sobota, 27 grudnia 2014

"Okna" - Anna Kozak






Data wydania: 15.10.2014
ISBN: 978-83-7758-485-9
Wymiary: 130x205
Strony: 384
Cena: 34,99







„Okna” Anny Kozak to książka, z którą mam… problem? Nie, to nie to. Właściwie nawet nie umiem określić tego, co mi dolega po lekturze owej pozycji. Mam wrażenie, że nie do końca wszystko zrozumiałam, a dlaczego? Nie mam pojęcia. Bynajmniej nie jest to wada tej książki, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to swego rodzaju zaleta – książka tak wgryza się w Twój umysł, że zaczynasz wariować. Cóż się dziwić, skoro czytasz o psychicznie chorych…

Anna Kozak opisała problemy dnia codziennego, z jakimi zmagają się pacjenci szpitala psychiatrycznego, ale nie tylko oni. Tak naprawdę to dla pielęgniarek i lekarzy jest nie lada wyzwaniem, aby poradzić sobie z paranojami pacjentów. Gorzej, kiedy przysłowie „Z kim przystajesz, takim się stajesz” zaczyna faktycznie nabierać sensu i nawet lekarzom udziela się depresja bądź inne zaburzenia, czy to psychosomatyczne czy to dwubiegunowe. Bo to właśnie z dwóch perspektyw poznajemy wydarzenia rozgrywające się w tym jakże oryginalnym miejscu. Z jednej strony jest to historia i perypetie Macieja, który zmaga się z zaburzeniami psychicznymi, a z drugiej lekarza, który nie potrafi się całkowicie odnaleźć w swoim życiu, a problemy pacjentów chyba powoli zaczynają się udzielać i jemu…

„Gdyby moje prześcieradło pokryć kilkucentymetrową warstwą ziemi, z pewnością zapuściłbym korzenie. Posadzono by mnie do doniczki i postawiono na parapecie. Nic dziwnego, że tyle tu roślin. (…)Bycie rośliną nie jest takie złe, godzinami można gapić się przez okno na kondukty żałobne, zazdroszcząc spokoju nieboszczykom.”

Wiecie, ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pociągają mnie nie te rzeczy, co powinny. A psychopaci, szpitale psychiatryczne i wszelkiego typu zaburzenia są jedną z tych rzeczy. Nic z tym nie zrobię – dla mnie jest to fascynujące i kropka! Dlatego powieść Anny Kozak przypadła mi do gustu. Zawsze chciałam sięgnąć po powieść o podobnej tematyce i w końcu mi się udało! Ból, rozpacz, zamykanie się we własnym świecie, lęk i strach – to codzienność w przypadku każdego bohatera tej książki. Złudzenia i marzenia senne przeplatają się z rzeczywistością do tego stopnia, że nawet czytelnik potrafi się zagubić i nie zdać sobie sprawy z tego, co jest jawą, a co nie. 

Nie mogę zaprzeczyć – pozycja ta naprawdę mnie wciągnęła. To jedna z tych książek, które pochłonęłam za jednym zamachem, tym bardziej, że czyta się ją bardzo lekko i szybko, co oczywiście nie sprawia, że stanowi ona historię banalną, powtarzalną czy infantylną. Wręcz przeciwnie – autorka doskonale oddała realia codzienności panującej w szpitalu psychiatrycznym. Naprawdę udało mi się poczuć klimat tego miejsca, zapoznać się z kilkoma przypadkami, a nawet wejść do głowy obu narratorów i zrozumieć ich – być może nie całkowicie, ale w dużym stopniu, co i tak mi wystarczyło. Plusem jest również to, że opisy zaburzeń, z jakimi zmagali się pacjenci, dały naprawdę dobry obraz psychozy – były życiowe, prawdziwe i nieudawane. 

„Kiedy na zebraniu całkiem szczerze i zgodnie z prawdą powiedziałem, że chciałbym wzbić się w powietrze i lecieć przed siebie do utraty tchu, usłyszałem od ordynatora, że znacznie mi się pogorszyło i że to ewidentny stan maniakalny. Tego samego dnia na mojej karcie szpitalnej, wiszącej na metalowej ramie łóżka, w rubryce „rozpoznanie” siostra oddziałowa wykreśliła zaburzenia depresyjne, wpisując natomiast zaburzenia dwubiegunowe; szczerze mówiąc, bardzo mi się to spodobało.”

