czwartek, 28 marca 2013

"Królestwo Cieni" - Celine Kiernan


Znacie takich ludzi, którzy są bardzo uparci i biorą na siebie do zrobienia rzeczy momentami niemożliwe? Nie zbaczają na to, że może im się stać coś złego, nie przyjmują do wiadomości, że może im się nie powieść. Skoro postawili sobie cel, to jasno do niego dążą i nie mają zamiaru się poddawać. Ale mimo wszystko człowiek nie powinien być sam w takich sytuacjach, więc dlatego lepiej mieć ze sobą przyjaciół. W końcu jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

Wynter Moorehawke wzięła sobie za punkt honoru odnalezienie Alberona – zbuntowanego księcia. Wyrusza
więc w podróż poszukiwawczą, jednak w lasach czai się wiele nieprzyjaznych jej osób. Poza tym na młodą kobietę zawsze czyhają jakieś niebezpieczeństwa. Wynter nabiera otuchy, gdy po drodze wpada na Raziego i Chrisa. Cała trójka wyrusza w dalszą podróż, ale napotykają na swojej drodze wielu wrogów i muszą być ostrożni. Poszukują więc schronienia u tajemniczych ludzi z Północy – Merronów. O ile Chris zna ich tradycje i obyczaje, tak dla Wynter i Raziego jest to zupełnie coś nowego. Czy trójka przyjaciół da radę odszukać Alberona, a przy okazji zadbać, żeby nikomu nic złego się nie stało?

„Królestwo cieni” to już druga część trylogii Moorehawke. Pierwsza część, czyli „Zatruty tron” bardzo przypadła mi do gustu, więc i kolejną musiałam przeczytać. Czy utrzymała ona poziom swojej poprzedniczki? Zdecydowanie tak, a mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że ją nieco przebiła.

Ta część obfituje w wiele przygód trójki głównych bohaterów. Wraz z nimi wędrujemy po lasach, zatrzymujemy się w karczmach i walczymy z wrogami. Wiele rzeczy jest dla nas nowych – choćby obyczaje Merronów. Stopniowo poznajemy je wraz z Wynter i Razim, i myślę, że reakcja wielu czytelników będzie podobna jak tej dwójki. Ogólnie muszę powiedzieć, że kultura tego plemienia została bardzo ciekawie i dokładnie opracowana przez autorkę. Mamy nawet obcy język, w którego rozumieniu pomaga nam słowniczek na końcu książki. Ten zabieg sprawił, że faktycznie mamy wrażenie, że poznajemy obcy lud i staramy się zrozumieć ich życie i poglądy.

Wszelakie opisy miejsc oraz sytuacji są szczegółowe i napisane w bardzo przyjemny sposób. Przenoszą nas one do świata powieści, który bardzo mi przypadł do gustu już w pierwszej części. Jest fascynujący i różnorodny. Dodatkowo poznajemy tutaj coraz więcej faktów z życia bohaterów, wiele z nich wzbudza nas współczucie, a łza kręci się w oku. Są one bowiem wzruszające i pełne emocji. Dzięki nim jeszcze bardziej można polubić Raziego, Wynter czy Chrisa. W sumie nie wiem jak można by ich nie lubić! Wynter jest dzielna, pewna siebie i odważna jak na 15-latkę. Dodatkowo stara się być zaradna i opiekuńcza. Razi jest honorowy, momentami porywczy, ale na pewno litościwy i sprawiedliwy. Natomiast Chris to tego typu bohater, który może skraść serce wielu czytelniczkom.

Znalazły się tu momenty zaskakujące, chociaż nie było ich może za wiele. Akcja jest bardzo płynna, ma umiarkowane tempo. Napięcie wzrasta co jakiś czas, żeby wzbudzić w nas jeszcze większą ciekawość i urozmaicić powieść. Książkę czyta się niesamowicie szybko, może to sprawka przyjaznego języka, a może tego, że fabuła jest nieziemsko wciągająca! Gdy zaczęłam czytać, to oderwałam się tylko na chwilę, żeby wypić herbatę, a tak to nie było opcji, żebym przestała. W sumie mamy tutaj 500 stron pięknych emocjonujących przygód, więc jest co czytać. Poza tym zapewniam Was, że wiele rzeczy poczujecie na własnej skórze!

