje łapki trafiła książka Oli Żelazo, „Bądź Fit”.

Przyznam szczerze, że Oli Żelazo do tej pory nie znałam. Nie widziałam żadnych programów z jej udziałem, a okazuje się, że jest jedną z najważniejszych konkurentek Ewy Chodakowskiej. Do mnie Chodakowska nie przemawia jako człowiek, wydaje mi się być zbyt sztuczna i robi wszystko pod publikę, ale wiadomo –kwestia gustu. Jednak to nie o Chodakowskiej dzisiaj mowa, a o Oli Żelazo. Czy jej książka przypadła mi do gustu?

Przyznam szczerze, że biorąc pod uwagę mój naturalny tryb życia, ciężko jest mnie czymkolwiek zaskoczyć. Uważam, że mam sporą wiedzę o zdrowym odżywianiu i byciu fit. Jednak są też osoby, które dopiero pragną  zacząć coś zmieniać, szukają pomocy i motywacji. I tutaj książka Oli Żelazo sprawdzi się na pewno! Jest napisana bardzo przystępnym i łatwym w odbiorze językiem, daje motywacje i zachęca do działania. Autorka nie skupia się tylko na treningu, ale również na zmianie podejścia do życia i sposobu odżywiania. Daje proste wskazówki, przedstawia korzyści płynące z podjęcia konkretnych działań, a także nie pozostaje obojętna na różne typu budowy ciała.

Wiele rzeczy jest przedstawionych od podstaw, znajdziecie tutaj nawet informacje o stroju treningowym. Świetną sprawą jest to, że Ola Żelazo przedstawiła plan zmian zgodnie z porami roku. Czyli otrzymujemy kolejno trening na wiosnę, lato, jesień i zimę. Dobrze wiemy, że nasz organizm jest dostosowany do pór roku i nasze nastawienie czy też stan organizmu zmieniają się razem z nimi. Treningi to nie wszystko, bowiem autorka przedstawia także przykładowe menu – na zimę rozgrzewające, na lato lekkie i orzeźwiające. Z pewnością kilka przepisów wypróbuję!

Książka jest bardzo kolorowa i pozytywna w odbiorze. Zawiera całe mnóstwo zdjęć, które ułatwiają zrozumienie danych ćwiczeń, choć i tak są one bardzo dokładnie opisane. Krok po kroku dowiadujemy się, jak dane ćwiczenie wykonać i na czym powinniśmy się skupić. Należy pamiętać, że dzięki treningom i zmianie diety poprawi się nie tylko nasz wygląd, ale również samopoczucie! Zyskamy więcej energii i chęci do życia. Widać to z resztą po samej autorce, która na każdym zdjęciu jest radosna i uśmiechnięta. Może i to zwyczajny chwyt marketingowy, ale przekonujący!

„Bądź Fit” to naprawdę dobra książka dla wszystkich, którzy szukają motywacji i chcą podjąć jakieś działanie w celu polepszenia swojego samopoczucia i kondycji. Owszem, niektóre ćwiczenia nie są łatwe i obawiam się, że osoba początkująca nie da sobie z nimi rady, ale przecież zawsze trzeba stawiać małe kroczki – próbować nie zaszkodzi, poza tym zawsze można robić wariant łatwiejszy czy wykonywać mniejszą ilość powtórzeń. Jeżeli szukacie książki, która pomoże Wam się zebrać w sobie i zrobić pierwszy krok ku zmianom, to na pewno mogę polecić tę pozycję!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

http://pascal.pl/