czwartek, 30 stycznia 2014

"Niewinna krew" - Graham Masterton

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=390

Dzieciństwo to chyba najważniejszy etap w życiu każdego człowieka. Umysł dziecka jest chłonny jak gąbka i to właśnie wtedy przyswajamy najwięcej. Wydarzenia z tego okresu mogą wpłynąć na nasze poczynania w przyszłości, mimo że nie jest to czasami widoczne od razu. Wszystko gra, dopóki te wydarzenia są radosne i pozytywne. Jeśli jednak ten etap był dla nas nieprzyjazny, ciemny i mroczny… to co nas uchroni od bycia złym człowiekiem za parę dobrych lat?

Frank Bell jest młodym, spełnionym zawodowo mężczyzną. Ma kochająca żonę i cudownego syna. Do czasu. Któregoś pięknego, słonecznego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego na dziedzińcu szkoły, do której jego syn – Danny – uczęszcza. Giną niewinne dzieci, w tym Danny. Żona Franka obwinia męża o śmierć jedynego potomka i ich małżeństwo zaczyna się rozsypywać. Ale to nie koniec, bowiem dochodzi do kolejnych zamachów, w wyniku których ginie coraz więcej ludzi. Wszystko wskazuje na to, że organizacja za tym stojąca ma jeden cel – zniszczenie przemysłu rozrywkowego. Tylko dlaczego?

„Niewinna krew” to bardzo adekwatny tytuł dla tej powieści. Brzmi przerażająco i w sumie, jak można się domyślić, można tutaj znaleźć brutalne sceny. To jest cecha Grahama Mastertona – nie oszczędza swoich czytelników. Dla niego opisywanie ludzkich zwłok i miejsca makabry jest czymś tak oczywistym, prostym i na porządku dziennym, że czasami zaczynam się go obawiać – a może bardziej tego, co siedzi w jego głowie. Ale to właśnie lubię w jego książkach – te mocne momenty, które od razu człowieka pobudzają. To właśnie na nie czekam podczas czytania, bo wiem, że się nie zawiodę. Wiem, że otrzymam dokładnie to, czego oczekuję. Hmm, może powinnam się też zacząć bać tego, co siedzi w mojej głowie, skoro tak entuzjastycznie reaguję na rozlew krwi i porozrywane ciała?

Całą historię poznajemy z punktu widzenia Franka. Zamachy terrorystyczne są tylko jednym z elementów tej fabuły. Na kolejnym miejscu plasuje się strata syna, czyli coś, z czym bohater nie może się pogodzić. Tutaj włączony został wątek paranormalny, co już kilka razy spotkałam w twórczości pana Mastertona  - kolejny zabieg, za którym przepadam. Mamy do czynienia z jeszcze jednym motywem. W życiu Franka pojawia się niezwykle tajemnicza kobieta. Nic o niej nie wie, nawet nie zna jej prawdziwego imienia. Dopiero podczas czytania tej pozycji zauważyłam, że autor ten potrafi skonstruować bardzo intrygujące postacie kobiece. W przypadku Astrid jest to znakomicie zauważalne. W ogóle kreacja bohaterów jest naprawdę dobra.

Książkę czyta się przyjemnie i dosyć szybko. Akcja się nie wlecze, a w odpowiednich momentach jej tempo przyspiesza. Nie ma nudy, ale są chwile wytchnienia, chociaż nie jestem do końca przekonana, czy można je tak nazwać. Pomysł niezły – ukazujący to oblicze człowieka, które ciężko obejść. Oblicze, które ma związek z traumatycznymi przeżyciami. Problem psychiki ludzkiej jest zauważalny, ale dopiero po pewnym czasie. Początkowo naprawdę mało wiadomo na temat piekła, które rozpętało się w miejscu akcji, czyli w Los Angeles. To też znaczna zaleta – wszystkiego dowiadujemy się stopniowo, a dodatkowo zakończenie jest zdumiewające.