Osoba spoza szpitala może oglądać to, co się w nim dzieje tylko przez okna. Ale czytelnik może pozwolić sobie na pewien luksus i stać się biernym obserwatorem tego, co dzieje się wewnątrz. Tylko niech się pilnuje, aby sam nie zwariował! „Okna” to intrygująca i niezwykła powieść, z dużą dozą oryginalności i niepewności – co jest prawdą, a co nie? Tego nie sposób się dowiedzieć, a zakończenie zbija z pantałyku. To nie jest historia, która tylko i wyłącznie opisuje zaburzenia psychiczne – Ci ludzie tak naprawdę poszukują samych siebie, nie tylko swojej drogi, ale również tożsamości. A dodatkowo miłości, akceptacji, bezpieczeństwa… Ciekawa i niepowtarzalna, polecam!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/produkty/1832-okna-9788377584859.html?shetishetani

czwartek, 25 grudnia 2014

"Ripper. Gra o życie" - Isabel Allende





Data wydania: 08.10.2014
Tytuł oryginału: Ripper
Tłumacz: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
ISBN: 978-83-7758-585-6
Wymiary: 130x205
Strony: 496
Cena:
39,99




 
 

„Ripper. Gra o życie” to kolejna książka na koncie Isabel Allende, utrzymana w klimacie kryminalnym. Piątka nastolatków i jeden dorosły mężczyzna stanowią team, który gra w fabularną grę Ripper. Jej głównym celem jest odnalezienie seryjnego mordercy, znanego jako Kuba Rozpruwacz. Jednak w San Francisco, miejscu zamieszkania jednej z graczy, a właściwie dwóch, bo jedyny dorosły gracz to jej dziadek, dochodzi do serii morderstw. To stopniowo przeradza niewinną grę w prawdziwe śledztwo, a dzieciaki potrafią prześcignąć nawet policję w znalezieniu motywu. Jednak, gdy znika matka mistrzyni gry, sprawy przybierają zupełnie inny obrót – rozpoczyna się wyścig z czasem, gdzie ceną jest ludzkie życie.

Lubię kryminały. Podobnie jak thrillery, a ta książka stoi na pograniczu tych dwóch gatunków. Niestety, nie jest ona pozycją idealną, ma kilka mankamentów, które sprawiają, że cały urok powieści kryminalistycznych gdzieś zanika. Z pewnością sporą zaletą jest główna bohaterka. Amanda jest mistrzynią gry, dziewczyną o niezwykle analitycznym i przebiegłym umyśle. Wykorzystuje swoją wiedzą, spryt i inteligencję w odpowiedni sposób, ale nie raz można zobaczyć jej drugie oblicze – dziewczyny, która jeszcze nie potrafi sobie poradzić ze wszystkim, dziewczyny zagubionej, która obawia się o swoich najbliższych, a zwłaszcza o porwaną matkę. Nie da się jednak ukryć, że ma ona w sobie pasję i wykazuje ogromne zaangażowanie w sprawę.

Sama kreacja zbrodni nie jest najgorsza. Podobało mi się to, że autorka nie bała się w mocny i drastyczny sposób opisywać miejsca zbrodni oraz wygląd każdej ofiary. Podobało mi się to, że potrafiła zamieszać czytelnikowi w głowie, chociaż niecałkowicie. W pewnych chwilach rozwiązanie sprawy wydawało się być oczywiste, ale na szczęście pani Allende na tym nie poprzestała i postanowiła jeszcze nieco pokomplikować sytuację. Chwała jej za to, podobnie jak za kilka wtrąceń w rozdziałach pisanych z punktu widzenia sprawcy każdej zbrodni. Moim zdaniem zawsze jest to dobry zabieg, bo oprawcy bywają niezwykle intrygującymi postaciami.

