Recenzja przedpremierowa: "Co ze mnie zostało" - Kat Zhang

Podobno posiadanie bliźniaka jest naprawdę świetną sprawą. Zawsze masz obok siebie kogoś, komu możesz się wygadać; zawsze stoicie za sobą murem, zawsze się wspieracie… Że już nie wspomnę o wielu innych korzyściach z tego wynikających. Jednak najważniejsze jest to, że ma się swoją bratnią duszę, kogoś, na kogo zawsze można liczyć. I wszystko jest w porządku, dopóki Twoja bratnia dusza nie znajduje się w Twoim ciele, tuż obok Twojej własnej…

Eva i Addie urodziły się w jednym ciele, jednak nie jest to niczym dziwnym. Hybrydyzm jest genetyczny - każdy człowiek rodzi się z dwoma duszami: dominującą i recesywną. W wieku 5 lat dochodzi do ustalenia – dusza recesywna zanika, a dominująca przejmuje całkowitą kontrolę. I wtedy wszystko zaczyna być prawidłowe. O ile dusza recesywna faktycznie odejdzie… jeżeli nie, człowiek zostaje hybrydą. A hybrydy są ścigane i czeka je całkowita eksterminacja ze społeczeństwa. Są uznawane za zagrożenie, które trzeba wytępić. Addie i Eva doskonale o tym wiedzą, a więc ukrywają się jak mogą – tym bardziej, że Addie w sumie całkowicie przejęłam kontrolę nad ich ciałem, a Eva jest jedynie głosem w jej głowie… Ale jednak wciąż JEST.

„Co ze mnie zostało” to pierwszy tom otwierający trylogię „Kroniki Hybryd”. Debiut literacki młodej autorki Kat Zhang. Pomysł, jaki powstał w jej głowie i został przelany na papier, ma w sobie pewną nutkę świeżości, jednak nie udało się pannie Zhang całkowicie odbiec od doskonale nam znanych schematów dystopijnych. Wiem, że nie jest to łatwe zadanie – dystopie stały się popularne jakiś czas temu, spychając inne gatunki na dalszy tor, ale powoli same uchodzą w cień. Dlatego ciężko jest się wybić. Pomysł z hybrydami jest czymś w miarę oryginalnym i nie da się ukryć, że książka pewnymi rzeczami naprawdę sporo zyskuje, ale wiadomo jak to bywa z debiutami – rzadko kiedy są całkowicie idealne.

Zdecydowanie najbardziej znaczącym elementem jest to, że całą historię poznajemy z punktu widzenia Evy – duszy recesywnej. Nie spotkałam się jeszcze z książką, gdzie w sumie narratorem byłaby jedna osoba, a jednak odpowiadająca za dwie. Teoretycznie nie taka ciężka sprawa do napisania, ale myślę, że autorka sama chwilami potrafiła się zamieszać. Nieodłącznym elementem tej powieści jest wewnętrzna walka pomiędzy Addie i Evą – są dla siebie ważne, chcą się wspierać, ale jednak każda z nich ma swoje własne priorytety. Addie jest rozdarta pomiędzy chęcią bycia normalną a próbą pomocy Evie – w końcu są siostrami i Addie dobrze wie, że Evie należy się chociaż chwila szczęścia. Eva natomiast pragnie żyć zbyt bardzo – tak mocno, że nie zniknęła. Rozdarta pomiędzy niewyobrażalnym pragnieniem ponownego poruszania ich kończynami a ochroną Addie i całej rodziny… Ta książka sprawia, że w naszej głowie pojawia się zupełnie nowe spojrzenie na pojęcie wewnętrznego rozdarcia.

Doskonale widoczne jest to, że „Co ze mnie zostało” to pierwszy tom czegoś większego. Pierwsze dziesięć rozdziałów może lekko znudzić czytelnika, a nawet zniechęcić do dalszej lektury, ale osobiście uważam, że warto dać tej książce szansę. Mimo wszystko ma w sobie coś, co wciąga, a i przez większość czasu ciężko nam przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Szkoda, że autorka utrzymała pewien schemat, ale być może w kolejnych tomach poszła bardziej swoją drogą? Wierzę, że niektóre zabiegi wynikały po prostu z inspiracji innymi dystopiami, więc jestem w stanie przymknąć na to oko. Bohaterowie są natomiast całkiem nieźle wykreowani, widać doskonale różnice pomiędzy Addie i Evą, a również jej przyjaciółmi: Hally i Lissą oraz jej braćmi Devonem i Ryanem. 

Akcja powieści przybiera nieco kształt sinusoidy – przez większość czasu toczy się umiarkowanym, spokojnym tempem, a czytelnik ma czas na zaznajomienie się ze światem wykreowanym przez panią Zhang oraz z jego bohaterami. Otrzymujemy nieco informacji historycznych, informacji o samych Hybrydach i ośrodkach, w których się je leczy… a wkrótce przenosimy się do jednego z nich. Czuć napiętą i ciężką atmosferę, która towarzyszy na co dzień pacjentom. Czuć strach i niepewność – kto będzie następny? A zaufajcie mi, że lekarze nie przejmują się młodym wiekiem i cierpieniem pacjentów. Po trupach dążą do celu, okłamują całe społeczeństwo, ale nawet czytelnik nie do końca odkrywa prawdę – a to z pewnością zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy. Ah, ta ludzka ciekawość.

„Co ze mnie zostało” to książka dobra, chociaż nie wyjątkowa. Napisana lekkim i przyjemnym językiem, z oryginalną i nieco przerażającą wizją świata, która potrafi skłonić do refleksji i postawienia się w sytuacji głównych bohaterek. Kat Zhang sprawnie sobie poradziła z przelaniem swojej wizji na papier, chociaż sądzę, że ciężko będzie jej się wzbić na sam szczyt powieści dystopijnych. Książkę czyta się szybko, chwilami potrafi wciągnąć, chociaż po pewnym czasie wiele elementów można po prostu przewidzieć – zwłaszcza, gdy ktoś jest już w dystopiach obeznany. Nie jest zła, ale nie jest też znakomita. Plasuje się gdzieś pomiędzy, ale nie żałuję czasu na nią poświęconego. Z pewnością zyska ona grono swoich fanów, a myślę, że idealnie sprawdzi się w przypadku fanów „Mrocznych umysłów” czy „Starter”. 


Za możliwość poznania owej historii serdecznie dziękuję:


PREMIERA: 26 sierpnia

Etykiety

Pokaż więcej

Reading is dreaming with open eyes...

Reading is dreaming with open eyes...

A book is a dream that you hold in your hands...

A book is a dream that you hold in your hands...

Do what you love!

Do what you love!