Kolejna dobra powieść Mastertona, chociaż sama nie wiem czemu, czuję pewien niedosyt. Dobrze, że na półce czeka jeszcze kilka innych dzieł tego pana, bo inaczej by było kiepsko ;). Jego twórczość wybitnie przypadła mi do gustu, dobrze konstruuje wydarzenia i bohaterów. Łączy w swoich powieściach wszystko to, co naprawdę lubię. Przyjemna lektura, zapewniająca rozrywkę i dawkę napięcia na parę godzin. Zdecydowania godna przeczytania i warta polecenia, a ocenę wystawiam 7/10.

sobota, 25 stycznia 2014

"Uzdrawianie holistyczne" - Billy Roberts

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/uzdrawianie-holistyczne/

Życie w idealnym zdrowiu to marzenie każdego z nas. Nic w tym dziwnego, w końcu nikt nie lubi chorować, nikt nie przepada za bólem, który potrafi go wybić z rytmu. Na rynku jest mnóstwo medykamentów, a każdy na coś innego. Pojawia się ich z dnia na dzień coraz więcej, ale niestety, mają one też skutki uboczne. Istnieje jednak metoda uzdrawiania ciała bez konieczności ich zażywania. Nie wierzycie? A powinniście. 

Billy Roberts to twórca programu, który nazwał uzdrawianiem holistycznym, czyli w wolnym tłumaczeniu uzdrowieniem całkowitym - ciała i umysłu. Książka, którą napisał stanowi podręcznik zawierający w sobie wiele leczących metod, a praktycznie wszystko opiera się na jednym – harmonizacji i oczyszczeniu prany, czyli energii życiowej. Wielu ludziom wydaje się to absurdalne, ale jeżeli bliżej się temu przyjrzymy – co jest oczywiście możliwe w przypadku tej pozycji, ponieważ autor w bardzo przyjazny sposób wyjaśnia zależności pomiędzy ciałem, umysłem i praną – to zauważymy, że ma to logiczny sens.

Jestem pod ogromnym wrażeniem, że ta książka zawiera w sobie tak wiele różnych technik, które można wykorzystać w przypadku różnych dolegliwości. Część z nich można stosować nawet wtedy, kiedy czujemy się dobrze i nic nam nie dolega. W jakim celu? A żeby ten stan utrzymać jak najdłużej. Nie ma tutaj nic skomplikowanego, każda technika została znakomicie wyjaśniona i opisana – od sposobu jej wykonania po cel i wpływ na nasze ciało. Nauczymy się wyczuwać blokady energetyczne, usuwać je, oczyszczać nadi, uwalniać stres i napięcie, walczyć z bólem, problemami z oddechem… ale to dopiero początek, bowiem jest tego o wiele więcej. 

Bardzo pozytywnie odebrałam styl i sylwetkę autora. Jest on osobą, która od dziecka choruje na nieuleczalną chorobę płuc i zmaga się z nerwicą lękową, więc jest właściwie sam najlepszym przykładem na potwierdzenie swojej tezy o uzdrawianiu holistycznym. Język książki jest prosty i łatwy w odbiorze, co stanowi sporą zaletę, ponieważ dzięki temu wszystko jest w pełni zrozumiałe, a my możemy się jak najwięcej nauczyć. Bardzo spodobał mi się jeden z rozdziałów końcowych, poświęcony prawidłowemu odżywianiu. Znaleźć tam można kilka przepisów na „zupy czakralne”, które pobudzą przepływ energii w poszczególnych punktach energetycznych. Aż się chce siedzieć w kuchni!

Większość technik to wizualizacja bądź afirmacja, ale autor nie zapomina też o zbawiennym wpływie medytacji. Największym plusem tej książki jest to, że skupił się w dużej mierze na praktyce, a nie teorii. Owszem, otrzymujemy też sporo informacji, wprowadzenie, ale to ćwiczenia stanowią tutaj meritum. Jestem bardzo zadowolona z tej lektury i na pewno zacznę stosować kilka praktyk przedstawionych przez pana Robertsa. Polecam tę lekturę każdemu, kto chciałby polepszyć stan swojego zdrowia, ale także tym osobom, które nie mają z nim problemów, jednak chciałyby się nim cieszyć jeszcze bardziej i jeszcze dłużej. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

illuminatio.pl

środa, 22 stycznia 2014

"Rytuał ciemności" - Eric Giacometti, Jacques Ravenne

http://publicat.pl/ksiaznica/oferta/thriller-horror/rytual-ciemnosci_64,2421,6580.html

„Wyrzuć masona drzwiami, a wejdzie oknem.”

Macie pojęcie, kim są wolnomularze? Zawsze uważałam, że są to tajemne stowarzyszenia, o których wiedza jest zakazana i dociera tylko do wybranych osób. Byłam wręcz przekonana, że o tym temacie nie mówi się głośno. Podobnie jak o kilku innych… a co się okazuje? Że na rynku wydawniczym pojawiła się książka, która porusza motyw wolnomularstwa. Właściwie, wydawałoby się, że to całkiem naturalne – kolejna fikcja literacka. Jednak tutaj jest haczyk – to nie fikcja. Takie stowarzyszenia istnieją od zawsze.

https://www.goodreads.com/book/photo/3030154-le-rituel-de-l-ombreWe francuskiej ambasadzie w Rzymie trwa przyjęcie. Wszyscy znakomicie się bawią, śmieją i rozmawiają. Wszyscy, poza jedną osobą. Bo ona leży martwa i już nigdy się nie uśmiechnie. Okazuje się, że ofiara należała do Loży Wielkiego Wschodu, a zamordowano ją zgodnie z rytuałem nawiązującym do śmierci Hirama – założyciela wolnomularstwa. Przyjaciółka ofiary – Jade Zewinski – oraz mason, który pracuje jako komisarz – Antoine Marcas – rozpoczynają dochodzenie. Trafiają podczas niego na ślad Towarzystwa Thule, największego wroga całej masonerii. A wszystko rozchodzi się o dawno zaginięte dokumenty, które do tej pory niektórym osobom spędzają sen z powiek…

Eric Giacometti i Jacques Ravenne stworzyli gatunek literacki, który określić można mianem thrillera masońskiego. „Rytuał ciemności” jest pierwszą częścią serii Zbrodnia i wtajemniczenie, która do tej pory obejmuje 8 książek (wydanych zagranicą). Należy im się wielkie uznanie ze wplecenie wątku masońskiego do pospolitego thrillera, bowiem stanowi to ogromne urozmaicenie fabuły. Właściwie konstrukcja nie wyróżnia się niczym spośród innych powieści tego typu, ale i tak bardzo spodobało mi się poruszenie tematyki wolnomularstwa oraz rozwój wydarzeń. Historia ogromnie mnie wciągnęła, nie mogłam się już doczekać rozwikłania zagadki i odkrycia tajemnicy zaginionych papierów, które stanowiły meritum całej sprawy. Pobudzona została moja ciekawość, a wiadomo, że to bardzo często sprawia, że rzucamy wszystko, byle tylko czytać. Dodatkowo powiem Wam, że to śledztwo wcale nie było takie proste.

https://www.goodreads.com/book/photo/9947284-g-lge-rit-eliAutorzy opierali się w pewnym stopniu na faktach historycznych oraz rzetelnych faktach. Mamy tutaj więc połączenie fikcji literackiej z czymś, co rzeczywiście ma miejsce bądź też miało w przeszłości. Wszystko wyjaśnione zostało na końcu książki, a co więcej – jeżeli kogoś naprawdę zainteresowała tematyka i wątki poruszane w fabule, to może się tam dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy. A żeby było jeszcze ciekawiej – jeden z autorów jest dziennikarzem śledczym, a drugi mistrzem wolnomularskim. Nie zdziwi Was więc zapewne fakt, że ta książka jest naprawdę znakomicie napisana. Dojrzały język, przemyślany bieg wydarzeń, intrygująca tajemnica. Pan Giacometti i Ravenne wykonali kawał dobrej roboty. Zarówno motyw dochodzenia, jak i przedstawienie historii i zasad masonerii są bardzo dobrze zrealizowane.

Bohaterowie są wyraźni i realistyczni. I to nie tylko ta dwójka, która prowadzi śledztwo, ale każdy inny. W bardzo łatwy sposób można sobie ich zobrazować, podobnie jak każde miejsce i sytuację. Lubię takie książki, które pobudzają moją wyobraźnię w taki sposób, że czuję się, jakbym oglądała dobry film. Tak właśnie było w tym przypadku. Swoją drogą, ekranizacja tej powieści byłaby naprawdę świetna, pod warunkiem, że jej twórcy potrafiliby oddać tę atmosferę i klimat. Nie jest to lektura, przy której możemy sobie pozwolić na błądzenie myślami gdzieś indziej. W sumie.. nawet nie wiem, czy tak by się dało, bo ona naprawdę potrafi czytelnika porwać. Warto się temu poddać i pozostać w skupieniu.

„Rytuał ciemności” to znakomite rozpoczęcie świetnie zapowiadającej się serii. Kawał dobrej lektury, która zapewni rozrywkę na więcej niż jeden wieczór. Czytałam ją z ogromną przyjemnością i wielkim zaangażowaniem. Styl autorów wybitnie przypadł mi do gustu, nie zabrakło tutaj scen pełnych napięcia, porywającej akcji czy chwil, w których nie byłam do końca pewna, co się zaraz wydarzy. Nutka nieprzewidywalności dopełniła całość i sprawiła, że książka jeszcze więcej zyskała. Zdecydowanie polecam i czekam na kolejną część cyklu. Wystawiam 8,5/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

publicat.pl

czwartek, 16 stycznia 2014

Przedpremierowo: "Demon luster" - Martyna Raduchowska


„Myślę, więc jestem. No, Kartezjusz, toś się, chłopie, ździebko zagalopował.”

Mieliście kiedyś pecha w życiu? A może pech miał Was? Czy pech może kogokolwiek mieć? Otóż może, znam taką jedną Idę Brzezińską… Do niedawna była normalną dziewczyną, której po prostu brakowało odrobiny szczęścia. Nastąpiła kumulacja – Ida zaczęła widzieć duchy. Co za tym idzie – została szamanką od umarlaków – mieszanką medium i banshee. No tak! Jakby mało miała w życiu problemów… Ostatnim razem jej jedno zadanie okazało się być bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. A co spotka ją tym razem?

Jak każda normalna dziewczyna w wieku 20 lat, Ida chce żyć własnym życiem. Nie uśmiecha jej się przeprowadzanie duchów na drugą stronę, nie lubi mieć wizji i pragnie tylko jednego – świętego spokoju. Niestety, ciotka na to nie pozwala, funkcjonariusze z WON-u na to nie pozwalają, a co najważniejsze – duchy dopominają się o swoje. Ida złożyła nieśmiertelną przysięgę, a to zobowiązuje. Sama jednak nie miała pojęcia, na co się porywa… Przyjdzie jej się zmierzyć z Kusicielem, który znany jest również jako Demon Luster. Jeżeli nie uda jej się spełnić przysięgi na czas, Ida się po prostu rozpłynie w nicości…

„Szamanka od umarlaków” wpadła w moje ręce nie tak dawno temu, a historia w niej zawarta gdzieś tam krążyła w mojej pamięci. Niezbyt intensywnie, ale na tyle mocno, że pamiętałam, co przydarzyło się głównej bohaterce. Z chęcią sięgnęłam po kontynuację, ponieważ Martyna Raduchowska posługuje się bardzo lekkim i płynnym językiem, który sprawia, że po prostu strona przelatuje za strona, a my nawet nie wiemy kiedy się to dzieje. Fabuła może nie jest z najwyższej półki, ale „Demon luster” to książka bardziej rozrywkowa, przy której nie trzeba za mocno myśleć i wysilać się, aby zrozumieć, co autor miał na myśli. To prosta lektura, która jednak potrafi czytelnika zabrać do swojego świata na kilka dobrych godzin.

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie. Ida Brzezińska w tej części stała się dużo bardziej wyrazista, pełna werwy i życia. Polubiłam tę dziewczynę – nie da się ukryć. Uparta i nieco bezczelna, ale potrafi sobie poradzić w trudnej sytuacji. Nie użala się nad sobą zbyt długo, tyko działa. Jednak nic nie pobije mojego uwielbienia do jej ciotki Tekli! Ta kobieta jest tak zabawna i charakterystyczna, że ciężko o niej zapomnieć. Sposób jej wysławiania się nadaje jej jeszcze większej głębi charakteru, co sprawia, że postać ta staje się unikatowa. Pojawia się tutaj kilku bohaterów z poprzedniej części, których nie mieliśmy okazji za dobrze poznać – chociażby Kruchy, który okazał się być całkiem sympatyczny. Przemiłą i przezabawna jest również jego znajoma zwana Kwiatuszkiem czy też Skittlesem – dlaczego? Przekonajcie się sami.

Wątkiem głównym jest zdecydowanie próba dotarcia do Kusiciela, co jest nie lada wyczynem. Ida wie, że sama sobie nie poradzi, ale stale próbuje. Właściwie to nie ma wyboru – nieśmiertelna przysięga zobowiązuje. Dobra konstrukcja wszystkich wątków, umiarkowane tempo i w miarę interesujący rozwój wydarzeń – nudzić się nie nudziłam, a wręcz przeciwnie – z chęcią śledziłam poczynania bohaterów i czekałam na punkt kulminacyjny, w którym wszystko się wyjaśni. Niestety, trochę się zawiodłam, bo liczyłam na większą dawkę akcji i może nieco więcej skomplikowania. Zwiększenie nutki niepewności też by nie zaszkodziło.

Mimo wszystko „Demon luster” to dobra kontynuacja, którą czytałam z przyjemnością. Zapewniła mi sporą dawkę śmiechu i rozrywki, a właśnie o to chodzi w tego typu książkach. To taki poprawiacz humoru umożliwiający przeżycie ciekawej przygody wraz z bohaterami. Przyjemny język i lekkość sprawiają, że naprawdę szybko można przeczytać całą tę powieść, a i mieć z tego dobrą zabawę. Jeżeli ktoś nie czytał pierwszej części, to nie powinien mieć problemu w odnalezieniu się tutaj, bowiem na samym początku dostajemy dosyć obszerne przypomnienie poprzednich wydarzeń. Osobiście jednak wiem z autopsji, że lepiej zaczynać od początku, a nie od kolejnych części cyklu. Polecam twórczość Martyny Raduchowskiej jeżeli szukacie czegoś nieskomplikowanego i zapewniającego dobrą rozrywkę.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

"Efekt synchroniczności" - Kirby Surprise

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/efekt-synchronicznosci/

Wierzycie w przypadki? Ja nie. Nie wierzę też w zbiegi okoliczności. Czegoś takiego nie ma. Przypadki nie istnieją, a wszystko w naszym życiu dzieje się w określonym celu. Wierzę natomiast w to, że nasz mózg posiada niezwykłe możliwości i potrafi tak kierować wydarzeniami z naszą pomocą, że jesteśmy w stanie przeżywać tylko te pozytywne. Najpierw trzeba jednak umieć dostrzec wydarzenia synchroniczne.

Kirby Surprise jest doktorem psychologii, który już dawno temu zainteresował się fenomenem zjawisk synchronicznych. Właśnie z tego powodu powstała ta książka – zbierał materiały, analizował, doświadczał… chciał zrozumieć na czym polegają te wydarzenia i czy mają one jakikolwiek wpływ na nasze życie. Okazuje się, że mają. Jednakże wielu z nas je ignoruje. A zaufajcie mi, że skorzystanie z tego jest naprawdę proste, a może zmienić Wasze życie na lepsze.

Teoretycznie wydawałoby się, że ta książka jest typowym poradnikiem, jednak nie do końca. Bardziej zaliczyłabym ją do literatury popularno-naukowej z elementami poradnika. Faktycznie autor przekazuje nam sporą wiedzę na temat wydarzeń synchronicznych – przedstawia swoje początki z tymi zjawiskami, opisuje na czym one polegają, przytacza wiele przykładów. Tematyka wydaje się na pozór trudna, ale jak się okazuje – wcale taka nie jest. Pan Kirby Surprise posługuje się bardzo przystępnym językiem, który sprawia, że wszystko staje się dużo łatwiejsze w zrozumieniu. Jednakże niech to Was nie zwodzi – nadal trzeba pozostać skupionym na lekturze. Nie wolno pozwolić sobie na uciekanie myślami do krainy marzeń.

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że ta książka jest pozytywnie odbierana. Autor postanowił utrzymać ją w lekko humorystycznym klimacie, dzięki czemu nawet zagadnienia z dziedziny fizyki są banalne! Niesamowite? A jednak. Znaleźć tutaj można zapisy z terapii, które prowadzi sam pan Surprise ze swoimi pacjentami, a także wyniki przeprowadzanych przez niego eksperymentów. Widać, że postanowił on się poświęcić swojej pracy – do tego w końcu prowadzi fascynacja. Czy naprawdę dzięki tej książce możemy się nauczyć wpływać na nasze życie? Czy możemy odblokować nasz umysł i przestać wierzyć w przypadki? Myślę, że przy odpowiednim zagłębieniu się w tę pozycję jak najbardziej jest to możliwe.

Mam tylko jeden zarzut - informacja o heksagramach na stronie 32. Autor pisze o 72 heksagramach, natomiast jest ich 64. Nie wiem czy kwestia błędu pana Surprise, czy tłumaczenia bądź edycji, jednak błąd zauważalny. Przyznaję, że była to ciekawa lektura, bowiem nigdy wcześniej nie czytałam czegoś, co byłoby w całości poświęcone synchroniczności. Krótkie wzmianki, najprostsze przykłady – to znałam, ale tutaj otrzymujemy znacznie więcej. Cała książka skupia się na tym jednym temacie i nie odbiega od niego. Autor dodatkowo przedstawia związek efektu synchroniczności z innymi rzeczami, chociażby ze świadomym śnieniem czy medytacją. Świetnie wydana i intrygująca pozycja, która zasłużyła na ocenę 7,5/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

illuminatio.pl

piątek, 10 stycznia 2014

Trochę Dreamsowych informacji

Zaczniemy od zapowiedzi, na którą zapewne niektórzy czytelnicy czekają...
Już niebawem w Wasze łapki będzie mogła trafić druga część trylogii autorstwa Sary Midnight.


 

Cena: 37.90
Ilość stron: 392
Oprawa: miękka + skrzydełka
Autor: Daniela Sacerdoti
Tłumaczenie: Krzysztof Mazurek
ISBN: 978-83-63579-39-5
Format: 140 x 205
Data wydania: 31 stycznia 2014 r.





Sara Midnight nie jest zwyczajną nastolatką. To łowczyni demonów, która znalazła się w samym środku krwawej wojny. Osierocona w wieku szesnastu lat zmuszona jest nauczyć się śmiercionośnej profesji swojego rodu. Harry Midnight, który zaoferował pomoc jako daleki kuzyn nie jest tym, za kogo się podaje. To Sean Hannay. Chłopak z czasem staje się jej najlepszym przyjacielem i w mgnieniu oka życie Sary zmienia się nie do poznania.

Walka trwa. Sean i Sara wygrali pierwszą bitwę, lecz wojna szaleje i demony stają się coraz silniejsze. Dziewczyna pragnie się dowiedzieć, kto jest jej wrogiem, nim świat pogrąży się w chaosie. Misja doprowadza ją do posiadłości od pokoleń należącej do rodziny. Midnight Hall na wyspie Islay skrywa mroczne sekrety przodków oraz władcy demonów, który poprzysiągł zniszczyć Sarę.

Kiedy wokół niej zaczyna wirować nowy świat, dziewczyna musi uporać się z niełatwą przeszłością Midnightów i ich dziedzictwem, aby przebić się przez falę demonów i dotrzeć do ich władcy.



Dodatkowo zapraszam Was na wyprzedaż, którą zorganizowało wydawnictwo!
Możecie skorzystać z okazji i kupić kilka interesujących książek.
Oto link
Osobiście polecam "Boy 7", a i "W Roku Skorpiona" brzmi ciekawie. Za to "Obcy z Planety Centauri" ma bardzo intrygujący tytuł :)

czwartek, 9 stycznia 2014

"Tak blisko..." - Tammara Webber


O książce Tammary Webber przeczytałam całe mnóstwo pozytywnych opinii, które zdecydowanie zachęciły mnie do zapoznania się z jej twórczością, chociaż nie byłam do końca przekonana, czy przypadnie mi ona do gustu. Nie należę do wielkich fanów romansów, nadal obstawiam przy fantasy, ale czasami, żeby całkowicie nie ogłupieć, trzeba sięgnąć po coś innego. Tym razem padło na „Tak blisko…”.

Jacqueline zrezygnowała ze swoich marzeń z jednego powodu – chciała być blisko swojego chłopaka. Ich związek trwał od trzech lat, więc nic nie wskazywało na to, że nagle – z dnia na dzień – Kennedy ją zostawi. Niby nic wielkiego, w końcu rzadko kiedy pierwszy związek to ten „na zawsze”. Jednak Jacuqeline musi się teraz zmierzyć z brutalną rzeczywistością – dawni znajomi traktują ją jak powietrze, kierunek studiów nie do końca jej odpowiada, a na dodatek kumpel jej byłego zaczyna ją prześladować – i to dosyć intensywnie. Któregoś wieczoru zostaje przez niego zaatakowana i napastowana, ale pojawia się cud-chłopak i wybawia ją z opresji. Jest typem tajemniczego, niegrzecznego chłopca… nic więc dziwnego, że Jacqueline nie może przestać o nim myśleć.

Tak sobie myślę… ta książka chyba faktycznie nie na darmo została bestsellerem. Jak nie przepadam za romansami, bo większość z nich jest po prostu banalna i przewidywalna do szpiku kości, tak w tym przypadku całkowicie zapomniałam o mojej niechęci. Już od pierwszych stron historia mnie wciągnęła, a ja na swój sposób zżyłam się z główną bohaterką. Książka może i jest nieco przewidywalna, ale mimo wszystko czyta się ją bardzo dobrze. Nie jest kolejną opowiastką o zbuntowanych nastolatkach i ich „trudnym uczuciu”, w której brak głębi i emocji. To opowieść z pasją, napisana niby prostym językiem, jednak brak w nim prymitywnych kolokwializmów, które nie raz już sprawiały, że książka traciła w moich oczach.

Skupmy się teraz na bohaterach. Jacqueline jest właściwie zwyczajną dziewczyną, nie ma w niej nic wyjątkowego. Nie myślcie jednak, że brak jej charakteru czy wyrazistości. Jest w niej coś, co przyciąga. Dziewczyna ma wewnętrzną siłę, niewidoczną nie pierwszy rzut oka. Dodatkowo jest poukładana, ma cel w życiu i nie wie, co to znaczy poddać się. Lucas… bezapelacyjnie najlepsze połączenie wszystkich cech, które powinien mieć mężczyzna idealny – inteligentny, z ambicjami, przystojny, z planem na przyszłość, ale przy tym wszystkim ma w sobie tę nutkę arogancji, niebezpieczeństwa i tajemnicy, które dziewczyny uwielbiają! Bezbłędne wyważenie cech do stanu perfekcyjnej równowagi. Nie ma się co dziwić głównej bohaterce, że tak szybko dała się oczarować – każda dziewczyna zachowałaby się tak samo.

Przez cały czas wyczuwalne jest rosnące napięcie między Jacqueline i Lucasem. Jednak ich uczucie rozwija się stopniowo, a nie z dnia na dzień – to zdecydowanie kolejny plus. Jest dużo bardziej dojrzałe niż mogłoby się wydawać. Magia tych iskierek pojawiających się w każdej scenie z udziałem tej dwójki nieźle zawróci w głowie każdej czytelniczce (bo nie ukrywajmy, faceci po takie książki nie sięgają). Nie czytam zbyt często powieści bez dodatków fantasy czy elementów paranormalnych, a to z jednego głównego powodu – to, co ma miejsce w powieściach obyczajowych bez tych ‘bonusów’, mogę mieć równie dobrze we własnym życiu. Książki czytam po to, aby przeżyć coś niesamowitego i niecodziennego. Jednak powieść „Tak blisko…” czytało mi się naprawdę znakomicie – myślę, że dałam się porwać tej historii, a może nawet nie historii co głównej roli męskiej. Chociaż nie ukrywam, że fabuła jest dobrze skonstruowana, akcja ma dobre tempo, a fakty z życia bohaterów urozmaicają ich romans.

To nie jest książka tylko o miłości. Jest w niej coś więcej – toczenie wewnętrznej walki z samym sobą, unikanie przeszłości, która wpływa nadal na teraźniejszość czy też stawienie czoła wszelkim przeciwnościom i zmierzenie się z rzeczywistością, która zazwyczaj nie jest taka kolorowa, jakbyśmy chcieli. Ekspertem nie jestem w tej dziedzinie, ale to chyba jeden z lepszych romansów dla nieco starszej ‘młodzieży’, spośród tych, które czytałam. Polecam wszystkim dziewczynom, a płeć przeciwna mogłaby ją przeczytać tylko z jednego powodu – aby nauczyć się od Lucasa, jak prawidłowo uwieść kobietę ;).

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Apokalipsa Z. Mroczne dni" - Manel Loureiro

http://muza.com.pl/literatura/1460-apokalipsa-z-mroczne-dni-t2-9788377584996.html

Apokalipsa jest coraz częstszym motywem poruszanym w dzisiejszej literaturze – temat całkowicie na czasie, w końcu sami mieliśmy jej doświadczyć. Czy miała ona już miejsce, czy dopiero się rozpoczęła, a także, jak wygląda – to nadal kwestie sporne. Kwestia wiary? Bardzo możliwe. Jednak wszystkie wizje wydają się być całkiem prawdopodobne, a ta, w której autorzy twierdzą, że naukowcy wyhodują nowego wirusa wywołującego pandemię, która pochłonie świat jest jak najbardziej realna.

Nieumarli opanowali świat. Czwórka ocalałych z „Początku końca” trafia na Wyspy Kanaryjskie. W końcu znaleźli miejsce, gdzie żyją ludzie i nie trzeba się obawiać Nieumarłych. Jednak czy w czasach Apokalipsy ich radość może trwać wiecznie? Zdecydowanie nie. Życie w izolowanej strefie nie jest usłane różami, a jakby tego było mało, nie wszystkim udaje się tam zadomowić. Dzięki niesamowitym zdolnościom przetrwania główny bohater i Prit zostają wysłani do postapokaliptycznego Madrytu – misja raczej samobójcza, ponieważ roi się w nim od zombiaków. To jest dopiero ich pierwszy problem, bowiem ludzka natura i zawiść przysporzą im kolejnych…

„Początek końca” średnio mi się podobał. Nie była to kwestia Nieumarłych, za którymi nie przepadałam, ale powoli się do tego motywu przekonuję. Po prostu zabrakło mi tam akcji, napięcia i czegoś, co faktycznie by mnie porwało. Był to debiut autora, więc oko nieco przymknęłam. Lubię, gdy podczas czytania kolejnych części jakiejś serii, czy też po prostu innych książek tego samego człowieka, potrafię zauważyć jego rozwój. Tak było w tym przypadku – druga część jest znacznie lepsza od pierwszej. Akcja jest praktycznie na każdej stronie, a napięcie można wyczuć w wielu momentach. O ile pierwszy tom mnie po prostu nieco nużył, tak tutaj faktycznie nie było nudy. To najbardziej cenna zmiana, jaka tutaj zaszła.

Coraz lepiej poznajemy głównych bohaterów, a uważny czytelnik zauważy jeszcze jedną istotną rzecz – zmiany, jakie w nich zaszły. Wydarzenia, które im towarzyszyły w przeciągu ostatniego roku odcisnęły na nich swoje piętno. A teraz wcale nie jest lżej – powiedziałabym nawet, że jest trudniej. Walka o przetrwanie trwa, a ludzie są tylko ludźmi – każdy patrzy na siebie, egoizm bierze górę. Ah, i uwielbiam sposób, w który autor przedstawia zwierzęcego bohatera – kot Lukullus jest znakomity! Idealnie oddał kocie zachowania, a powszechnie wiadomo, że jestem kociarą, więc ponownie mnie tym urzekł. Cieszę się, że pan Loureiro nie skupił się tylko na jednym miejscu akcji, ale rozdzielił je na Wyspy Kanaryjskie i Madryt.

Jeśli chodzi o język to już w przypadku pierwszej części w sumie nie miałam się do czego przyczepić. Tutaj utrzymywany jest ten sam poziom, ale w dużo większym stopniu potrafiłam sobie wyobrazić każde miejsce, bohatera czy sytuację. Może to kwestia tego, że faktycznie drugi tom bardziej przypadł mi do gustu. Nie myślałam o tym, żeby książkę odłożyć na półkę, bowiem lubię mocną akcję – tutaj może szału nie ma, ale było naprawdę interesująco. Pojawia się również nutka nieprzewidywalności, co dodatkowo podsyca atmosferę. Nie ukrywam, że jestem ciekawa, jak skończą się losy bohaterów.

Autor zrobił naprawdę spory postęp. „Mroczne dni” są lepsze od „Początku końca”, czytało mi się je znacznie lepiej. Tym razem potrafiłam się wczuć w całą historię i zaufajcie mi – nie jest ona marzeniem, które ktoś chciałby spełnić. To brutalna rzeczywistość, z którą przychodzi się zmierzyć ocalałym ludziom. Szczerze? Zdecydowanie nie chciałabym się znaleźć na ich miejscu. Przyjemna lektura, zapewniająca dobrą rozrywkę. Myślę, że fani takich książek będą naprawdę zadowoleni. Z chęcią zapoznam się z trzecią i ostatnią częścią, ponieważ ciekawość zwyciężyła – chcę wiedzieć, jak wszystko się zakończy. Mam nadzieję, że autor pozostanie w tak dobrej formie. Wystawiam 7/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/thriller/1460-apokalipsa-z-mroczne-dni-t2-9788377584996.html?shetishetani