niedziela, 30 marca 2014

"Złodziejka książek" - Markus Zusak

http://nk.com.pl/zlodziejka-ksiazek/1957/ksiazka.html

Są takie książki, które po prostu trzeba przeczytać, bo mimo że nie zaliczają się do klasyki literatury, to mają w sobie coś, co sprawia, że nie da się przejść obok niej obojętnie. „Złodziejka książek” Markusa Zusaka została wydana w 2006 roku, czyli nie jest to powieść sprzed wielu lat, którą doceniono dopiero po jakimś czasie (chociaż przyznaję, że byłam przekonana, że nie jest to książka tak młoda). Tak wiele dobrego się o niej nasłuchałam… nie sposób było mi to zlekceważyć i nie wziąć się za tę lekturę…

Liesel Meminger jest jeszcze dzieckiem, ale powoli zaczyna wchodzić w wiek nastoletni, co dla każdego dziecka jest przełomem. Wraz z przybranymi rodzicami mieszka w małym domku w Molching. W Niemczech władzę posiada teraz Adolf Hitler, rozpoczyna się druga wojna światowa. Kult führera rozpowszechnia się z dnia na dzień, wszędzie obecne są swastyki, rygor, zakaz pomagania Żydom i surowe zasady. Ludziom nie wiedzie się zbyt dobrze, wojna osłabia każde Państwo – nawet to, które ją rozpoczęło. Jednak mała Liesel potrafi nadal czerpać radość z życia… a bierze się ona z kradzieży książek.

„Niemcy uwielbiali palić rzeczy. Sklepy, synagogi, Reichstagi, domy, dokumenty, zwłoki, no i oczywiście książki. Uwielbiali patrzeć na płonące stosy książek, co z kolei dawało niektórym okazję, żeby podkraść jakieś zakazane druki. Jedną z osób o takich właśnie skłonnościach była, jak wszyscy wiemy, chuda dziewczyna nazwiskiem Liesel Meminger.”

https://www.goodreads.com/book/photo/18132708-the-book-thiefTak na dobrą sprawę, takie książki to nie do końca moja bajka. Jednak nie mogłam przecież odpuścić historii, która była tak zachwalana. Nie mogłam nie przeczytać książki o dziewczynce, która kocha czytanie tak jak ja. Jakie szczęście, że podjęłam taką, a nie inną decyzję. „Złodziejka książek” to bowiem znakomita lektura, która całkowicie mnie pochłonęła. Pierwsze strony były dla mnie nieco dziwne i miałam pewne obawy, co do dalszej lektury. Jednak dopiero z czasem uświadomiłam sobie, kto jest narratorem powieści, a to mnie zdecydowanie urzekło. Mowa o samej Śmierci, z czym nie spotkałam się w żadnej innej powieści. Szczerze? Bardzo mi się to spodobało. Tak bardzo polubiłam ten rodzaj narracji i samą postać Śmierci, że aż żałuję, że powieść trafiła już na półkę „przeczytane”.

Osadzenie akcji powieści podczas drugiej wojny światowej również wyszło bardzo dobrze. Mimo że miasto, w którym akcja się rozgrywa jest fikcyjne, to cała reszta jest bardzo realistyczna. Hitlerjugend, wszechobecne „Heil Hitler!”, żołnierze, naloty, schrony, ciężkie życie, brak środków do życia – każda z tych rzeczy została przez autora opisana w tej książce, co sprawia, że nabiera ona wyrazistości. Hitlerowskie Niemcy przedstawione są naprawdę dobrze. Całkowicie przenosimy się do tego okresu w dziejach historii i przeżywamy wszystko wraz z małą Liesel. Gdy ją poznajemy ma zaledwie 10 lat, ale jest nad wyraz dojrzałą dziewczynką. To, co ją spotkało w tym krótkim życiu było traumatyczne i na pewno zakorzeniło się gdzieś w jej podświadomości, ale mimo wszystko widać w niej chęć do życia, radość i energię. Odniosłam wrażenie, że kradzież książek to w pewnym stopniu osobisty bunt bohaterki – życie odebrało jej tak wiele, to teraz sama będzie coś zabierać. Coś na zasadzie: „Oni chcą to spalić, ja na to nie pozwolę. Będę sobą, a oni mnie do niczego nie zmuszą.”