Nie jestem do końca pewne, czy to życie bohaterów było tłem dla motywu kryminalnego, czy na odwrót. Faktycznie, było to razem ładnie i logicznie zgrane, ale zabrakło mi takiego mocniejszego klimatu dla tego typu powieści. Zabrakło mi chwil napięcia, gdy serce podchodzi do gardła, puls przyspiesza, a my już nie możemy doczekać się wyjaśnienia całej sytuacji. Zabrakło mi emocji i dobrej atmosfery, dlatego też  nie byłam w stanie poczuć tej historii na własnej skórze. Nie mogłam zidentyfikować się z żadnym bohaterem, a co więcej – chwilami nawet się gubiłam w ich ilości. Co chwila łapałam się na tym, że nie wiem, kto jest kim i jaki ma związek z całą sprawą. Może trzeba było postawić bardziej na jakość, a nie na ilość? 

Język autorki nie jest zły, bo książkę czyta się przyjemnie, ale nie wciągnęła mnie ona tak, jakbym oczekiwała. Niektóre strony czytałam z lekkim znużeniem i marzyłam o tym, aby już dobrnąć do końca. Autorce nie do końca udało się podsycić moją ciekawość i po jakimś czasie przestałam się nawet zastanawiać nad tym, kto jest mordercą. Jednak sam pomysł nie był zły – połączenie gry fabularnej z prawdziwymi zabójstwami, gdzie znalezienia sprawcy podejmują się nastolatki jest czymś, z czym do tej pory się nie spotkałam. Dobrze pomyślane było to, że każdy z graczy znał się na jakiejś dziedzinie, a każda z nich była na swój sposób przydatna podczas śledztwa.

„Ripper. Gra o życie” to książka, która ma swoje plusy i minusy. Nie jest pozycją idealną, ale nie jest też książką, którą ma ochotę się wyrzucić przez okno. Wypada raczej przeciętnie na tle wielu powieści kryminalnych, które mnie oczarowały i które mam w głowie do tej pory. To lektura dla tych, którzy szukają mieszanki, gdzie zbrodnia miesza się z życiem osobistym bohaterów; dla osób, które nie stawiają sobie wysokich oczekiwań co do konstrukcji zbrodni i budowania napięcia; dla tych, którzy chcą przeczytać kryminał, ale niekoniecznie chcą przy nim angażować wszystkie komórki mózgowe.  

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/kryminal/1827-ripper-gra-o-zycie-9788377585856.html?shetishetani

wtorek, 23 grudnia 2014

"Czerwone jak krew" - Salla Simukka

 
 
 
 
Data wydania: 02.04.2014
Tytuł oryginału: Punainen kuin veri
Tłumacz: Sebastian Musielak
ISBN: 978-83-280-0903-5
Wymiary: 135x200
Strony: 256
Cena: 34,90
Seria: Lumikki Andersson





„Och, gdybym tak miała dziecko o skórze białej jak śnieg, wargach czerwonych jak krew, włosach czarnych jak hebanowe drzewo!”

Bajki o Królewnie Śnieżce chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Na pewno zna ją każdy, bowiem to jedna z tych historii, bez których dzieciństwo nie jest kompletne. To skoro już znacie bajkę o Śnieżce… to teraz czas na poznanie bajki o dziewczynce imieniem Lumikki. O dziewczynce, która została wplątana w coś, z czym w ogóle nie chciała mieć do czynienia. 

Któregoś pięknego, zimowego dnia, Lumikki wchodzi do szkolnej ciemni i znajduje tam coś dziwnego – całe mnóstwo pieniędzy, a na większości banknotów widoczne są ślady krwi. Kto je tam umieścił? Do kogo należą? Skąd się tam wzięły? Dlaczego znajduje się na nich krew? Wkrótce na jaw wychodzi, że trójka uczniów z jej szkoły maczała w tym palce: córka policjanta i jej dwóch kolegów. Ta trójka szybko zauważa, że Lumikki coś podejrzewa, a tym samym zostaje wplątana w aferę na większą skalę, niż mogłaby podejrzewać. Przyjdzie jej się zmierzyć z rosyjskimi gangsterami, policją i tajemniczym Białym Niedźwiedziem. Lumikki będzie musiała uaktywnić swój talent aktorski, ale ta gra pozorów może się skończyć tragicznie nie tylko dla niej, ale również dla jej nowych przyjaciół.

Salla Simukka to fińska autorka, która pisze powieści dla młodzieży. Sławę przyniosła jej właśnie trylogia o Lumikki Andersson, którą dzięki uprzejmości wydawnictwa YA! możemy przeczytać i w naszym kraju. „Czerwone jak krew” to jednak coś więcej niż zwykła powieść młodzieżowa. Pojawia się tutaj rzeczywisty wątek kryminalny, który wiedzie prym. Cała reszta stanowi jedynie tło – życie Lumikki, perypetie trójki uczniów czy drugie życie prowadzone przez ojca Elisy, chociaż ten ostatni element jest w dużym stopniu powiązany ze sprawą pokrwawionych banknotów. Okazuje się, że da się napisać dobry kryminał dla młodzieży, w którym pojawia się wiele niedopowiedzeń (w pozytywnym sensie!), zaskakujących zwrotów akcji i chwil, w których serce podchodzi do gardła.

Książka okazała się być idealna na zimę! Mimo że za oknem raczej deszcz, a nie śnieg, to dzięki twórczości pani Simukki mogłam chociaż przez chwilę poczuć zimowy klimat. Co z tego, że towarzyszyli jej gangsterzy, tajemnice i rozlew krwi – to tylko podkręciło atmosferę! Tak to jakoś wyszło, że autorka wszystko ze sobą idealnie połączyła. Każdy element tej powieści współgra z innymi. Co ciekawe – wydawałoby się, że w książce dla młodzieży nie powinno się pokazywać brutalności świata gangsterskiego czy też takiej ilości krwi, a jednak… Salla Simukka zagwarantowała swoim czytelnikom sporą dawkę jednego i drugiego. Sprawa, w którą została zawikłana Lumikki to nie przelewki, to dzieje się naprawdę i nie ma co tego pięknie koloryzować. Wątek kryminalny został przedstawiony rzetelnie i bez owijania w bawełnę.

Główna bohaterka wciąż stanowi dla mnie zagadkę. O ile łatwo jest rozgryźć Elisę, jej ojca czy też Kaspera oraz Tuukka – którzy jednak schodzą na nieco dalszy plan – tak Lumikki jest dla mnie pełna sekretów i coś czuję, że jej przeszłość wywarła na nią ogromny wpływ. Te delikatne, subtelnie wtrącone rozmyślania pozwoliły mi sądzić, że w jej życiu sporo się wydarzyło, ale to jeszcze nie jest odpowiednia pora, aby czytelnik się o tym dowiedział. Jednak jest w tej dziewczynie coś, co sprawia, że zyskuje ona naszą sympatię. Jest postacią złożoną, której poznawanie przychodzi stopniowo. 

„Czerwone jak krew” to książka, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Nie sądziłam, że spotkam się kiedyś z kryminałem młodzieżowym, który będzie naprawdę dobrze wykonany. Akcja toczy się dobrym tempem i być może książka jest za krótka, a niektóre wątki można by rozbudować, aby dopełnić całości, ale jest naprawdę nieźle. Odpowiednie budowanie napięcia, wciągający bieg wydarzeń, dopasowana atmosfera i intrygująca bohaterka – takie bajki to ja lubię! A czy autorce udało się wzbudzić moją ciekawość i zachęcić do sięgnięcia po kolejny tom? Tak! A czy jestem skłonna polecić „Czerwone jak krew”? Również tak, niech młodzież sobie wyrabia odpowiedni gust czytelniczy :).

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

 

niedziela, 21 grudnia 2014

"Tetrameron" - Jose Carlos Somoza

 
 
 
Data wydania: 17.09.2014
Tytuł oryginału: Tetrameron
Tłumacz: Agnieszka Rurarz
ISBN: 978-83-7758-599-3
Wymiary: 130x205
Strony: 256
Cena: 29,99
 
 
 
 
 
 
 
 
Soledad na szkolnej wycieczce odłącza się od grupy i nikt tego nie zauważa. Dziewczynka doskonale jednak zdaje sobie sprawę z tego, że musi odnaleźć koleżanki i wraz z całą resztą wrócić do szkoły. Chcąc tego dokonać trafia na tajemnicze drzwi, i mimo że czuje lekki lęk i niepokój, naciska klamkę. Tam, jej oczom ukazują się cztery oryginalne osoby zasiadające przy stole – niby nic niezwykłego, a jednak. Zaproszona do środka Soledad wkracza do świata niezwykłych historii, które wyprowadzą ją ze świata dziecięcego, pobudzą do wyrażania swoich opinii, obudzą jej odwagę i stawią w obliczu progu dorosłości. Soledad rozpoczyna swoją historię w kręgu Tetramerona…

Książka już za mną, a ja dalej nie do końca rozumiem, czym jest Tetrameron… Do tej pory nie jestem pewna, czy zrozumiałam wszystko tak, jak powinnam. A może właśnie o to chodziło? Może każdy, kto tylko pokusił się o sięgnięcie po książkę pana Somozy, miał ją zrozumieć w swój indywidualny sposób? Znaleźć to, czego potrzebował. Zinterpretować  to tak, jak podpowiada serce, a nie rozum. Zobaczyć to, czego mu brakowało. Być może…

„Tam, gdzie nic nie ma,
gdzie jeszcze nie stanęłam,
w dniu, który nie nadszedł
w życiu, które polega na tym,
by się nauczyć umierać,
by umieć zacząć żyć,
by umieć żyć i umierać,
nie wiedząc o niczym nic…”

Naprawdę mam nie lada trudność z oceną tej książki i napisaniem choćby kilku sensownych zdań na jej temat. Nie pochłonęłam jej od razu, mimo że objętościowo nie jest ona duża. Nie była to pozycja, do której jak się przyssałam, tak ciężko było mnie oderwać. Właściwie to nie miałam problemu z tym, żeby odłożyć ją na półkę i zabrać się w tym samym czasie za coś innego. I nie jest to kwestia tego, że jest ona źle napisana… po prostu to chyba nie mój typ i nie przemówiła do mnie. Nie ukrywam – jej zapowiedź naprawdę mnie zainteresowała, ale teraz, gdy już jestem po lekturze całości, śmiem twierdzić, że pora naszego spotkania nie była odpowiednia. 

Nie mogę odmówić autorowi kunsztu pisarskiego i zdolności do tworzenia niesamowitych, choć chwilami nieco dziwnych historii. Wiem, że ma on na swoim koncie już wiele pozycji, ale „Tetrameron” był moim pierwszym spotkaniem z jego twórczością. Być może nie do końca udanym, ale nie mogę napisać, że ta książka jest zła, okropna i żałosna, bo nie jest. Autor uważa, że ta książka odzwierciedla wszystkie jego obsesje… może coś w tym jest, bo jako psychiatra na pewno ma on do czynienia z różnymi dziwnymi przypadkami, a niektóre z przedstawianych przez niego sytuacji są iście psychodeliczne, a nawet lekko absurdalne.

„Jest tylko jedna przeszkoda, ale istotna: my sami.”

Ta książka to swego rodzaju metafora. Symbol. Nie każdy będzie w stanie docenić to, co autor nam zafundował. Nawet ja nie jestem do końca pewna, co czuję wobec tej pozycji. Nie trafiła do mnie, ale może to nie ten czas i nie to miejsce? Nie wiem. Jednak historie, które snuły się gdzieś tam głęboko w wyobraźni pana Somozy, a które przelał na karty „Tetrameronu” dają do myślenia i zawierają w sobie ukryty sens. To taka książka z morałem, a nawet kilkoma. A ja naprawdę mam problem i czuję się… no właśnie, ja nawet nie wiem jak się przez nią czuję! Ależ mam mętlik w głowie…

Myślę, że cała wypowiedź wyszła mi nieco chaotycznie. Nie tak miało być, ale widocznie inaczej się nie dało. Czy polecam „Tetrameron”? Z jednej strony tak, bo wiem, że znajdą się osoby, które będą się delektować tą pozycją strona po stronie, a na koniec będą całkowicie oczarowane. Z drugiej jednak strony mogę snuć przypuszczenia, że nie każdy się tutaj odnajdzie – podobnie jak ja. Tak więc decyzję o sięgnięciu po tę lekturę pozostawiam Wam! 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/powiesc-obyczajowa/1814-tetrameron-9788377585993.html?shetishetani