Z czystym sumieniem mogę polecić zarówno tą część jak i poprzednią, o ile ktoś jeszcze nie czytał. Ta seria jest naprawdę cudowna i warto ją przeczytać! Nie mogę się już doczekać, kiedy sięgnę po trzecią część, chociaż pewnie będę rozpaczać, że to już koniec…

Za książkę serdecznie dziękuję:
 

niedziela, 24 marca 2013

"Ghostman" - Roger Hobbs



„Dwie minuty po szóstej tego cholernego poranka wiadomość o napadzie dotarła już do patroli szosowych i FBI. Zginęło czterech ludzi. Skradziono ponad milion dolarów. Na chodniku zostało ponad sto łusek. Tak, to świetny materiał na pierwsze strony gazet.
Dwie minuty po szóstej tego cholernego poranka policjanci zdążyli już obudzić swoich detektywów.
Mnie zbudzono dopiero po dwóch godzinach.”

Sposobów na obrabowanie kasyna jest kilka. Jednak zawsze istnieje ryzyko, że coś pójdzie niezgodnie z planem. Tak właśnie było tym razem. Napad na kasyno w Atlantic City okazał się niewypałem. Coś poszło nie tak. Po całym zabiegu został spory bałagan. Dlatego zleceniodawca wzywa na pomoc ghostman’a – człowieka, o którego istnieniu wiedzą tylko nieliczni. Jego specjalność to bycie niewidzialnym. Jest idealnym kandydatem do tego, żeby dowiedzieć się, czemu plan nie wypalił, a dodatkowo jest znakomity w zacieraniu śladów. A tych tutaj naprawdę sporo i to wcale nie jest łatwym zadaniem. Usunięcie dowodów to bardzo delikatna i subtelna robota. A nad jego głową wisi lokalny gang i FBI.

„Ghostman” to literacki debiut Roger’a Hobbs’a, który zalicza się do kanonu thrillerów. Debiuty literackie mają zazwyczaj to do siebie, że autor dopiero powoli wczuwa się w klimat bycia pisarzem, nie do końca wie, jak sobie poradzić z fabułą i bohaterami, a w książce znajdujemy pewne niedomówienia i niedociągnięcia. W jednych przypadkach bardziej, w innych mniej. A wiecie, co jest zadziwiające w tym przypadku? Że nie znalazłam nic z wyżej wymienionych rzeczy. Książka mnie po prostu zachwyciła!

Głównym bohaterem powieści jest… no właśnie, tu się pojawia problem. Tak na dobrą sprawę nie wiemy, kim jest. Ma kilka tożsamości, ukrywa się przed ludźmi, żyje adrenaliną towarzyszącą mu podczas wykonywania pracy. Jednak najpowszechniej znany jest jako Jack. To z jego punktu widzenia została poprowadzona narracja, ale uwaga! Tym razem nie jest ona prowadzona w sposób taki, że zżywamy się z głównym bohaterem. Tutaj raczej mamy do czynienia z sytuacją, jakby Jack opowiadał nam historię swojego życia. Ot tak, po prostu poszliśmy na kawę, a on postanowił się z nami podzielić swoją historią. Mnie osobiście bardzo przypadło to do gustu, tym bardziej, że i tak wszystko zostało znakomicie opisane, więc doskonale wiem, co w danej chwili myślał i czuł Jack. Chociaż z tym czuciem czegokolwiek to dosyć skomplikowana sprawa, bowiem jest on raczej człowiekiem pozbawionym emocji i skrupułów. Wolny ptak, niezależny i znakomity w swoim fachu. Po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w jego inteligencję, spryt, odwagę w każdej sytuacji i całą jego osobowość, która jest po prostu tak oryginalna i niesamowita, że brak mi słów.

Niesamowite jest również idealne dopracowanie całej książki. Autor nie szczędził nam szczegółów, wszystko było dogłębnie analizowane przez Jack’a i składało się w logiczną całość. Mimo tego bardzo ciężko było rozwiązać ową zagadkę, a więc nieprzewidywalność jest kolejnym ogromnym plusem tej powieści. Sam Jack jest bardzo dużym plusem, ponieważ to naprawdę znakomicie wykreowana i niepowtarzalna postać. Nie brak tutaj krwawych opisów morderstw, brutalności, ryzyka, spisków i układów. Jednowątkowa fabuła sprawia, że całkowicie skupiamy się na opowiadanej historii, ale zaufajcie mi, że to nie sprawi, że będziecie się nudzić. Im głębiej wkraczamy w kryminalny świat tej opowieści, tym nasze doznania stają się intensywniejsze, a my coraz bardziej zatracamy się w lekturze.

Ta książka po prostu nie ma minusów, a jeśli ma, to ja ich nie zauważyłam. Naprawdę podziwiam autora za tak znakomity debiut. Idealnie wykreowany bohater, znakomicie przedstawiony świat powieści, świetne dopracowanie szczegółów. Naprawdę nie mam nic, co mogłabym tej pozycji zarzucić… choćbym chciała to po prostu się nie da. Ta lektura całkowicie mnie pochłonęła i uzależniła. Nie mogłam przestać czytać, bo każdy rozdział kończył się w taki sposób, że musiałam czytać dalej – nie mogłam inaczej. Chwytliwy pomysł i znakomite wykonanie – czego chcieć więcej? Polecam ją bardzo, ale to bardzo mocno! Nie możecie przejść obojętnie obok tak znakomitej powieści!

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:

środa, 20 marca 2013

"Dreszcz" - Jakub Ćwiek


Ryszard Zwierzchowski, lepiej znany jako Rychu czy też Zwierzu, jest typowym wyznawcą zasady „sex, drugs and rock ‘n’ roll”. Wiedzie bardzo swobodne życie – nie ma stałej pracy, bo jakoś nie kwapi mu się takowej znaleźć, pije, pali, gra na swojej ukochanej gitarze. Zapytacie pewnie skąd bierze na to pieniądze? Odpowiem Wam – utrzymuje go córka mieszkająca ze swoim mężem i dziećmi w Anglii. Nie ciężko się domyślić, że Rysiek nie ma zbyt wielu przyjaciół a jego postawa budzi oburzenie wśród ludzi. Któregoś dnia Zwierzu zostaje porażony piorunem i coś się w nim zmienia. Zyskuje super moce niczym bohater komiksów… jednak czy to go w jakikolwiek sposób zmieni?

Przez całe 20 lat mojego życia nie przeczytałam ani jednej książki Jakuba Ćwieka – aż do teraz. Słyszałam o tym autorze wiele dobrego, ale mam jakiś uraz do sięgania po książki moich rodaków – nie wiem sama dlaczego. Okej, patriotka zapewne ze mnie żadna, ale przecież to nie oznacza, że należy wszystkich przekreślać. W końcu było i wciąż jest paru Polaków, z których możemy być dumni. A autorzy tacy jak pan Ćwiek przekonują mnie do sięgania po twórczość polskich pisarzy. „Dreszcz” niesamowicie przypadł mi do gustu, a teraz powiem Wam dokładniej dlaczego.

Akcja powieści toczy się w Katowicach, czyli mieście, które bardzo dobrze znam. Nawet samo Osiedle Tysiąclecia, na którym mieszka Rychu, mam bardzo dobrze widoczne w swojej głowie. Dodatkowo momentami przenosimy się do Krakowa, czyli mojego ulubionego miasta w naszym kraju. Dzięki osadzeniu akcji w miejscu, które jest materialne i namacalne, książka zyskuje realność i naprawdę jesteśmy skłonni uwierzyć, że spotkamy starego rockmana, gdy wybierzemy się na spacer po Katowicach. Nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało, podobnie jak samo nawiązanie do muzyki rockowej i metalowej. Przeplata się tutaj wiele tekstów piosenek zespołów takich jak AC/DC (przede wszystkim), Guns ‘n’ Roses i innych tego rodzaju. A to są właśnie klimaty, które lubię, więc w moich oczach – kolejny plus dla powieści.

Od pierwszych stron możemy idealnie poznać świat, w którym żyje główny bohater. Późne wstawanie, luzackie życie, alkohol, skręty i papierosy. Rychu żyje całkowicie poza systemem i obowiązującymi normami. Jedni uznają to za przerażającą sprawę, a inni stwierdzą, że tacy ludzie są potrzebni i dzięki nim świat jest bardziej kolorowy – osobiście zaliczam się do tych drugich. W żadnym wypadku nie popieram uzależnień od alkoholu czy nikotyny, ale wszystko jest dla ludzi – a nasz główny bohater nie jest jakimś patologicznym nałogowcem. Po prostu żyje z dnia na dzień i cieszy się każdą chwilą. Jest wredny, zbyt pewny siebie, bezczelny i uparty. Ale mimo tych cech i swojej postawy naprawdę zyskał moją sympatię! Nie raz sprawił, że śmiałam się do łez i ubawiłam się po pachy podczas czytania. Także… Rychu rocks!

Nie jest to może książka, która stale trzyma w napięciu, ale na pewno nie przyprawi Was o nudę. Zwierzu na to nie pozwoli. Wiele się tutaj dzieje, a czytelnik naprawdę robi się coraz bardziej ciekawy, co wydarzy się dalej. Poza głównym bohaterem jest jeszcze dwóch, którzy występują równie często, co on – jego przyjaciel Alojz i „doradca” – Benjamin. Każdy z nich to zupełnie inna osobowość i mentalność, a razem dają mieszankę wybuchową. Klimat powieści jest znakomicie oddany – nawet każda wypowiedź Alojza jest pisana w gwarze śląskiej – ale nie bójcie się! Na pewno sobie z tym poradzicie. Motyw super mocy i bohaterskich czynów jest dopiero na poziomie podstawowym, ale z pewnością autor rozwinie go dalej i mocniej. Nie ukrywam, że wątek ciekawy, zobaczymy jak potoczy się to dalej. W sumie to nawet nie wiem, kiedy przeczytałam te 300 stron… tak szybko i przyjemnie to zleciało, że nawet nie zauważyłam jak leciała strona za stroną. Jaki z tego wniosek? Książkę czyta się znakomicie i jest wciągająca!

Ciężko mi porównać „Dreszcza” do innych książek autora, bo jak już mówiłam, nie było mi dane żadnej innej przeczytać. To się jednak na pewno zmieni, ponieważ z pewnością sięgnę po kolejną część przygód super-Rycha, a i pewnie po inne książki Jakuba Ćwieka. Póki co mogę powiedzieć tyle, że powieść ta zyskała moje poparcie i bardzo mi się podobała. Znakomity klimat, świetnie oddany książkowy świat, ciekawi bohaterowie i spora dawka śmiechu. To opowieść o poszukiwaniu samego siebie, chęci samorealizacji, wierze i spełnianiu marzeń. No i chyba zacznę teraz na okrągło słuchać AC/DC…

wtorek, 19 marca 2013

"Pasjonat oczu" - Sebastian Fitzek


„Niemal każdy morderca może wytłumaczyć swoje motywy…”

Owszem, podobno wszystko można w jakiś sposób wytłumaczyć i znaleźć ku temu okoliczności łagodzące. Ale czy naprawdę człowiek, który bez skrupułów niszczy życie innym lub ich go pozbawia, zasługuje na jakąkolwiek łagodność i przebaczenie? Ciężko odpowiedzieć, jeśli nigdy nie znaleźliśmy się w sytuacji takiej jak Alexander Zorbach – jeden z bohaterów książki „Pasjonat oczu”. My możemy tylko gdybać, on musiał działać.

„Pasjonat oczu” jest drugą książką z serii stworzonej przez Sebastiana Fitzek’a, jednak stanowi odrębną historię, więc nieznajomość „Kolekcjonera oczu” nie powinna stanowić problemu dla kogoś, kto chce przeczytać tę powieść.  Tak było w moim przypadku – nie wiedziałam nawet, że ta książka zalicza się do serii, nie wiedziałam, że coś było przed nią, ale spodobał mi się opis i postanowiłam po nią sięgnąć. Nie miałam żadnego problemu z rozeznaniem się w sytuacji, chociaż autor chyba miał rację w swojej wypowiedzi na początku książki… gdybym teraz chciała przeczytać „Kolekcjonera oczu”, zapewne nie trzymałby mnie tak bardzo w napięciu, ponieważ pewne jego elementy zostają tutaj przytoczone i wyjaśnione.

Wcześniej nie było mi dane zapoznać się z twórczością pana Fitzek’a, więc nie miałam bladego pojęcia, jaki jest jego styl, czego mogę się spodziewać i jak nastawić się do czytania tej książki. Thrillerów czytam coraz więcej, ale jestem dopiero na początku swojej drogi, więc nie mogę zapewne dać wielu fanom tego gatunku żądanej przez nich opinii. Jednak muszę przyznać, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i przyjemnie. Lekka lektura, która wciąga czytelnika – momentami całkowicie. Lekka pod tym względem, że czyta się ją bardzo szybko i bez najmniejszych niedomówień czy kłopotów. Nie porusza jednak prostej tematyki, wręcz przeciwnie. Motywy podjęte przez autora należą do ciężkich, trudnych i nie ukrywajmy – psychopatycznych. Gdy naprawdę dobrze się wczytamy i nic nie będzie nas rozpraszać, zdamy sobie sprawę z powagi sytuacji, która panuje w tym książkowym świecie. Oczami wyobraźni zobaczymy wiele elementów, które są przerażające i zapewne nikt z nas nie chciałby doświadczyć ich na własnej skórze.

Teoretycznie głównym bohaterem jest Aleksander Zorbach – przynajmniej wiele na to wskazuje na początku powieści. Potem tę rolę przejmuje Alina Gregoriev – niewidoma fizjoterapeutka, która pomaga policji w odnalezieniu zaginionej dziewczyny, która prawdopodobnie stała się „wybraną pacjentką” Zarin’a Suker’a. Zarin Suker znakomicie wykonuje swoją pracę chirurga – jest jednym z najlepszych w swoim fachu. Posiada jednak dosyć psychopatyczne zboczenie zawodowe – po godzinach pracy otwiera swoim „wybranym pacjentkom” oczy – i to dosłownie. Znajdziemy tutaj także wielu innych bohaterów, którzy stanowią ważne elementy owej powieści. Autor nie skupiał się jakoś wybitnie na kreowaniu ich, chociaż najważniejsze cechy są raczej zauważalne. Myślę, że ważniejszą sprawą było tutaj skupienie się na emocjach, napięciu i wzbudzaniu w czytelniku ciekawości – to autorowi się udało bardzo dobrze.

Ciężko mi trochę napisać coś jeszcze, ponieważ musiałabym Wam zdradzić zbyt wiele z fabuły, a tego robić nie chcę. Z pewnością znajdziecie tutaj elementy pełne porywającej akcji – już nawet na samym początku – które są równoważone przez chwilowe zwolnienie tempa. Stale jednak wiele się dzieje, więc czytelnik nie ma aż tak wielkiej chwili wytchnienia, co tutaj jest znacznym plusem. Własne dochodzenie i tak możemy prowadzić, co nie jest łatwą sprawą, ponieważ nieprzewidywalność to jedna z wielu pozytywnych cech tej powieści. To coś w rodzaju „Nie nie nie! Autor nie mógł tego tak zrobić… a może jednak? Nie.. O nie, on to naprawdę zrobił. A może jednak nie? Nie wiem..”. Osobiście bardzo lubię, kiedy takie myśli towarzyszą mi podczas czytania, dlatego całość oceniam bardzo pozytywnie. Mimo że nie porwała mnie ta książka całkowicie, gdyż czegoś mi w niej zabrakło i czuję pewien niedosyt, to jest ona warta uwagi i przeczytania. A po inne powieści tego autora na pewno sięgnę.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 12 marca 2013

" Pani na Czachticach" - Jožo Nižnánsky


Elżbieta Batory to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci historycznych. Była nazywana Krwawą Hrabiną z Czachtic – od nazwy zamku, w którym mieszkała. Źródła mówią, że uchodziła za kobietę piękną i inteligentną, jednakże porywczą, gniewną i agresywną. Już jako dziecko była świadkiem wielu egzekucji, co mogło wpłynąć na jej charakter i sposoby rozwiązywania problemów. Sadyzm stał się jej znakiem rozpoznawczym, a z czasem zaczęło się pojawiać coraz więcej niedomówień – kąpiele w krwi dziewic, maltretowanie niewinnych kobiet, brutalne i tajemnicze morderstwa.

„Pani na Czachticach” to powieść oparta na życiu Elżbiety Batory, „krwawej grafki”. Powstała na podstawie wielu dokumentów i zeznań. W związku z tym, że uwielbiam historyczne kontrowersje, musiałam sięgnąć po tę powieść. Do czytania tej książki podchodziłam z ogromnym entuzjazmem, będąc jeszcze pod urokiem dzieła „Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli”. Początkowo mój entuzjazm się utrzymywał, ale potem zaczął nieco spadać, ponieważ nie otrzymałam tego, co sobie wyobrażałam.

Przede wszystkim uważam, że jest tutaj za mało tytułowej bohaterki. Sądzę, że lepiej by było, gdyby autor poprowadził narrację z jej punktu widzenia, co umożliwiłoby nam lepsze poznanie grafki, na zrozumienie motywów, które nią kierowały, na czucie jej emocji i analizowanie myśli oraz zachowań. Otrzymaliśmy natomiast narrację z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora, co owszem, może się niektórym osobom spodobać – to już kwestia gustu. Momentami faktycznie był to dobry zabieg, ponieważ pozwalał nam widzieć wszystko w sposób obiektywny, a i odpowiadał na wiele pytań, które chodziły nam po głowie. Poza Elżbietą jest tutaj gama różnobarwnych charakterów, a każdy z nich to inna osobowość. Każdy z nich został nakreślony w taki sposób, że w sumie nie jest ciężko sobie go wyobrazić. Pewne indywidualne cechy sprawiają, że resztę sobie dopowiadamy, a to, co najważniejsze, zostało przekazane. Poza tym bardzo dobrze oddany jest świat powieści, dzięki czemu łatwiej nam wiele rzeczy zrozumieć. W końcu działo się to prawie 500 lat temu, więc różnice w zachowaniu ludzi, hierarchii, poglądach, a właściwie we wszystkim, są bardzo duże, a autor wszystko bardzo ładnie przedstawił.

Głównym wątkiem jest oczywiście „biografia” