sobota, 28 grudnia 2013

"Strażnicy piekła" - Graham Masterton


Graham Masterton bardzo szybko dostał się na moją listę ulubionych autorów. Jego książki mają w sobie coś, co bardzo mi odpowiada. Działają na psychikę, poruszają mnie, a podczas czytania targają mną sprzeczne emocje. Bardzo zżywam się z większością jego historii, chociaż jedne trafiają do mnie bardziej, drugie mniej – normalna sprawa, nawet w przypadku naszych naj autorów. Jednak jeden element zawsze pozostaje taki sam – książki Mastertona czytam z ogromnym zapałem i z wielką przyjemnością.

Z rzeki przepływającej przez Londyn – Tamizy – zostają wyłowione okaleczone zwłoki młodej dziewczyny. Policji udaje się ustalić jej tożsamość, jednak sprawa jest bardzo zagmatwana. Nikt bowiem nie wie, gdzie Julia Windward podziewała się przez ostatnie dziesięć miesięcy, nawet jej rodzina. Jednak jej brat – Joshua – wraz ze swoją dziewczyną – Nancy – przylatują z Ameryki do Londynu chcąc dopaść tego, go zabił Julię. W toku śledztwa okazuje się, że na pozór nic nie znacząca rymowanka dla dzieci jest kluczem do rozwiązania całej sprawy.

Wiecie, pan Masterton po raz kolejny potrafił mnie zadziwić. Tym razem wplótł w fabułę coś, co osobiście uwielbiam – motyw światów równoległych. Ciekawa interpretacja wierszyka dla dzieci, który jest najważniejszą wskazówką dla Josha. Znakomita realizacja tego wątku sprawia, że czytelnik nie ma najmniejszego problemu w połapaniu się, jak działają tajemnicze „drzwi” to innego świata, a także jakie zasady w nim panują. Może nawet powinnam napisać „w nich”, bowiem jest ich znacznie więcej – podobno nieskończenie wiele. Prowadzenie śledztwa, które właściwie ma związek z dwoma różnymi miejscami, mimo że nadal wszystko toczy się w tym czy innym Londynie, do łatwych rzeczy zdecydowanie nie należy. A jednak Josh nie daje za wygraną!

Akcja powieści nie pędzi może na łeb, na szyję, ale z pewnością nie pozwala czytelnikowi zasnąć czy się znudzić lekturą. Właściwie każda strona i każde wydarzenie odgrywają swoją rolę, więc nie można ich zbagatelizować. To właśnie charakteryzuje tę książkę – dopracowanie i logiczny przebieg fabuły. Wraz z każdym rozdziałem rozbudza się nasza ciekawość – dlaczego młode dziewczyny znikają bez śladu, no i dlaczego są pozbawiane organów wewnętrznych? Kto za tym stoi i z czym to jest związane? Głównie to sprawia, że przewracamy kartkę za kartką, nie patrząc na upływ czasu. Człowiek z natury jest istotą ciekawską, a rozwiązanie tej zagadki otrzymujemy dopiero na sam koniec.

Pomysł na różne wizje „alternatywnego” Londynu uważam za znakomity i dobrze wykonany. Ciekawą rzeczą są również postacie Zakapturzonych, które stale przewijają się we wszystkich wydarzeniach. Znaleźć tutaj można elementy rosnącego napięcia, przypływu adrenaliny i nawet grozy – głównie sprowadza się to oczywiście do scen tortur, pogoni i zabójstw. To właśnie lubię w książkach Mastertona – nie oszczędza on swoich bohaterów i tak naprawdę aż do samego końca nie możemy być pewni, co im się przydarzy. Nawet nie możemy być pewni, czy przeżyją. Dodatkowo opisy są rzetelne i dokładne, więc domyślam się, że osoby o słabych nerwach momentami mogą się kiepsko poczuć. Ja osobiście jeszcze bardziej podsyciłabym kilka scen, ale to już raczej „zboczenie czytelnicze” – zawsze mam w takich sprawach niedosyt.

„Strażnicy piekła” to jedna z lepszych pozycji, które wyszły spod pióra Grahama Mastertona. Książka jest przemyślana i dopracowana – od początku do samego końca. Czyta się ją lekko, szybko i przyjemnie, mimo że to połączenie horroru i sensacji. Uwielbiam tego autora za oryginalne pomysły i umiejętność doskonałego ich oddania, dzięki któremu czytelnik całkowicie może się przenieść do wykreowanego przez pana Mastertona świata. Chociaż nie jestem pewna, czy w każdej scenie chciałabym tam być obecna… Harfa śmierci, której doświadczył Josh, zrobiła swoje. Wystawiam 7/10.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Przegląd końca świata: Feed" - Mira Grant

http://www.wsqn.pl/ksiazki/przeglad-konca-swiata-feed/

Prawda może Cię zniszczyć. Prawda może Cię zranić. Prawda może Cię zabić. Tak… jakby na to nie patrzeć, tak to właśnie wygląda. Czasami życie w niewiedzy jest dużo lepsze. Bo nie raz autentyzm może całkowicie zmienić nasz pogląd na świat. Coś, w co od zawsze wierzyliśmy, coś, co zawsze nam wpajano jako jedyną ważną zasadę i prawidłowość, może okazać się jednym wielkim fałszem. I co wtedy? Wasz świat zaczyna się walić na łeb na szyję. Z drugiej jednak strony… może to być wyzwalające.

Hura! Udało nam się pokonać chorobę, która zabiera z naszego świata coraz więcej ludzi rocznie. Rak opanowany, mamy pewność, że nikt już nie zachoruje na żaden nowotwór. Piękna wizja… jednak wszystko ma swoje plusy i minusy. Minusem jest nowy wirus, który jest gorszy od transformacji nowotworowej. Rozprzestrzenia się w ludzkim organizmie w zawrotnym tempie, a człowiek zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Na czym polega problem? Na tym, że nie umiera – pozostaje żywy. No, przynajmniej w pewnym sensie. Georgia i Shaun Masonowie są dziennikarzami. Los dał im niezwykłą szansę – są na tropie konspiracji, która prawdopodobnie jest odpowiedzialna za wszystkie obecne wybuchy infekcji. A przecież „prawda musi wyjść na jaw, nawet jeśli jest śmiertelna”.

Zombie, zombie, zombie… dlaczego? Ja nie lubię zombie. Jakoś mało mnie kręcą książki z tym motywem. A tu na dodatek powieść polityczna, błagam! Ja i polityka? Porażka na całej linii. Zrobiłabym jednak ogromny błąd, gdybym w końcu się nie skusiła na książkę Miry Grant. Przyznaję – motyw nie w moim stylu, ale jednak ta powieść mnie całkowicie pochłonęła! Jakub Ćwiek bardzo ładnie to ujął – „Zainfekowała mnie!”. Zgadzam się z nim w 100 %. Ta książka jest jak wirus. Zaczniesz od pierwszej strony i nawet nie zauważysz kiedy znikniesz dla świata – będzie się liczyło tylko czytanie.

Właściwie nie ma się co dziwić – świetny pomysł na fabułę to jedno, ale jeszcze lepsza realizacja robią swoje. Historia jest przedstawiona niezwykle szczegółowo i dokładnie. Mira Grant włożyła w swoją pracę całe serce, co jest widoczne już na pierwszy rzut oka. Dopracowanie to coś, co wybitnie cenię w książkach. Tutaj nie mam się naprawdę do czego doczepić. Przedstawione zostało wszystko – skąd się wziął wirus, jak działa, technologia zabezpieczeń, hierarchia nowego społeczeństwa. Znakomity styl autorki też robi swoje – dojrzały język, który tak idealnie pasuje do klimatu i atmosfery, że aż ciężko w to uwierzyć. Akcja toczy się właściwie dosyć powolnie, a mamy tutaj aż 490 stron tekstu, jednak zaufajcie mi, jak już przyjdzie czas na ten moment, w którym adrenalina ma nam podskoczyć, to zdecydowanie wskoczy na najwyższy poziom. Nie brak tutaj scen, w których wydarzenia wbijają nas w fotel.

Bohaterowie są znakomicie wykreowani. Najlepiej poznajemy Georgię, ponieważ to ona jest narratorką całej historii. Bardzo oryginalna i ciekawa postać. Jej brat Shaun nieco się od niej różni, ale to właśnie jego słowa wywołują uśmiech na naszej twarzy. On wprowadza element humoru do historii pełnej tragizmu i intryg. W przypadku pozostałych charakterów jest równie dobrze – każdy z nich posiada widoczne tylko dla niego unikalne cechy. Ważnym elementem jest stała walka o prawdę, którą toczy rodzeństwo. Chcą poznać wszystkie fakty, są profesjonalistami, nie cofną się przed niczym, aby odkryć, kto jest odpowiedzialny za wybuchy epidemii. Georgia ma niezwykle analityczny umysł, to ona jest odpowiedzialna za planowanie i zawsze ma plan B, gdyby A nie wypalił. Shaun to raczej wykonawca, ale nie można mu zarzucić braku inteligencji.

A teraz najważniejsze… nieprzewidywalność! To, że autorka nie oszczędza swoich bohaterów to jedno, ale zrobiła coś, czego nigdy w życiu bym się nie spodziewała. Nie mogę Wam zdradzić, o co mi chodzi, bo wtedy już leżycie – cała przyjemność z czytania wybiera się na spacer i nie wraca, jednak jestem pewna, że Was to również zszokuje. Zrobiła coś, z czym nie spotkałam się jeszcze ani razu. Do tej pory nie wierzę, że tak wszystko się potoczyło… Po prostu to, co działo się już pod koniec książki wbiło mnie w stan niedowierzania i melancholii. Nie jestem w stanie opisać uczucia, które towarzyszyły mi podczas jednej sceny. To jest właśnie to coś, co sprawiło, że książka zyskała – szereg różnych emocji, które wzbudza w czytelniku. Miesza mu w głowie, porusza do głębi i nie daje o sobie zapomnieć.

Ogłaszam wszem i wobec, że „Feed” to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Świetny pomysł i wykonanie, autorka poradziła sobie ze zbudowaniem odpowiedniej atmosfery, stworzyła niesamowitych bohaterów, a przede wszystkim – napisała historię, która szokuje i wbija w fotel. Historię, która zapada w pamięci. Historię, która sprawia, że chcemy więcej, mimo tego, że po zamknięciu książki ogarnia nas dziwne uczucie i ciężko nam się pozbierać. Wielkie uznanie dla Miry Grant, że coś, czego nie lubię, stało się dla mnie wybitnie dobrą lekturą. Wystawiam 10/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

wsqn.pl

piątek, 20 grudnia 2013

"Milion słońc" - Beth Revis

http://publicat.pl/dolnoslaskie/oferta/beletrystyka-dla-mlodziezy-15/milion-slonc_65,6174,6293.html

Młodzieżowe science-fiction to w sumie dosyć mało rozpowszechniony gatunek wśród literatury. Mało autorów postanawia połączyć młodzieżówkę z sci-fi, co w sumie nawet mnie nie dziwi, bo na pierwszy rzut oka niezbyt to do siebie pasuje. Jednak niektórzy się odważyli, a wśród z nich znalazła się Beth Revis. Wyszło jej to na dobre, bowiem jej powieści „W otchłani” została nominowana do wielu nagród, a i także zdobyła status bestsellera NYT i tytuł Najlepszej Książki Amazon.com. Osobiście twierdzę, że zasłużyła na to.

http://paranormalbooks.pl/wp-content/uploads/2012/03/123e.jpgMisja zasiedlenia Centauri-Ziemi trwa nadal. Życie na „Błogosławionym” toczy się dalej, mimo problemów, z
którymi jego załodze przyszło się ostatnio zmierzyć. Starszy został nowym wodzem, mimo swojego młodego wieku. Jednak skoro zażegnano ostatnią tragedię, to wszystko powinno już pójść gładko. Niestety, okazuje się, że załoga statku ukrywa coś przed jego mieszkańcami. Jakby tego było mało, dochodzi do kolejnej serii morderstw. A ich przesłanie jest jedno – „Bądź posłuszny władzy”. Starszy musi zmierzyć się z tymi wszystkimi problemami, natomiast Amy ma swoją własną misję…

Jak można wywnioskować z pierwszego akapitu, polubiłam twórczość pani Beth Revis. Pierwsza część tworzonego przez nią cyklu była naprawdę dobra, dlatego z ogromną przyjemnością sięgnęłam po tom drugi – „Milion Słońc”. Ponownie otrzymałam dopracowaną powieść, o świetnej fabule i wyraźnych bohaterach. Uznanie dla autorki za znakomity pomysł i udane przelanie go na papier. Każda intryga jest doskonale zaplanowana, wydarzenia i ich kolejność są przemyślane, a rozwiązania tajemnic nie zawsze takie proste. Stworzenie ciekawej historii, gdzie miejsce wydarzeń ograniczone jest jedynie do tak małej powierzchni jak statek kosmiczny, nie wydaje mi się być czymś banalnym. Trzeba mieć w głowie naprawdę dobrą wizję, żeby stworzyć coś, co czytelnika zainteresuje. Pani Revis się to udało.

Po raz kolejny mamy do czynienia z rozdzieleniem narracji na punkt widzenia Starszego i Amy. Jest to coraz częściej stosowany zabieg, który ma swoich zwolenników jak i przeciwników. Ja osobiście uważam to za coś pozytywnego, bo dzięki temu poznaję myśli każdego z dwójki głównych bohaterów. Starszy ma własne problemy, które go zaczynają nieco przerastać, ale dzielnie sobie radzi. Nie poddaje się, podobnie jak i Amy, która ma do rozwikłania tajemnicę. Tajemnicę zmieniającą wszystko, dosłownie. To, w co wierzyła do tej pory, może okazać się jednym wielkim kłamstwem. Właściwie bardzo lubię tę dwójkę bohaterów – może nie jestem z nimi wybitnie zżyta, ale zaskarbili sobie moją sympatię. Podobnie jak kilku innych, chociażby Doktorek.

https://www.goodreads.com/book/photo/15754717-a-million-suns
Akcja toczy się tempem umiarkowanym, przyspiesza dopiero pod koniec, gdzie dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Fakty, które zbieraliśmy przez całą powieść zaczynają układać się w niezwykle logiczną całość. Muszę przyznać, że zakończenie mnie nieco zaskoczyło – osobiście nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, a co dopiero odkrycia tego, kto jest odpowiedzialny za kolejne zbrodnie na statku. Autorka ponownie zaciekawiła mnie już od pierwszy stron, a potem apetyt rósł w miarę czytania coraz bardziej. Nie mogłam się doczekać zakończenia, a gdy już zamknęłam lekturę po całkowitym jej przeczytaniu było mi smutno, że to już koniec i muszę czekać na kolejną część, aby móc znów przeżyć kolejne „przygody” wraz z Amy i Starszym.

„Milion słońc” to godna kontynuacja pierwszego tomu. Autorce udało się utrzymać ten sam poziom – zarówno w stylu, jak i rozwijaniu fabuły i wzbudzaniu mojego zainteresowania. Dodatkowo narobiłam sobie ogromnego smaka na kolejny tom po przeczytaniu jego opisu po angielsku. To będzie naprawdę coś! Znakomita książka, którą się bardzo, ale to bardzo przyjemnie czyta. To nie jest tylko przygoda na „Błogosławionym”, to historia o władzy, niepewności, walce, oddaniu, przyjaźni, zaufaniu… Jest w niej tak wiele elementów, które ją urozmaicają i dodają głębi, że ciężko mi wszystkie wymienić. Powiem krótko – naprawdę warto zapoznać się z twórczością pani Revis. Wystawiam 8/10.

Za  egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

publicat.pl

poniedziałek, 16 grudnia 2013

"Lekarz kwantowy" - Amit Goswami

http://www.illuminatio.pl/ksiazki/lekarz-kwantowy/

Fizyk kwantowy – wiele osób takie stwierdzenie przeraża. A może nie tyle przeraża, co po prostu sprawia, że w ich głowach pojawiają się wspomnienia z czasów szkolnych, gdzie fizyka była jedną z traumatycznych godzin lekcyjnych. To prawda, fizyka do łatwych dziedzin nie zależy, ale otacza nas od zawsze. Wszystko poddane jest prawom fizycznym, a za ich pomocą wyjaśniono już wiele zjawisk. Jednak czy można tym sposobem wyjaśnić również działanie medycyny niekonwencjonalnej?

Okazało się, że można. Amit Goswami, doktor fizyki, który obecnie podróżuje po świecie i prowadzi wiele wykładów, stworzył książkę, która łączy w sobie naukę ze swego rodzaju energetyką duchową, nie tą materialną. Właściwie, w dzisiejszych czasach jest to nie do pomyślenia, żeby łączyć ze sobą te dwie rzeczy. Jednak, jak widać, są jeszcze naukowcy, którzy nie zapominają o tym, że człowiek to nie tylko ciało, ale i coś więcej. Czyli mamy tutaj do czynienia z fizykiem kwantowym, który wierzy, że świadomość może nas uzdrowić… brzmi wręcz absurdalnie, biorąc pod uwagę tych wszystkich lekarzy, którzy to negują.

Książka podzielona jest na cztery części. Pierwsza dotyczy samej koncepcji kwantowej i tego, co ma wspólnego z medycyną. Znaleźć tutaj można wiele nowych i zaskakujących informacji, o których na co dzień się nie słyszy, a co dopiero myśli. Przyznaję, że nie jest to wiedza prosta w przyswojeniu, ale na pewno jest tego warta. Druga część przedstawia nam informacje na temat ciała witalnego. Te strony czytało mi się chyba najprzyjemniej – ajurweda, medycyna chińska i homeopatia – rzeczy mi bliskie, a i przyjemne. W trzeciej i czwartej części ponownie wracamy do leczenia kwantowego – to właśnie tutaj otrzymujemy meritum całej sprawy – dowody na to, że medycyna niekonwencjonalna jednak działa – są na to dowody i mnóstwo przypadków, które Was zadziwią.

Język autora niby nie jest ciężki, ale sama tematyka do łatwych nie należy. Z tego powodu należy jednak całkowicie się skupić podczas czytania, bo inaczej mija się to z celem. Nie należy się obawiać tego, że będziemy mieć tutaj do czynienia z mnóstwem terminów naukowych, których nie zrozumiemy. O dziwo – książka jest naprawdę konkretna i na temat, ale przy tym wszystkim łatwa w odbiorze, pod warunkiem, że nic nas nie będzie rozpraszać. Oczywiście za pierwszym razem nie jesteśmy w stanie sobie wszystkiego przyswoić, ale i tak wiele informacji pozostaje w głowie. Ta pozycja to bardzo rzetelna robota. Nie jest to kolejna lektura, gdzie w każdym rozdziale dowiemy się tego samego, a wszystko sprowadza się do „uśmiechaj się to wyzdrowiejesz”. To podejście jest dużo bardziej naukowe, nieco medyczne, ale przede wszystkim jest w nim głębia, a nie coś banalnego.

Lektura „Lekarza kwantowego” była naprawdę znakomitą przygodą. Treści przekazywane przez autora były ciekawe, a co najważniejsze – idealnie do mnie trafiły. Uwielbiam książki, gdzie nauka spotyka się z tym, co zazwyczaj uważamy za jej przeciwieństwo. Gdyby taka wiedza dotarła do wszystkich ludzi, a lekarze zmienili by swoje podejście na takie, które przedstawia Amit Goswami, na pewno wyszłoby to każdemu na dobre. Byłaby to nie lada rewolucja w medycynie, ale uważam, że po niej, byłoby znacznie lepiej. Polecam zapoznanie się z dziełem tego autora, bo jest ono tego warte – zakorzenienie w sobie tej wiedzy może Wam pomóc – wiem z autopsji, że to działa.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

illuminatio.pl

piątek, 13 grudnia 2013

"MISSja survival" - Libba bray

http://publicat.pl/dolnoslaskie/oferta/beletrystyka-dla-mlodziezy-15/missja-survival_65,6174,6297.html

Konkursy piękności – błysk fleszy, uśmiech na stałe goszczący na twarzach kandydatek, blask, błysk, suknie wieczorowe, śmietanka towarzyska. To moje pierwsze skojarzenia z tym wydarzeniem. Jakby wejść w to jeszcze głębiej to musiałabym tutaj napisać rozprawkę, co sądzę na temat takowych konkursów, jednak może to pominę. W każdym bądź razie moja wizja jest jedna – mnóstwo zawistnych dziewuch, zadufanych w sobie, których największym problemem jest to, że kosmetyczka pomalowała im paznokcie na zły kolor, a kosmyk włosów odstaje w prawo, a nie w lewo.

Miss Nastoletnich Marzeń – konkurs, dzięki któremu dziewczęta w wieku od 14 do 18 lat mogą spełnić swoje dziecięce wizje. Przedstawicielki poszczególnych stanów są już jednym krokiem na scenie wielkiego finału. Pech chce, że samolot, którym lecą na miejsce tego wydarzenia ulega katastrofie. Rozbija się na bezludnej wyspie, a wszyscy dorośli tragicznie giną. Grupa dziewcząt pozostaje sama, na środku oceanu, bez jedzenia, schronienia i wsparcia. Czy takie młode osóbki, którym w głowie tylko wygrana, dadzą sobie radę? I co będzie, gdy okaże się, że ta edycja konkursu jest czymś znacznie więcej niż tylko konkursem piękności?

Wiecie, początkowo myślałam, że to będzie naprawdę niezbyt interesująca historyjka o dziewczynach w stylu „błyszczyk, tipsik i solara – taka fajna ze mnie lala”. Pomyliłam się – na całe szczęście! Panią Libbę Bray bardzo cenię za serię Magiczny Krąg. Właściwie to już od pierwszych stron widoczny był styl charakterystyczny dla tej autorki – bardzo dobry język, idealnie dopasowany do książki. Nie jest płytki, nie jest jałowy – to w dużej mierze sprawia, że na pozór banalna historia zyskuje głębie i większe znaczenie. Mimo że tematyka nie zalicza się do moich ulubionych, to z przyjemnością czytało mi się tę książkę – od początku do samego końca.

Początkowo problemem była dla mnie liczba bohaterek – jest ich dosyć sporo, a mamy do czynienia z narracją trzecioosobową, więc tak na dobrą sprawę nie poznajemy dokładnie żadnego punktu widzenia. Jednakże po pewnym czasie jest już bardzo łatwo się połapać, kto jest kim, a i okazuje się, że nasze dziewczęta wcale nie są tylko i wyłącznie wymalowanymi lalkami. Każda z nich posiada unikalne talenty, każda ma swoje własne cele, ambicje i priorytety. Wystarczająco dobrze nakreślone postacie, które są bardzo barwne i przedstawiają różnorodne charaktery. Powiem więcej – dowiecie się momentami takich rzeczy, które Was baaaaardzo zdziwią i może nawet wprawią w osłupienie. Okaże się bowiem, że nie wszystkim chodziło tylko o zdobycie tytułu Miss.

Teraz przemyślmy fabułę – sam motyw katastrofy i dziewczyn, które po prostu czekają na ratunek byłby nudny. Mija dzień za dniem, a one po prostu siedzą i użalają się nad sobą. Jednakże nie mamy tutaj czegoś takiego! Wraz z upływem czasu pojawiają się nowe przygody i nowe wyzwania. Z czasem na jaw wychodzą tajemnice, o których nikt nie miał pojęcia. Ciekawe poprowadzenie akcji, w miarę dobre tempo i intrygujący punkt kulminacyjny. Książka z jednej strony jest zabawna, ale gdy spojrzeć na to nieco inaczej, to pewne elementy wcale nie są takie kolorowe. Nie będę ujawniać szczegółów, bo to na pewno popsuje zainteresowanym radość z czytania, ale na pewno nie jest to tylko bajeczka o dziewczętach, które pragną zostać Miss Nastoletnich Marzeń.

Przyznaję, że sceptycznie podchodziłam do tej pozycji i się jej nieco obawiałam. Na szczęście, moje obawy okazały się bezpodstawne. Nie jest to literatura górnych lotów, ale dla młodzieży, a dokładniej części żeńskiej – idealna rozrywka. Gama różnobarwnych bohaterek, ciekawe przygody, zaskakujące zwroty akcji – to wszystko macie zapewnione. Książka już od pierwszych stron skojarzyła mi się z filmem „Miss Agent”, gdzie główną rolę grała Sandra Bullock. Bardzo podobne klimaty. Miła lektura, która powinna przypaść do gustu całkiem licznemu gronu czytelniczek. Czas spędzony miło, była to po prostu dobra rozrywka i zabawa – wystawiam 7/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję:

publicat.pl

wtorek, 10 grudnia 2013

"Mafia spółka jawna" - Giovanni Tizian

http://muza.com.pl/literatura/1484-mafia-spolka-jawna-9788377584880.html

Mafia najczęściej kojarzy się ludziom z prawdopodobnie najbardziej znaną powieścią Maria Puzo. Faktycznie stworzył on w swojej książce, a właściwie książkach, świat pełen przestępczości, który idealnie oddaje poczynania mafijne. Jednakże nie jest to tylko fikcja literacka. Mafia istnieje naprawdę i to nie tylko we Włoszech. Jej wpływy są ogromne, a rzeczy, do których jej ludzie są w stanie się posunąć, aby osiągnąć swoje cele, są wręcz niewyobrażalne.

„Mafia spółka jawna” to książka autorstwa Giovanniego Titziana, który miał do czynienia z tym typem przestępczości zorganizowanej. Nie był jej członkiem, ale stale w jego życiu pojawiały się informacje o aferach, w które były zaangażowane kluby mafijne. Nawet jego rodzina padła ofiarą działań mafii. Zamieszczonych tutaj historii jest sporo, więc ciężko mi opisywać każdą z nich z osobna, ale z pewnością nie są to opowieści łatwe. Ta tematyka od zawsze była trudna i kontrowersyjna, aż czasami dziwiłam się ludziom, którzy odważyli się ją poruszać na forum publicznym. Niby nie łamią omerty, ale mimo wszystko ujawniają światu coś, co powinno zostać tematem tabu.

Spodobał mi się język autora – jest pełen ciekawych metafor i idealnie pasuje do klimatu książki. Nie wiem czemu, ale poczułam, że ma w sobie coś ciężkiego i mrocznego. Nie jest łatwy w odbiorze, bowiem trzeba się skupić na czytaniu, inaczej łatwo się pogubić. Doradzałabym ciszę i spokój, które zapewniają nam zatracenie się w książce. Dobrze by po prostu było, gdyby nic podczas zapoznawania się z historiami przytoczonymi przez autora nas nie rozpraszało. Mamy tutaj sporo nazwisk, miejsc, sytuacji – to naprawdę wymaga od nas sporej dawki uwagi. A osoby, które są tym tematem zainteresowane z pewnością chciałyby dowiedzieć się jak najwięcej – i jak najwięcej zapamiętać.

Nie zdziwiło mnie to, że jeden rozdział wciągnął mnie bardziej niż drugi. Tak to w wielu przypadkach bywa, to po prostu kwestia gustu. Jedne historie są bardziej brutalne od innych, a niektóre jakoś łatwiej nam wchodzą w pamięć. Podziwiam jednak autora za zebranie i spisanie tak wielu faktów, dat i ludzi. Konkretna i rzetelna robota. To niesamowite, z czym ludzie muszą się czasami zmierzyć. Czytelnika może zadziwić również fakt, że mafia jest stale wokół nas. Niby się o tym nie mówi, niby się nic nie dzieje, a jak widać po lekturze tej pozycji – jest to codzienność. Jej wpływy są wszędzie.

Książka zawiera naprawdę sporo faktów, a osoby zainteresowane przestępczością zorganizowaną mogą w dużym stopniu poszerzyć swoją wiedzę na ten temat. Do lekkich nie należy, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Osobiście jestem z tej lektury zadowolona, chociaż czytało się trochę ciężko. Czasami jednak warto skupić swoją uwagę na jednej konkretnej rzeczy – w tym przypadku tylko i wyłącznie kodowaniu faktów i czytaniu – niż myśleć o niebieskich migdałach. To zdecydowanie moja tematyka, więc pozycja przypadła mi do gustu i możliwe, że kiedyś jeszcze do niej wrócę – w końcu nie sposób zapamiętać tak wielu rzeczy po jednorazowej lekturze. A jednak lubię pogłębiać swoją wiedzę. Osobom zainteresowanym polecam jak najbardziej, jednak Ci, którzy nie czują potrzeby zapoznawania się z nią powinni sobie darować, bo mogą się za bardzo męczyć. To raczej lektura dla tych, którzy to lubią.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu

muza.com.pl

oraz firmie Business & Culture

http://muza.com.pl/literatura-faktu-i-reportaz/1484-mafia-spolka-jawna-9788377584880.html?shetishetani

czwartek, 5 grudnia 2013

"Drugi grób po lewej" - Darynda Jones


Ile to już czasu minęło, od kiedy miałam w rękach romans paranormalny! No dobra, może nie aż tak dużo, ale kiedyś czytywałam ich znacznie więcej niż teraz. To chyba powód tego, jak bardzo je teraz doceniam i jak miło spędzam z nimi czas. Tylko nie myślcie sobie, że zadowolę się byle czym! Tak łatwo to nie ma. Jak książka jest zła to jest zła… i nic tego nie zmieni. Jednak w moje łapki trafił drugi tom przygód Charley Davidson, którą naprawdę polubiłam.

Środek nocy – każdy normalny człowiek śpi. Nawet kostucha czasem tego potrzebuje, jednak czy Charley naprawdę może sobie na to pozwolić? Nie, bowiem jej przyjaciółka Cookie budzi ją w dosyć brutalny sposób i wyciąga z domu. Gdyby jeszcze chodziło o imprezę z dużą ilością czekolady… ale nie. Okazuje się, że przyjaciółka CookieMimi – zniknęła 5 dni temu, a teraz nagle prosi o spotkanie. Jednak nie pojawia się w umówionym miejscu, a pani detektyw i Cookie znajdują tam tylko dziwną, zakodowaną wiadomość. Kostucha musi rozwikłać tajemnicze zaginięcie, a im głębiej w nie wchodzi, tym bardziej skomplikowana sprawa się robi. A na głowie ma jeszcze Reyesa – niebezpiecznego, ale i wyjątkowo seksownego syna Szatana…

To, że Darynda Jones ponownie zapewni mi kilka godzin rozrywki było niemal pewne. Pierwszą część przygód detektyw Davidson czytało mi się znakomicie, dlatego z ogromną przyjemnością sięgnęłam po kolejny tom cyklu. Cieszę się, że widać w nim rozwój autorki, bowiem coraz bardziej wyrabia się językowo i merytorycznie. Wątek główny stanowi oczywiście śledztwo w sprawie Mimi, które wcale nie jest takie proste jak na romans paranormalny. No właśnie, zauważacie to? Romans paranormalny, gdzie wątkiem głównym nie jest randkowanie głównych bohaterów. Niesamowite! A jednak. Oczywiście pani Jones o tym nie zapomniała, bowiem nadal mamy gorące sceny z udziałem Reyesa, a jego motyw nie został pominięty, jednak stanowi równoważny wątek uzupełniający.

Autorka ma coraz lepsze i ciekawsze pomysły. Zaginięcie Mimi jest w pewnym stopniu nieprzewidywalne, a parę elementów naprawdę może Was zaskoczyć. Droga Charley nie jest usłana różami – musi ona stawić czoła problemom i niebezpieczeństwom, które zagrażają nie tylko jej, ale i jej bliskim. A dodatkowo jeszcze Reyes wymyśla sobie rzeczy, które jej zdecydowanie nie odpowiadają. Cieszę się, że te dwie historie zostały idealnie połączone w jedną. O ile w pierwszej części widziałam trochę niedociągnięć i błędów, tak tutaj było ich znacznie mniej – no chyba, że to kwestia tłumaczenia i korekty, ale nawet jeśli, to też widzę poprawę. To naprawdę dobry i znaczący postęp, bo uważnym czytelnikom takie „drobnostki” mogą niezwykle przeszkadzać. Barwne opisy, dobra kreacja bohaterów, sporo akcji, chwile napięcia – to wszystko jest tutaj obecne. Może nie w stopniu maksymalnym, ale na pewno w wystarczającym.

Coraz bardziej lubię główną bohaterkę. Kostucha staje się coraz bardziej zaradna, pewna siebie i arogancka – a to coś, co w książkowych rolach kobiecych sobie cenię. No i Reyes – ta tajemniczość i niebezpieczeństwo, które go charakteryzują są czymś znakomitym. Z ogromną przyjemnością śledziłam poczynania Charley, są one naprawdę dobrze opisane, a momentami i zabawne. Ważną rzeczą jest to, że tajemnica trwa przez całą powieść, pojawiają się pewne komplikacje, a czytelnik może sam sobie zadać pytania „Kto? Po co? I dlaczego?”. Każdy chyba lubi pobawić się w detektywa, a tutaj ma to umożliwione. Oczywiście należy tylko pamiętać, że nie jest to kryminał ani nawet typowa powieść detektywistyczna, więc nie można tego wątku porównywać do takich powieści. Dla mnie istotne jest zawsze to, czy dzięki stylowi autora/ki jestem w stanie sobie wszystko wyobrazić we własnej głowie – nie tylko same wydarzenia, ale także i miejsca, w których do nich dochodzi. Tutaj mi się udało, więc jest dobrze.

Myślę, że to jeden z tych nielicznych przypadków, gdzie druga część jest nieco lepsza od pierwszej. Cieszę się, że dobry poziom został utrzymany, a pani Jones zmierza w dobrym kierunku. Jestem pewna, że w kolejnej części zapewni nam po raz kolejny sporą dawkę rozrywki, humoru, ale i mnóstwo porywającej akcji i wciągającej fabuły. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, nie zwracamy uwagi na upływ czasu. Może nie wyróżnia się niczym nowym, może czasami nawet powiela schematy, ale wiecie co? Naprawdę nie zwracałam na to uwagi. Ważne jest, że czyta się ją bardzo miło, a historia potrafi nas zaciekawić. Z pewnością można się przy niej dobrze bawić, a czy nie o to właśnie chodzi w czytaniu? Wystawiam 7/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:

papierowyksiezyc.pl
 

wtorek, 3 grudnia 2013

"Rozkosze nocy" - Sylvia Day

http://muza.com.pl/literatura/1492-rozkosze-nocy-9788377584972.html

Sylvia Day znana jest w Polsce ze swojej trylogii o Cross’ie. W siedem miesięcy udało jej się sprzedać 5 milionów książek, a to naprawdę wynik zasługujący na uznanie. Najnowsza powieść tej autorki ukazała się w naszym kraju niedawno dzięki wydawnictwu MUZA. Brzmi ona „Rozkosze nocy” i jak łatwo się domyślić, nie jest to książka dla małych dzieci… Czyżby ujawniła się następczyni autorki „50 twarzy Greya”?

Lyssa Bates to piękna, mądra i zaradna kobieta. Pracuje jako weterynarz i spełnia się zawodowo, jednak jej życiu towarzyskiemu trochę brakuje. Nie zwraca uwagi na mężczyzn, a to z powodu nieziemskiego przystojniaka o niebieskich oczach, który odwiedza ją w snach. Tylko on jest w stanie zapewnić jej rozkosz, której Lyssa nie może zapomnieć. Tylko on ją rozumie, tylko przy nim czuje się bezpieczna. Facet ma tylko jedną wadę – jest jedynie sennym marzeniem. Przynajmniej do czasu aż któregoś pięknego dnia puka do jej drzwi. Jednak jak to możliwe, że ta czarująca istota stała się realna?

Powieści erotyczne nie są niczym nowym, jednakże w przeciągu ostatniego roku zrobił się na nie szał. Teraz coraz łatwiej znaleźć książki, gdzie boski mężczyzna zaleca się do normalnej kobiety i spełnia jej erotyczne zachcianki. „Rozkosze nocy” są dokładnie tym typem literatury, jednak autorka dodała tutaj elementy fantasy. Świat Zmierzchu, gdzie żyją Strażnicy Snów walczący z Koszmarami. Pojawia się motyw przepowiedni o Kluczu, który otwiera tajemnicze Wrota, co jednak nie zapowiada się na nic dobrego. Dlatego Klucz trzeba zniszczyć, aby nie dopuścić do zagłady świata. W sumie podchodzi to prawie pod paranormal romance 18+, chociaż nie jestem całkowicie przekonana.

Świat Zmierzchu nie został przedstawiony aż tak, żeby skupiać się na analizowaniu elementów paranormalnych w tej książce. Właściwie miał to chyba być tylko dodatek uzupełniający czy też może bardziej urozmaicający. Wyszło średnio, bowiem nawet sam Aidan nie jest nikim wyjątkowym. Może po prostu autorka nie chciała skupiać się tylko na normalnym życiu, tylko chciała czytelnikowi zapewnić dodatkowy wątek, który w sumie stanowi drugą część fabuły. Pierwsza to oczywiście romans Lyssy i Aidana. Nie zdziwi Was zapewne informacja, że opiera się on głównie na zbliżeniach seksualnych, które pojawiają się nad wyraz często. Jak dla mnie – za często. Nie mam nic do takich wątków i scen, jednak powinny być utrzymywane w granicach dobrego smaku – co za dużo to nie zdrowo. Dodatkowo są one niemal takie same, więc po co czytelnik ma czytać powtórzenia?

Język, którym posługuje się pani Sylvia Day jest raczej prosty, a momentami wręcz banalny. Sama fabuła do skomplikowanych też nie należy. Właściwie nie jest to książka o trudnej tematyce, co nikogo zapewne nie zadziwi. Prosta i lekka lektura, która nie wymaga od czytelnika skupienia, a co dopiero myślenia i rozwikłania całej sytuacji. Dosyć przewidywalny bieg wydarzeń, chociaż w takich książkach nie robi mi to większej różnicy. Trzeba jednak przyznać, że akcja się nie wlecze, bowiem ma dosyć szybkie tempo, jednak nie jest w stanie aż tak bardzo zaciekawić czytelnika. Niestety, nie jest to książka, która zapadnie Wam na długo w pamięci. To pozycja do przeczytania na raz, nie więcej.

Jeśli chodzi o ten typ literatury, to naprawdę jestem wybredna. Wszędzie dopatrzę się niedociągnięć i błędów, ale tak to już jest w tym przypadku – ciężko znaleźć równowagę i umiar, a co dopiero wpleść tutaj wątki i motywy, dzięki którym książka by zyskała. „Rozkosze nocy” traktuję jako powieść typowo rozrywkową, która pozwala się odstresować. Z pewnością nada się na zimowy wieczór z kubkiem herbaty w ręku. Lekka i niewymagająca historia, którą szybko się czyta. Wystawiam ocenę 5/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu