poniedziałek, 30 września 2013

"Nexus" - Ramez Naam


Rozwój naukowy i technologiczny to rzeczy nieuniknione. Z dnia na dzień naukowcy odkrywają mnóstwo nowinek dotyczących medycyny, genetyki czy innych dziedzin, które wpływają na komfort ludzkiego życia. Podobnie w przypadku rozwoju techniki – nowoczesne urządzenia, w których znaleźć można coraz więcej funkcji i możliwości. Wszystko ładnie i pięknie, ale każdy kij ma dwa końce. Aż mi się nasuwa na myśl eugenika, przez którą Adolf Hitler chciał stworzyć „czystą rasę”. Może to nadinterpretacja sytuacji z „Nexusa”, ale tytułowy nanonarkotyk też ma na celu „ulepszanie” ludzi.

Rok 2040. Ludzkość jest bliska „wskoczenia na następny level”. Wszystko dzięki nanonarkotykowi, który znany jest pod nazwą Nexus. To on umożliwia łączyć ludzkie umysły, to dzięki niemu można kontrolować emocje i uruchamiać poszczególne cechy osobowości. Jego zwolennicy stale tworzą coraz to nowe wersje – ulepszone wersje. Jednak wśród społeczeństwa znajdują się i jego przeciwnicy, którzy mają tylko jeden cel – zniszczyć Nexusa i wszystko, co ma z nim związek. Młody naukowiec, który pracuje nad wprowadzeniem poprawek do nanonarkotyku zostaje niestety (albo  i stety) złapany przez oponentów. Aby uratować siebie i swoich przyjaciół musi nawiązać z nimi współpracę, podczas której okaże się, że walka o Nexusa to coś znacznie więcej niż tylko ludzkie fanaberie…

„Nexus” jest debiutem literackim Ramez’a Naam’a. I wiecie co Wam powiem? Jak na debiut jest naprawdę nieźle! Oczywiście uważny i wymagający czytelnik dopatrzy się kilku niedociągnięć, o których również wspomnę, ale wolałabym rozpocząć od tych dobrych cech tej powieści. Jednak czy było coś konkretnego, co sprawiło, że chciałam po nią sięgnąć? Owszem. Uwielbiam historie o prawdopodobnej przyszłości, gdzie mamy dodatkowo do czynienia z zaawansowaną nauką – totalnie moja bajka. 

Przede wszystkim – oryginalność. Nie spotyka się na polskim rynku zbyt wielu książek o takiej tematyce. Powiew świeżości to coś, co każdy lubi. Autor w znakomity sposób przedstawił historię Nexusa, jego możliwości, skutki użycia. Jednak to jeszcze nie wszystko – wojna pomiędzy jego zwolennikami i przeciwnikami stanowi tutaj wątek główny, któremu nic nie brakuje. Widać, że to na nim pan Naam postanowił skupić się najbardziej. Wątków pobocznych ciężko się tutaj doszukiwać, co w sumie zaliczam w tym przypadku do plusów, bowiem myślę, że inne motywy by mnie tylko rozpraszały podczas czytania. Tutaj ważną rzeczą jest skupienie się na tym najważniejszym temacie, bo to on jest najbardziej porywający i intrygujący.

Akcja nie pędzi zatrważająco szybkim tempem przez całą książkę. W sumie otrzymujemy to dopiero na ostatnich 150 stronach, co oczywiście nie oznacza, że przez pierwsze 300 będziemy się nudzić. Dzieje się całkiem sporo, a my mamy czas, aby powoli przyzwyczaić się do klimatu powieści, co jest bardzo istotnym elementem. Jednak nie brakuje tutaj nagłych zwrotów akcji, mocnego języka, scen walki czy też problemów, z którymi zmierzyć się muszą bohaterowie. A skoro już o bohaterach wspomniałam… znakomite portrety psychologiczne, pod warunkiem, że faktycznie czytamy ze zrozumieniem i z zaangażowaniem. Nie spodziewajcie się tutaj zdań typu: „Zbuntowany i porywczy Kade…”, tutaj trzeba poruszyć szare komórki, aby stworzyć w swojej głowie konkretną charakterystykę. Dobrze przemyślane przez autora umieszczenie ich w powieści, które sprawiło, że ich historia stała się jeszcze ciekawsza. Jak na debiut literacki, język powieści jest naprawdę dojrzały i przyjemny.

Książka tak na dobrą sprawę porusza bardzo ważny i w sumie całkiem prawdopodobny problem. Eksperymentalny nanonarkotyk, dzięki któremu można kontrolować umysł. Ma to swoje zalety – pomoc w przyswajaniu wiedzy, zyskanie opanowania w trudnych sytuacjach… Jednak, gdy wpadnie w nieodpowiednie ręce? Tu już się pojawia problem. Stworzenie armii niewolników stanie się czymś banalnym. Podzielam zainteresowanie autora tą tematyką, która niby jest tylko fikcją, a z drugiej strony czymś, co faktycznie może się wydarzyć. Dzięki temu książka zyskuję sporą dawkę realizmu. Mam tylko problem z jedną rzeczą – trochę za mało sci-fi w sci-fi. Na miejscu autora „poszalałbym” nieco bardziej… można było wprowadzić bardziej zaawansowaną technologię niż tablet, a Kade czy też inne postaci mogły poruszać się przyszłościowymi środkami transportu, a nie zwykłymi samochodami.

Zdecydowanie największym plusem tej powieści jest sam pomysł, ale i wykonanie nie pozostawia wiele do życzenia. Nie spodziewałam się, że książka aż tak mnie zaaprobuje. Sporo akcji, brak znużenia, oryginalni bohaterowie. Drobne mankamenty powieści zostają całkowicie przykryte przez dominujące nad nimi zalety. Przyznaję się szczerze – „Nexus” mnie pochłonął. Moja ciekawość została niezwykle rozbudzona, a nagłe zwroty akcji ją jeszcze zwiększyły. Powieść tę należy jednak czytać z oddaniem, bowiem inaczej możemy się troszeczkę zagubić. Wystawiam 7/10 i czekam na kolejny tom!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


piątek, 27 września 2013

"Piękny kraj" - Alan Averill


„Wehikuł czasu – to byłby cud…”

„Piękny Kraj” otrzymał nagrodę Amazon.com za najlepszą powieść 2012 roku. To już o czymś świadczy, prawda? Zyskała naprawdę mnóstwo pozytywnych opinii, a zapewne też spore grono fanów. Nie ma się co dziwić – książka ma w sobie coś, co potrafi czytelnika całkowicie omamić. Jednak zacznijmy może od początku, bo zaczynanie od środka nigdy nie kończy się za dobrze.

Głównym bohaterem „Pięknego Kraju” jest młody mężczyzna o imieniu Tak. Poznajemy go w dosyć nietypowej sytuacji, bowiem w chwili, w której próbuje on targnąć się na własne życie. Jednakże sytuacja obraca się o 180 stopni. Tak zostaje pracownikiem pewnej firmy, która potrzebuje go do „celów eksperymentalnych”. Ma przetestować Maszynę – urządzenie służące do podróży w czasie, ale jak się okazuje – nie tylko. Jest to narzędzie, które potrafi robić z czasem niesamowite, ale i równie niebezpieczne rzeczy. Odniosę się teraz do cytaty z początku tej recenzji – taka maszyna to cud, prawda? Któż z nas nie chciałby się cofnąć wstecz i zmienić czegoś, czego bardzo żałuje? No tak, ale mieszanie z czasem bywa zgubne, bardzo zgubne…

Książek o podróżowaniu w przeszłość można już trochę znaleźć na polskim rynku wydawniczym. Wydawałoby się więc, że powieść Alana Averill’a nie jest niczym oryginalnym. Pierwszy błąd! Nie jest to, jak mogłoby się wydawać po opisie na tylnej okładce, historia zbuntowanego nastolatka, który chce odzyskać ukochaną. To znakomita powieść science-fiction, która łączy w sobie dodatkowo elementy akcji, apokalipsy, cierpienia, honoru, miłości, przyjaźni. Ukazuje walkę pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co dla nas ważne. To książka o podejmowaniu niezwykle istotnych decyzji, a także o chęci władzy i panowania nad światem. Co więcej – każdy element jest tak umiejętnie wpleciony w fabułę, że aż podziw ogarnia czytelnika. Powstaje jedna logiczna całość, która całkowicie zyskuje naszą uwagę i wciąga nas coraz głębiej i głębiej…

„-Życie jest samolubne – mówi. – Drapieżca pożera ofiarę, wirus niszczy gospodarza. Żądza przetrwania jest gwałtowna i zarazem dziwna, a sukces mogą odnieść wyłącznie ci kompletnie pozbawieni serca. Pytasz o resztę świata? Pieprzę resztę świata, Judith.”

Ten cytat znakomicie oddaje klimat tej historii. Tematyka wcale nie jest taka prosta  - teoretycznie to tylko fikcja, ale kto wie, czy naukowcy nie stworzą kiedyś podobnej Maszyny? Czy mamy jakąkolwiek pewność, że fikcja nie przerodzi się w coś realnego? Takie wywody jednak zostawmy z boku, bo nie o to tutaj chodzi. Chcę Wam tylko uświadomić, że podobne myśli budzą się w głowie czytelnika, a to znaczy, że książka wywiera na nas spory wpływ. Nie ma się co dziwić, nawet sami bohaterowie są bardzo realistyczni i życiowi. Ich cechy charakteru możemy zobaczyć podczas najprostszych czynności, które wykonują, ale również podczas podejmowania decyzji o ogromnym znaczeniu dla nich i dla świata.

Alan Averill zadbał o to, żeby czytelnik się nie nudził. Nie daje nam ani chwili wytchnienia, ponieważ, gdy już myślimy, że nastąpił spokój i akcja nieco zwolni, zaczyna dziać się coś, co zdecydowanie na to nie pozwala. To, że wzrasta napięcie to jedno, ale zdarzały się nawet takie momenty, w których serce podeszło mi do gardła. Bieg wydarzeń jest naprawdę zaskakujący i nieprzewidywalny, a elementy zaburzeń czasowych i świata apokalipsy znacznie urozmaicają fabułę. Z pewnością każdy znajdzie tutaj coś, co go zadziwi. Samo zakończenie również nie pozwala nam na odetchnięcie z ulgą. Do samego końca nie jesteśmy pewni tego, czy otrzymamy upragniony happy end, czy też nie.

Myślę, że i tak nie udało mi się przekazać Wam wszystkiego, co chciałam na temat „Pięknego Kraju”. Mogę napisać jeszcze tylko tyle, że naprawdę znakomicie bawiłam się podczas czytania tej powieści. To kawał dobrej lektury, która niezmiernie wciąga. Nie sądziłam, że aż tak przypadnie mi do gustu. Znakomicie nakreślone postacie, intrygująca fabuła, niezwykle interesująca tematyka. Bardzo dobry styl autora i rozwój wydarzeń, który sprawia, że nasz umysł pracuje na najwyższych obrotach, bo stara się odkryć, co czeka nas za chwilę i jak to wszystko się skończy. Zdecydowanie polecam – nie tylko fanom science-fiction, ale każdemu, bowiem jest to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Wystawiam 7.5/10.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


oraz firmie Business & Culture



środa, 25 września 2013

"Ptaszydło" - Max Bentow


Czy ptaki kojarzą Wam się z czymś strasznym i śmiertelnym? Mnie raczej nie. Wręcz przeciwnie – kojarzą mi się z czymś pięknym. Z wolnością i swobodą. Byłoby niesamowicie móc wzbić się w przestrzeń i szybować tak, jak one.  Kolorowe ary, urocze wróbelki, majestatyczne orły – to nie jest zły widok. Dlaczego więc w Berlinie wybuchła panika związana z ptakami?

Nils Trojan jest komisarzem berlińskiej policji. Zostaje wezwany na miejsce zbrodni do mieszkania młodej kobiety. Przy ciele zamordowanej dziewczyny znaleziono coś nietypowego – oskubanego małego ptaka. Jednak to jeszcze nie wszystko – ofiara została zmasakrowana. Obcięto jej włosy, wydłubano oczy, na ciele znajduje się wiele ran ciętych. Trojan boryka się z własnymi problemami i napadami paniki, ale nie może okazać słabości. Trzeba odnaleźć mordercę, tym bardziej, że nie poprzestał na jednej osobie. Miejsce mają kolejne zabójstwa, a jakby tego było mało, komisarz dostaje list z pogróżkami i oczywiście – z ptasim piórem. Czy ta symbolika oznacza coś konkretnego? 

Z Max’em Bentow’em spotkałam się po raz pierwszy. Przyznaję, że w dużej mierze zainteresował mnie opis. Wszystko wskazywało na to, że będziemy mieć do czynienia z psychopatą, a nie zwyczajnym seryjnym mordercą. Jego modus operandi i symbolika martwych ptaków jasno na to wskazują. Może to dziwne, ale lubię, gdy sprawdza jest nieco psychiczny, bo to zawsze nadaje historii charakteru. Dodaje takie lekki dreszczyk i poczucie niepewności czy też budzącego się w nas lęku. Gdy autor potrafi jeszcze to w umiejętny sposób skleić w całość, to naprawdę możemy otrzymać kawał dobrej powieści detektywistycznej, która potrafi nam zjeżyć włosy na głowie i sprawić, że krew szybciej krąży w żyłach. A panu Bentowi się to w pewnym stopniu udało. Poza tym – lubię symbolikę.

Ogromne znaczenie w „Ptaszydle” ma to, że przez cały czas trwania śledztwa nie wiemy, kto jest sprawcą. Oczywiście pojawia się mnóstwo podejrzanych, a w przypadku niektórych jesteśmy wręcz przekonani, że to oni powinni trafić za kratki. Jednakże nieprzewidywalność i zaskakujące zwroty akcji, które autor nam zapewnił, sprawiają, że zaczynamy się w tym wszystkim nieco gubić. Sprawca nie zostawia żadnych odcisków palców, żadnego materiału genetycznego – po prostu nic, co mogłoby nas do niego doprowadzić. Moim zdaniem to wielki plus, bo co nam po książce, w której od razu do wszystkiego dojdziemy? Tutaj rozwiązanie otrzymamy dopiero na koniec, a zakończenie i tak sprawi, że ciarki przejdą nam po plecach.

Głównym wątkiem jest zdecydowanie śledztwo, co mnie bardzo ucieszyło. Wątki dodatkowe stanowią jedynie nieznaczne urozmaicenie historii – autor nie pozwolił, żeby ich ilość wpłynęła negatywnie na prowadzenie dochodzenia. Nie szczędził nam też dokładnych opisów – zarówno zwłok, jak i całej reszty. Nawet sam Nils Trojan został dobrze nakreślony na kartach powieści, mimo że nie wymagam tego w kryminałach. Jednakże jest to miły dodatek, gdy możemy lepiej poznać głównego bohatera. W końcu samo śledztwo też w pewnym momencie mogłoby stać się nudne i się nam „przejeść”. Najważniejsze to znaleźć w tym wszystkim równowagę i umieć połączyć motywy w dobrych proporcjach. Moim zdaniem Max Bentow zrobił to bardzo dobrze. 

Książka potrafi czytelnika wciągnąć, a dlaczego? Fabuła nie jest może wybitna, ale ciekawa. Autor tak prowadzi rozwój wydarzeń, że nasza ciekawość po prostu przejmuje nad nami władzę. Poza tym powieść jest napisana naprawdę w bardzo płynny sposób, lekki język sprawia, że czyta się ją szybko. Dodatkowo nie ma tutaj czasu na nudę, bowiem jedno wydarzenie pociąga za sobą następne, więc stale coś się dzieje. Spodobało mi się też ujawnienie mordercy-psychopaty i tego, co nim kierowało. Nie zawiodłam się, chociaż myślę, że można było tutaj jeszcze dodać nieco więcej okrucieństwa i dreszczyku emocji.

Cała powieść przypadła mi do gustu i spędziłam z nią miło czas. To dobrze skonstruowany kryminał, który nada się idealnie na jesienne wieczory. Umożliwia nam wejście do książkowego świata i zapomnienie na chwilę o otaczającym nas świecie. Przeżycie mrożącej krew w żyłach przygody zawsze nieco nas rozrusza, a może w przypadku niektórych osób, zmieni ich punkt widzenia odnośnie ptaków. Brrr, aż strach pomyśleć, co będą widzieć, gdy zobaczą za oknem jednego z nich… W każdym bądź razie moje pierwsze spotkanie z Max’em Bentow’em uważam za całkiem udane, a „Ptaszydło” otrzymuje ocenę 7/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję grupie wydawniczej:

 

wtorek, 24 września 2013

Trochę o Koont'zie i gratis ekranizacja "Reliktu"

Dean Koontz - "Oczy ciemności"


Sięgnęłam po twórczość Dean’a Koontz’a, gdyż mój wujek mi go polecił, skoro lubię mocne klimaty. Faktycznie liczyłam na makabrę i brutalność, ale tego tym razem nie otrzymałam. Jednakże nie mam tego autorowi za złe, bowiem to dopiero pierwsza jego powieść, którą przeczytałam. A po jednej książce nie będę go przecież oceniać całkowicie. Początkowa część tej pozycji, a dokładniej jakaś 1/3, wydała mi się zbyt obyczajowa. Zrozpaczona matka zaczyna podejrzewać, że jej zmarły syn jednak żyje. Stara się znaleźć racjonalne wytłumaczenie zjawisk, które mają miejsce w jej domu i nie tylko. Nie działo się jednak nic, co faktycznie mogłoby przyspieszyć dynamikę i mnie zaskoczyć. Miejsce miały jedynie dziwne zjawiska nadprzyrodzone, ale nie jest to rzecz, która by mnie poruszyła. Dla mnie to normalne. 

Na szczęście pozostałe 2/3 nieco polepszyły sytuację tej lektury. Akcja przyspieszyła i zrobiło się znacznie ciekawiej. Nie było to może nic wybitnie porywającego, ale na pewno czytało mi się już lepiej i z nieco większym zapałem. Dodatkowo spodobał mi się styl autora – taki lekki i płynny, a przy tym wszystkim charakteryzuje go pewna dojrzałość wynikająca zapewne z dorobku twórczego pana Koontz’a. Fabuła jednak była trochę nazbyt przewidywalna, w pewnym momencie łatwo było sobie dopowiedzieć całą resztę i odkryć zakończenie owej historii. Z pewnością sięgnę po inne pozycje, które wyszły spod pióra tego autora. „Oczy ciemności” wypadły dosyć przeciętnie, ale z chęcią spróbuję innego tytułu. Wystawiam 5,5/10.


Dean Koontz - "Złe miejsce"



Po przeczytaniu „Oczu ciemności” przyszedł czas na jakąś inną powieść pana Koontz’a. Tym razem to historia kilku bohaterów. Frank Pollard cierpi na amnezję i jest ścigany przez tajemniczego mężczyznę. Nie pamięta, skąd się znalazł w danym miejscu, nie rozumie tego, skąd się biorą różne przedmioty i pieniądze. Zgłasza się więc o pomoc do detektywów – Bobby’ego i Julie Dakotów. Śledztwo ujawnia niezwykłe fakty z życia Frank’a, ale ich już Wam nie zdradzę. W każdym bądź razie książka jest naprawdę ciekawa, a pomysł intrygujący. Pomysł mnie urzekł od samego początku, a rozwinięcie go, które poznałam w trakcie czytania jeszcze bardziej. Połączenie sensacji i thriller’a z wątkami nadprzyrodzonymi i pewnymi niecodziennymi zjawiskami sprawiło, że historia przypadła mi do gustu. 

Nadal jednak brakowało mi w twórczości tego pana mocniejszej makabry i dynamiki. Było lepiej niż w przypadku pierwszej książki tego autora, z którą się zapoznałam, ale nadal to jeszcze nie to. Momentami akcja za bardzo się rozwlekała. Tempo akcji raz zwalniało, raz przyspieszało. Nie potrafiłam się całkowicie zagłębić w lekturze. Jednakże nie ukrywam, że sama fabuła była naprawdę świetna. Wykonanie mniej mi się spodobało, ale może to po prostu taki styl autora i trzeba się do niego przyzwyczaić. Oryginalni bohaterowie i wielowątkowość są z pewnością dużym plusem. Czy sięgnę po kolejne książki tego autora? Myślę, że tak, bo jednak mają one w sobie coś, co mnie przyciąga. Liczę na to, że moja przygoda z jego twórczością będzie się rozwijać w coraz lepszym kierunku. A „Złe miejsce” otrzymuje ocenę 6,5/10.


Ekranizacja - "Relikt"



Postanowiłam obejrzeć ten film, gdyż jest to ekranizacja powieści moich dwóch ulubionych autorów. Oczywiście zanim się za niego zabrałam, zdążyłam przejrzeć jego stronę na filmweb’ie. Niesamowicie zdziwiła mnie jedna rzecz – brak odtwórcy roli agenta Pendergasta! Myślę sobie: „Może to tylko jakiś błąd na stronie…”. Nadeszła upragniona chwila i włączyłam film, licząc na coś naprawdę dobrego, bowiem książka była znakomita. Niestety, film nie. Po pierwsze – Pendergasta faktycznie nie było! Rozumiem, że można pominąć niektóre mniej znaczące postacie, ale nie bohatera, który prowadzi po części śledztwo, a co więcej – odgrywa tutaj naprawdę znaczącą rolę. Jego niektóre cechy osobowości dodano po prostu porucznikowi D’Agoście, co zupełnie mi się nie spodobało. Połączenie dwóch postaci w jedną? Nie, zdecydowanie nie uważam, żeby to był dobry zabieg. 

Dostrzegłam też kilka innych nieścisłości, no ale w sumie takie rzeczy często się zdarzają. Problem polega na tym, że czytając książkę wszystkiego dowiadujemy się powoli, rozbudza się nasza ciekawość, wzrasta napięcie i serce podchodzi do gardła – tutaj mi tego zabrakło. Film nie wzbudzał we mnie aż takich emocji. Podobnie jak przedstawienie laboratorium do badań… trochę kiepsko to wyszło. Wszystko było w miarę poprawne, ale nie miało „tego czegoś”. Spodobało mi się jednak to, że twórcy filmu nie bali się pokazywać dokładnie zwłok i rozlewu krwi. Przynajmniej jakiś mocny element w tym wszystkim. No i przedstawienie sprawcy morderstw – wyobrażenie miałam nieco inne, ale dobrze, że bestia została pokazana w bardzo dokładny sposób. 

Ekranizacja niestety nieudana jak na mój gust. Największym błędem było pozbycie się roli Pendergasta. Brak napięcia też nie działał na korzyść tego filmu, bo momentami po prostu byłam znudzona. Zdecydowanie czegoś tutaj zabrakło, a szkoda, bo powieść jest naprawdę świetna i można było zrobić z tego coś równie dobrego. Po raz kolejny widać, że książka jest lepsza od filmu.