Każdy bohater został bardzo dobrze wykreowany, a co więcej – autor zapewnił nam gammę różnobarwnych postaci, którzy są normalnymi ludźmi z krwi i kości, a każdy z nich boryka się z własnymi problemami. Nastawiłam się jednak głównie na relację małej Liesel z Maxem, Żydem, którego jej papa ukrywał w mieszkaniu. Jak dla mnie ten motyw jest zbyt słabo rozbudowany, a może to po prostu kwestia tego, że coś sprawiło iż w mojej głowie powstała wizja książki skupiającej się przede wszystkim na przyjaźni uchodźca i złodziejki książek. Dało się zauważyć przyjaźń, oddanie i zaufanie budzące się między nimi, ale ja czuję niedosyt – chciałabym więcej i więcej, bowiem taka zakazana przyjaźń oparta na tym, co ich łączyło, jest cudownym wątkiem.

https://www.goodreads.com/book/photo/2166416.La_ladrona_de_librosZnakomicie prowadzona przez Śmierć narracja to jedno, ale również język autora sprawia, że książka zyskuje głębię. Jest dojrzały i niebanalny, ale przy tym wszystkim lekki i przyjemny w odbiorze. Cieszę się, że autor dopracował szczegóły i w bardzo umiejętny sposób przedstawił swoją historię, która poza ogromnym potencjałem charakteryzuje się również bardzo dobrym wykonaniem. Zdecydowanie nie jest to ten typ literatury, gdzie mamy do czynienia z pędzącą akcją. Wszystko toczy się umiarkowanym rytmem, który pozwala nam powoli delektować się historią i przeżywać z główną bohaterką każdą przygodę wraz z ekscytacją, która im towarzyszy.

Po raz kolejny czuję, że nie napisałam wszystkiego, co bym chciała na temat danej książki. „Złodziejka książek” pochłonęła mnie. Mimo sporej objętości przeczytałam ją w mgnieniu oka i z pewnością kiedyś do niej powrócę. Niby książka o zwykłym życiu, a jednak ma w sobie coś niezwykłego, co całkowicie porywa czytelnika. Świetne wykonanie, a największe uznanie za narratora, którym jest Śmierć. Piękna historia, z którą każdy powinien się zapoznać – niezależnie od wieku. Autor pokazuje, że życie niemieckich obywateli nie było usłane różami, a niektórzy nie zgadzali się z kultem Hitlera. W tym wszystkim pojawia się postać małej dziewczynki, która żyjąc swoim własnym życiem i czerpiąc z niego tak wiele jak tylko się dało, potrafiła swoją radością i chęcią życia zarazić innych. Dawała im nadzieję i z pewnością mała Liesel Meminger na długo pozostanie w mojej pamięci.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

nk.com.pl


Teraz pozostaje tylko obejrzeć film :)


środa, 26 marca 2014

"Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych" - Manel Loureiro

http://muza.com.pl/thriller/1529-apokalipsa-z-gniew-sprawiedliwych-t3-9788377585825.html

„Gniew sprawiedliwych” to trzeci i zarazem ostatni tom Apokalipsy Z autorstwa Manela Loureiro. Rzadko sięgam po książki o zombie, bo w sumie bardziej gustuję w nieco innych gatunkach, jednakże książki pana Loureiro chyba to zmienią… Pierwszy tom był średni, drugi lepszy, a trzeci okazał się być świetnym zwieńczeniem całej serii. 

Trójka ocalałych z zagłady zombie miała znowu kupę szczęścia. Gdy dryfowali po oceanie rozpętał się huragan i wszystko wskazywało na to, że tak właśnie skończy się ich żywot. Wirus ich nie zaatakuje, ale zatoną w morskiej otchłani. Jednakże los się do nich uśmiechnął i zostali uratowani przez członków jednej z ocalałych społeczności, które zdołały jeszcze przetrwać apokalipsę. Nie wypadało im wybrzydzać, toteż wraz ze swoimi wybawicielami dotarli do Zatoki Meksykańskiej. Tam ulokowane państwo-miasto zdaje się znakomicie funkcjonować, wszystko tętni życiem i rozkwita. Niestety to tylko pozory, bowiem już po kilku dniach pobytu nowi przybysze zaczynają zdawać sobie sprawę, że pod tą kurtyną obiecujących pozorów skryta jest mroczna tajemnica…

https://www.goodreads.com/book/photo/19355347-the-wrath-of-the-justPrzyznam szczerze, że ten tom trylogii podobał mi się najbardziej. Jest pełen akcji i napięcia, a także niepewności, co do dalszego losu bohaterów. Pewne wydarzenia wydają się po prostu abstrakcją, aż mi się wierzyć nie chciało, że autor doprowadził do czegoś takiego. Jednak potrafił on tak umiejętnie rozwinąć fabułę, że z czasem doceniłam każdy jego pomysł. Pojawia się tutaj bez mała nawiązanie do obozów zagłady, które powstawały podczas drugiej wojny światowej. Wywóz zakażonych zapakowanych do jednego pociągu był idealnym odzwierciedleniem tego motywu, ale to nie koniec. Autor nie oszczędza czytelnika i dokładnie opisuje ból i rozpacz towarzyszące ludziom, którzy wiedzą, że jadą na pewną śmierć. Wstrząsająca, ale jakże realna wizja apokalipsy.

Motyw społeczeństwa, które przetrwało i postanowiło żyć dalej jest bardzo częstym wątkiem w książkach o apokalipsie. Tutaj nawiązuje on do selekcji ludzi zdrowych i zakażonych, do przekonań religijnych i jak to zazwyczaj bywa – rządzy władzy. Niestety, jedna osoba pełni funkcję dyktatora, któremu podlegają inni. Dowódca ma się za człowieka uduchowionego, który służy Bogu, a jednak każdy czytelnik zauważy absurdalność jego słów. Zatoka Meksykańska, w której przyszło się znaleźć głównemu bohaterowi, Lucii i Pritczence jest po prostu przesiąknięta fałszem, kłamstwem i niespełnionymi obietnicami, które w końcu doprowadzają do buntu i rewolucji. 

Pojawia się sporo nowych bohaterów, co oczywiście jest związane z nowym miejscem akcji. Sama wizja kolejnego getta ze zorganizowaną społecznością jest przedstawiona znakomicie. Nie brak tutaj dokładnych i szczegółowych opisów, które rozbudzają naszą wyobraźnię. Cała historia zaczyna toczyć się w naszej głowie, a my raz jesteśmy biernym obserwatorem, w którym gotują się emocje, a po chwili stajemy się głównym bohaterem i szukamy wszelkich możliwych rozwiązań wyjścia z danej sytuacji. Wszystko zależy od narracji, bowiem jest ona przemieszana. Dzięki temu mamy możliwość śledzenia akcji również tam, gdzie akurat nasz prawnik się nie pojawia.

https://www.goodreads.com/book/photo/19341811-apocalisse-zFabuła potrafi czytelnika wciągnąć na długi czas, jednak język autora sprawia, że powieść tę czyta się lekkoi szybko. Pojawiają się tutaj sceny drastyczne, wstrząsające, pełne emocji czy nadziei, ale również mamy tutaj do czynienia z czarnym humorem i sarkazmem. Charakteru książce nadają wyraźni bohaterowie, gdzie każdy z nich wyróżnia się pewnymi cechami. Wulgaryzmy i cięty język niektórych postaci idealnie tutaj pasują, gdyż wzmacniają całą powieść i jej klimat. Są one jednak utrzymane w odpowiednich granicach i nie wywołują w czytelniku zniesmaczenia. Książka jest dopracowana i przyznam szczerze, że momentami targało mną wiele emocji – zwłaszcza, gdy pojawiał się mój ukochany Lukullus. Fakt iż jestem kociarą pozwolił mi znakomicie zrozumieć relację głównego bohatera z tym kotem. 

Cieszę się, że autor pnie się w górę i nie stoi w miejscu. Na podstawie tego cyklu można zauważyć jego rozwój jako pisarza. „Gniew sprawiedliwych” to świetna książka, w której pojawia się wiele płynnie połączonych ze sobą wątków. Szczegółowe opisy przenoszą nas do świata po apokalipsie, gdzie jedno ugryzienie zombie zmienia Twoje życie na dobre. Książka posiada wiele zalet takich jak logiczny rozwój fabuły, dobre tempo akcji, bohaterowie z krwi i kości, a pomysły autora potrafią zadziwić i zachęcić do dalszego czytania. Potencjał został doskonale wykorzystany. Takie książki o zombie to ja mogę czytać! Wystawiam 8/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/thriller/1529-apokalipsa-z-gniew-sprawiedliwych-t3-9788377585825.html?shetishetani

niedziela, 23 marca 2014

"Rozmowy z aniołami" - Judith Marshall

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/rozmowy-z-aniolami/

Anioły jednoznacznie kojarzą się z cudownymi niebiańskimi istotami, które są tak daleko od nas, że nie możemy ich dotknąć, zobaczyć ani poczuć. Jednak zapewne każdy z Was chociaż raz w życiu słyszał o jakimś przypadku, który dotyczył spotkania z aniołem. Zazwyczaj opisywane są jako wizje w stanach śmierci klinicznej czy po prostu sytuacje, w których nasze życie było zagrożone, a cudowna biała istota światła nas ocaliła. I tutaj pojawia się pytanie – czy aby jednak na pewno anioły są aż tak odlegle?

Judith Marshall w swojej książce prezentuje całe mnóstwo informacji o aniołach, poczynając od ich hierarchii i postrzegania tych istot przez różne religie, aż po sposoby kontaktowania się z nimi. Bardzo spodobał mi się to, że autorka nie ograniczała się tylko do chrześcijaństwa, z którym anioły najczęściej są kojarzone. Co więcej! Już na wstępie wyjaśnia, że anioły i Bóg są czystą energią, a to, czy ktoś je nazywa boskimi istotami, czy też wyższym bytem, to jego indywidualna sprawa. Przedstawione zostały sposoby działania aniołów, a także metody, dzięki którym możemy się z nimi skontaktować – jak się okazuje, nie jest to wcale takie trudne, jak mogłoby się wydawać.

Miłym zaskoczeniem były kolejne rozdziały, w których poruszony został temat innych istot, które mogą nam towarzyszyć w życiu. Autorka w znakomity sposób oddziela pojęcia „anioł”, „anioł stróż” i „przewodnik duchowy”. Tym również zaplusowała w moich oczach, bowiem czytając tytuł tej książki, ma się wrażenie, że anioły i przewodnicy to te same stworzenia. Można tu także znaleźć kilka słów na temat zjaw, wróżek, driad, elfów i paru innych tym podobnych istot. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w jakiejś książce się z tym spotkała, było to bardzo miłe zaskoczenie i chociaż nierozbudowane zbyt bardzo, to miło mi się czytało.

Judith Marshall posługuje się lekkim i przyjemnym językiem. Dzięki temu książkę czyta się szybko, ale nie przeszkadza nam to w przyswojeniu wiedzy w niej zawartej. Nie jest ona w żaden sposób skomplikowana. Na końcu książki znaleźć można jeszcze spis konkretnych rzeczy, w których pomagają nam poszczególni mistrzowie i aniołowie. A jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej, to autorka nie zapomniała podzielić się ze swoimi czytelnikami polecaną literaturą i źródłami internetowymi. Widać, że pani Marshall zna się na tym temacie, jest jej on bliski i nie ma problemu z podzieleniem się swoją wiedzą z innymi. Co więcej – udaje jej się tego dokonać w bardzo przystępny i lekki sposób.

Mimo że podchodziłam do tej książki sceptycznie, a nawet nieco niechętnie, to jestem mile zaskoczona. Nie jest to do końca moja tematyka, chociaż znalazłam kilka rzeczy, które mnie zainteresowały. Osoby, które interesują się aniołami, powinny być naprawdę zadowolone z tej pozycji, bowiem zawiera ona konkretne informacje wspomagane przykładami z życia autorki. Jeżeli czujecie, że potrzebujecie pomocy „z góry”, to jest to książka idealna dla Was. Pomoże Wam zrozumieć boskie istoty, ich sposób działania, a także dowiecie się, do której z nich należy się kierować z danym problemem.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

illuminatio.pl
 

środa, 19 marca 2014

"Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" - Kady Cross

http://fabrykaslow.com.pl/zapowiedzi/dziewczyna-w-mechanicznym-kolnierzu

Kady Cross zadebiutowała na rynku wydawniczym książką „Dziewczyna w stalowym gorsecie”. Była to powieść rozpoczynająca serię, której tytuł brzmi Kroniki Steampunku. Trzeba przyznać, że tego typu literatura nie jest jeszcze tak bardzo rozpowszechniona w naszym kraju, dlatego stanowi miłą odmianę od całej dostępnej reszty. Osobiście ze steampunkiem mam mało wspólnego i znawcą nie jestem, ale wizja pani Cross jest taka całkiem całkiem…

Minęło kilka miesięcy od wydarzeń, które miały miejsce w pierwszej części. Tym razem Finley Jayne trafia do Nowego Jorku. Oczywiście nie sama – towarzyszy jej książę Griffin, Emily i Sam. Nie myślcie sobie również, że była to taka zwykła zachcianka, żeby wybrać się na wycieczkę za ocean. W Nowym Jorku mają do wykonania pewne zadanie, muszą wyswobodzić swojego przyjaciela z rąk nikczemnego złoczyńcy znanego jako Reno Dalton. Jednak życie tutaj różni się nieco od życia w Anglii. Nikt tutaj nie liczy się z tytułem Griffina, a cały Manhattan znajduje się pod panowaniem różnych gangów. A ich członkowie są gotowi na wszystko… I jak się okazuje, Finley będzie musiała zostać członkinią jednego z nich, aby ocalić przyjaciela.

Muszę przyznać, że odkąd zobaczyłam zapowiedź tej książki to stale zastanawiałam się, czemu na okładce pojawiła się inna dziewczyna niż Finley. I czemu akurat mechaniczny kołnierz? Szczerze obawiałam się, że losy panny Jayne zejdą na dalszy plan i pojawi się nowa bohaterka. Jeśli chodzi o nową istotę płci żeńskiej – faktycznie, pojawia się, ale to nadal Finley znajduje się na przedzie. Właściwie to polubiłam tę dziewczynę, a zwłaszcza jej mroczną stronę. Gdy Finley pokazuje pazurki, potrafi o siebie zadbać, a co więcej – każdemu napyskować i skopać tyłek, to wtedy uśmiech automatycznie wskakuje mi na twarz. Mocne bohaterki to znakomita sprawa. A co się tyczy dwóch nowych postaci, które autorka wprowadziła… Reno Dalton to taki pewny siebie, bezczelny typek, który pełni rolę czarnego charakteru. No i nowa panna – Mei. Właściwie to… od samego początku coś mi w niej nie pasowało. Przyjaciółkami to byśmy chyba nie zostały…

Sama fabuła została poprowadzona sposób neutralny, ale jednak coś zachęciło mnie do dalszej lektury. Odniosłam nawet wrażenie, że autorka nieco się rozwinęła i zaczęła zwracać większą uwagę na szczegóły i tym razem stworzyła dokładniejsze opisy. Chwilami za pomocą wyobraźni przenosiłam się na ulice Nowego Jorku, co bardzo mi się spodobało. Niestety sama intryga i tajemnica, wokół których kręci się cała akcja okazały się być przewidywalne, przynajmniej w moim przypadku. Tego żałuję chyba najbardziej, bo jednak, gdy okazuje się, że od samego początku wiedzieliśmy, jak wszystko się skończy, to czytanie punktu kulminacyjnego nie daje aż tak dużej radości. Osobiście dodałabym tutaj również nieco więcej napięcia, emocji i dramaturgii. Brak tych elementów sprawia, że historia nieco traci w naszych oczach i wydaje się być troszeczkę jałowa.

Pojawiają się tutaj pewne fakty historyczne, chociażby to, że mniej więcej w tamtym okresie czasu gangi w Nowym Jorku były czymś na porządku dziennym. Istniała również okolica Five Points. Jeżeli kogoś ten temat wyjątkowo zainteresował, to autorka odsyła nas do twórczości Herberta Asbury’ego -  „The Gangs  of New York”. Być może kojarzycie również film o tym samym tytule, który powstał na podstawie tej książki. Dodatkowo pojawia się tutaj słynny naukowiec – Nikola Tesla. Jeśli chodzi o motyw steampunku, to jest on obecny i to w dosyć dużej mierze, ale nie jest to dla mnie nic nadzwyczajnego. Chociaż mechaniczna pantera Emily mnie urzekła! W książkach pani Cross jest spory potencjał, ale autorka nie potrafi go wykorzystać całkowicie.
 
Oczywiście, jak to zawsze bywa, pojawia się wątek miłosny – rzecz nie do uniknięcia w większości książek. O tyle dobrze, że nie jest on rzeczą dominującą, raczej uzupełniającą, chociaż subtelne elementy romansu można wyczuć w wielu momentach, bo nie dotyczą one tylko Finley i jak łatwo można przewidzieć, księcia Griffina. Niestety, może Was zdziwię, ale osobiście im wcale nie kibicuję! A dlaczego? Bo owy książę wydaje mi się być mdły i nijaki. Tutaj zdecydowanie skłaniam się ku mrocznej stronie Finley i jestem za czarnymi charakterami. Może nie za Daltonem, bo to raczej typowy „dupek” a nie niebezpieczny, ale zarazem intrygujący przystojniak, ale taki Dandy, którego poznaliśmy w pierwszej części… to już  zupełnie inna sprawa. Szkoda tylko, że tutaj go zabrakło, ale jestem w stanie to zrozumieć.

„Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu” to w miarę godna kontynuacja serii. Czytało mi się ją równie przyjemnie, pomimo pewnych niedogodności, o których wspomniałam powyżej. Było to miłe doświadczenie umożliwiające mi przeniesienie się w czasie do roku 1897 i przeżycie wraz z bohaterami kilku przygód. Z łatwością wyobraziłam sobie książkowy świat, a momentami poczułam się zżyta z główną bohaterką. Czyta się ją lekko i przyjemnie, chwilami potrafi wciągnąć i umożliwia nam oderwanie się na chwilę od otaczającej nas codzienności. Nie jest to literatura górnych lotów, ale i tak z chęcią zapoznam się z kolejnymi częściami Kronik Steampunku, a tom drugi otrzymuje ocenę 6,5/10.

niedziela, 16 marca 2014

"Ho'oponopono - oczyszczająca modlitwa" - Krystyna Kwiecinski + wyniki konkursu

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/hooponopono-oczyszczajaca-modlitwa/

Ho’oponopono –początkowo brzmi jak łamacz języka, jednak po pewnym czasie można się przyzwyczaić. „A cóż to takiego?” zapytacie… wcale się nie dziwię, bowiem sama też nie wiedziałam, gdy po raz pierwszy ujrzałam tę nazwę. Teraz już wiem, że to jedna z życiowych filozofii, którą stosuje zapewne sporo różnych ludzi. Wystarczy wpisać tę nazwę w Internecie, wyskoczy Wam całe mnóstwo stron o tej tematyce. Chęć bycia szczęśliwym i spełnionym w naszym życiu jest bardzo istotną rzeczą i jeżeli faktycznie znajdziemy odpowiadającą nam drogę, która nas do tego doprowadzi to warto się jej trzymać. 

Nauka ta wywodzi się z Hawajów. Przyznaję się szczerze i bez bicia, że jestem zielona w tym temacie. W końcu trafiłam na książkę, która dotyczyła czegoś, o czym nie wiedziałam kompletnie nic. Dlatego będę mogła ją ocenić jako zupełny nowicjusz. Przede wszystkim faktycznie umożliwiła mi ona zapoznanie się z tą techniką, zrozumienie jej pochodzenia i podstaw. Autorka bardzo dokładnie wyjaśnia samo znaczenie słowa Ho’oponopono, co wybitnie mi się spodobało. Etymologia nazw zawsze mnie na swój sposób ciekawiła.

Osobiście mogłabym podzielić tę pozycję na dwie równie istotne części. Pierwsza to wszelkie informacje dotyczące Ho’oponopono, a druga to zastosowanie tej techniki jako oczyszczającej modlitwy. Myślę, że istotne było to, że autorka nie przeszła od razu do zastosowania, tylko postanowiła również przybliżyć nieco ogólne informacje dotyczące tej techniki. Dzięki temu czytelnik nie musi znać jej poprzedniej publikacji. Przekazywana wiedza jest dosyć obszerna, chociaż dotyczy tylko jednego tematu. Domyślam się, że to  i tak tylko podstawowe informacje dla osób, które chcą zacząć się zajmować tą metodą, a gdy wejdą w nią głębiej, to zapewne zaczną się zapoznawać z nią jeszcze dokładniej.

Druga część zawiera w sobie przykładowe ćwiczenia, a może lepszym określeniem tutaj będzie faktycznie słowo modlitwa. W każdym bądź razie na tych stronach stawiamy na praktykę, chociaż jak na mój gust jest jej trochę za mało. Jednak całość jest napisana przystępnym i w pełni zrozumiałym językiem, a to niezwykle ważne w przypadku książek, które mają nas wprowadzić w tajniki nowej metody. W końcu najważniejsze jest to, abyśmy wszystko dokładnie zrozumieli i przeanalizowali. O to autorka zadbała, więc nie ma się co martwić. Mam nawet wrażenie, że już podczas samego czytania coś się w czytelniku zmienia – książka jest pełna miłości i duchowości.

Zauważam jednak pewną schematyczność we wszystkich drogach życiowych. Każda z nich opiera się głównie na tym samym, różnice są naprawdę subtelne. Jednak coś wyjątkowego musi być w każdej z nich, skoro jeden człowiek wybiera jedną drogę, a drugi człowiek inną. Metoda Ho’oponopono do mnie nie trafiła, ale zapewne dlatego, że mam swoją własną filozofię życiową już od lat i trudno byłoby to zmienić. Jednak książka pani Kwiecinski jest naprawdę dobrze napisana i jeżeli ktoś jeszcze nie odnalazł swojego miejsca w świecie, sposobu na zdrowie, szczęście i radość, to być może powinien spróbować. Przeczytajcie tę pozycję pozostawiając otwarty umysł i serce, a być może okaże się, że ta technika jest waszym złotym środkiem na wszystko.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

illuminatio.pl

Dodatkowo jeżeli ktoś miałby ochotę na spotkanie z autorką, to będzie to możliwe 21 marca w Katowicach na Targach "Bliżej zdrowia, bliżej natury". Więcej info tutaj: http://www.miesiecznik-szaman.pl/targi.php


No i czas na wyniki konkursu z "Red Rising. Złota krew". Oczywiście jak to zawsze bywa, wykorzystałam moją rodzicielkę, aby wybrała zwycięzców. I tak oto wygrywają:
Magda Borkowska oraz Polaris

Serdecznie gratuluję! :)

piątek, 14 marca 2014

"Red Rising. Złota krew" - Pierce Brown

http://drageus.com/red-rising-zlota-krew/

Wciąż pojawiają się jakieś książki, które porównywane są do bestsellerowych „Igrzysk śmierci”. I mimo że niektórym dystopie się już znudziły, to jednak nadal gatunek ten ma swoich wiernych fanów – chociażby mnie. „Igrzyska śmierci” były powiewem świeżości wśród całej panującej wtedy na rynku wydawniczym reszty i dla wielu osób stały się czymś na wagę złota. Osobiście bardzo nie lubię porównywania książek między sobą, bo człowiek nastawia się wtedy na coś wyjątkowego, a wiadomo jak to czasem bywa… „Red Rising. Złota Krew” to debiut Pierce’a Browna, na który nastawiłam się bardzo pozytywnie. Czy moje nastawienie okazało się słuszne?

Darrow jest Helldiverem. Jednym z mieszkańców rozległych jaskiń znajdujących się pod powierzchnią Marsa. Helldiverzy specjalizują się w wydobywaniu cennych surowców. Ich praca jest bardzo niebezpieczna, ale wizja przyszłości ukazująca możliwość życia poza jaskiniami jest warta każdej ceny. Jednak wkrótce okazuje się, że wszyscy mieszkańcy jaskiń żyli w kłamstwie. Władze ich okłamywały, ukrywały przed nimi coś tak niezwykle ważnego… Surowe zasady i zastraszanie sprawiły, że ludzie nie chcieli o nic walczyć. Żyli niczym niewolnicy, a Ci, którym udało się wybić na szczyt, zagarnęli wszystko dla siebie. Wydarzenia, które mają miejsce w przeciągu paru dni sprawiają, że Darrow podejmuje niezwykle ważną decyzję – zniszczy tych, którzy oszukiwali jego, jego rodzinę i przyjaciół. Przeniknie w szeregi wroga i rozpęta prawdziwą rebelię… Jednak czy Czerwony może zostać Złotym?

„Narodu nie da się zniszczyć od zewnątrz dopóty, dopóki nie zostanie zniszczony od środka. Pamiętaj o tym. Jesteśmy burzycielami narodów, nie terrorystami.”

Akcja powieści toczy się na Marsie, ludzie są podzieleni na frakcje, których nazwy oznaczane są kolorami. Najwyżej stoją Złoci – bogate i wpływowe rodziny, które rządzą resztą. Są bezwzględni, przebiegli, ale przy tym wszystkim sprytni i niezwykle inteligentni. Darrow należy do Czerwonych – zwykli ludzie, którzy muszą zapracować na jedzenie, a i tak ledwo wiążą koniec z końcem. Na szczęście nie znajdują się na szarym końcu… Co oczywiście nie wróży za dobrze tym, którzy to nieszczęsne miejsce zajmują i nie mają nic do powiedzenia. Spodobał mi się ten pomysł podziału społeczeństwa, a także przedstawienie całkowitej hierarchii. Autorowi w dobry sposób udało się przekazać swoją wizję świata, co jest widoczne w dokładnych i szczegółowych opisach. Książka jest dopracowana i napisana przystępnym, niejałowym językiem. Jak na debiut – bardzo dobra robota.

Całą historię poznajemy z punktu widzenia Darrowa. Każda jego myśl, każde uczucie, każda najdrobniejsza rzecz, która go dotyczy, staje się również częścią nas samych. Czytelnik może całkowicie zżyć się z głównym bohaterem, dzięki czemu jeszcze lepiej wczuje się w klimat powieści. A naprawdę warto, ponieważ jego przeżycia są niesamowite. Głównemu bohaterowi przychodzi zmierzyć się z ciężką sytuacją, musi szybko podejmować decyzję, ale nie zapominać o dobrym ich przemyśleniu i prawdziwym celu swojej misji. Rzeczywiście bardzo łatwo tutaj znaleźć odniesienie do „Igrzysk śmierci”, bowiem młodzież zostaje odizolowana o reszty świata i walczy o przetrwanie. Walczy również o władzę i szacunek, a zwycięzca może być tylko jeden. Jest to jednak oparte na nieco innych motywach i zasadach, ale nie brakuje tutaj rozlewu krwi, brutalności, bezwzględności, zdrady, wierności, honoru, sprytu, inteligencji czy też zaskakujących zwrotów akcji.

„Życie to najskuteczniejsza szkoła, jaką kiedykolwiek stworzono.”
Autor trzyma nas w ciągłym napięciu i dba o to, aby akcja toczyła się odpowiednio dogranym tempem. Są chwile spokojniejsze, ale tuż po nich zostajemy wrzuceni w wir niewiarygodnych wydarzeń, gdzie nie ma ani chwili wytchnienia. Przyznaję szczerze, że panu Brownowi wiele razy udało się mnie zaskoczyć, a nieprzewidywalność to coś, za czym przepadam. Dlatego ma za to ogromnego plusa, podobnie jak za swego rodzaju dojrzałość, co rzadko spotyka się w debiutach literackich. Chwilami zadziwiała mnie wizja tego świata książkowego, bowiem w świecie, gdzie z jednej strony rozwinęła się technologia i panuje stały postęp, z drugiej widoczne jest zacofanie rodem ze średniowiecza. Może to nie do końca dobre określenie, ale po prostu zaobserwować tutaj można popadanie ze skrajności w skrajność, co ciężko ubrać w odpowiednie słowa. Myślę jednak, że każdy, kto tę powieść przeczyta, zrozumie, co mam na myśli.

„Niby to znane, a jednak zupełnie nowe.” – takie zdanie widnieje na okładce „Red Rising. Złota Krew”. Myślę, że w doskonały sposób charakteryzuje książkę Pierce’a Browna. Faktycznie powtarzają się pewne znane już motywy i schematy, za czym nie przepadam w żadnym wypadku, a tutaj proszę! Ta powieść naprawdę mi się spodobała i zupełnie nie dbałam o to, czy powiela pewne rzeczy, bowiem ma w sobie własną nutkę oryginalności. Czytało mi się ją znakomicie, okazała się być niezwykle wciągającą i barwną lekturą. Pełna ognia, życia i werwy, podobnie jak przyciągająca wzrok okładka. Historia w niej zawarta uczy wielu wartości i pokazuje wewnętrzną walkę toczącą się w człowieku, gdy przyjdzie mu się zmierzyć z niezwykle ciężkim etapem życia. Nie jest to kolejna nudna opowiastka, ale poruszająca i dająca do myślenia historia. Wystawiam mocne 9/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

drageus.com

środa, 12 marca 2014

"Żar nocy" - Sylvia Day

http://muza.com.pl/powiesc-obyczajowa/1532-zar-nocy-9788377585948.html

Nowa seria Sylvii Day znanej w naszym kraju z serii o Crossie rozpoczęta została „Rozkoszami nocy”. Tam poznaliśmy śmiertelniczkę Lyssę i Strażnika Aidana, który postanowił pozostać z ukochaną i ochraniać ją za wszelką cenę. Podczas ich nieobecności spowodowanej romantycznym wyjazdem we dwoje, domu Lyssy pilnuje jej najbliższa przyjaciółka – Stacey Daniels. Każdy dzień mija tak samo, aż pewnego razu w drzwiach pojawia się nieziemsko przystojny nieznajomy. Wprasza się do mieszkania i zachowuje tak, jakby nic złego się nie stało. Arogancja bije od niego na kilometr, a Stacey nie może oderwać od niego wzroku…

„Żar nocy” to drugi tom cyklu Strażnicy snów. Tym razem pani Day skupiła się na przyjacielu Aidana, którego dane było nam poznać w poprzedniej części. Bruce Connor również jest Strażnikiem i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie przynależy do świata Stacey. Oboje jednak nie są w stanie o sobie zapomnieć, od pierwszej chwili pojawiają się między nimi iskry namiętności. W dalszym ciągu obecni w tej historii są Lyssa i Aidan, ponieważ stanowią nieodłączną część obu światów – tego realnego i tego, z którego pochodzą Strażnicy. Nie jestem w stanie określić, która para wypada lepiej, bowiem bohaterowie są raczej średnio wykreowani, ale odniosłam wrażenie, że Stacey i  Connor są bardziej wyraziści.

Cała fabuła to przede wszystkim perypetie i rozterki głównych bohaterów. Wątek świata równoległego, z którego pochodzą Strażnicy nadal jest obecny, ale podobnie jak miało się to w przypadku części pierwszej – jest on nieco bagatelizowany przez autorkę. Gdyby nieco rozbudować ten motyw, stworzyć ciekawą tajemnicę i intrygę i ulepszyć bohaterów, może wyszłoby z tego coś lepszego. A tak pojawia się dobrze już znany schemat – nieco zagubiona kobieta, która stroni od mężczyzn, bo została przez jednego z nich zraniona i nieziemsko seksowny przystojniak skrywający swoje sekrety. Po kilku momentach opierania się, kobieta całkowicie zapomina o otaczającym ją świecie, bo tylko ten cud-chłopak działa na nią tak, jak nikt nigdy.

Nie da się ukryć, że motywem wiodącym jest romans Stacey i Connora. Pełne namiętności i gorących uniesień sceny przeplatają się z tym nieco spokojniejszym, gdzie to ta dwójka ma się do siebie zbliżyć w sposób bardziej emocjonalny niż fizyczny. Niestety, sceny te są chwilami mocno przesłodzone. Nigdy do mnie nie trafiało uczucie rozwijające się w przeciągu paru godzin i zapewne nigdy nie trafi. A tutaj okazuje się, że świeżo poznana kobieta staje się dla Connora Bruce’a wszystkim. Niestety, nie kupuję tego.  Lekkim urozmaiceniem jest pojawienie się w realnym świecie Rachel – Strażniczki dobrze znanej zarówno jednemu jak i drugiemu Strażnikowi, które ma niecne zamiary wobec całej czwórki.

Język powieści jest prosty, a całość czyta się bardzo szybko. Czy jest wciągająca? Cóż, ciężko mi określić, bowiem chyba nie ma nawet na to okazji. Wszystko dzieje się tak szybko, że ani się obejrzymy, a już dotrzemy do ostatniej strony. Przyznaję, może i jest w tym pewna logika i płynność, ale nie jest to historia zapadająca w pamięć. W sumie… nawet chyba nie takie jest jej przesłanie. To kolejna pozycja na rynku wydawniczym, która zapewnia jedynie rozrywkę na jeden wieczór, a może nawet i mniej. Nie wymaga myślenia ani skupienia się na niej. Prosta, nieskomplikowana powieść z literatury erotycznej, która nie niesie ze sobą nic niezwykłego.

Domyślam się, że nie jest łatwo napisać tego typu powieść. Trzeba znaleźć granicę dobrego smaku i jej nie przekroczyć. Myślę, że pani Day za bardzo chciała się skupić na scenach erotycznych, a mogła z nich zrobić dodatek i ubarwienie powieści. Wprowadzenie kilku nowych wątków, dokładniejsze przedstawienie historii bohaterów, lepsza ich kreacja, bardziej rozbudowany język i dodanie czegoś, co nadałoby tej historii głębi. Nie wiem, czy literatura erotyczna po prostu charakteryzuje się prostotą i koncentrowaniem się tylko na scenach seksu oraz pomijaniem całej reszty, do której można zaliczyć naprawdę istotne elementy wpływające na jakość książki, czy może po prostu do mnie tego typu historie nie trafiają. „Żar nocy” jest moim zdaniem książką przeciętną, której wiele brakuje. Chociaż kto wie, być może ta seria znajdzie swoich zwolenników, gdyż sprzedaje się nieźle. Ja jednak wystawiam tylko 4/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/erotyka/1532-zar-nocy-9788377585948.html?shetishetani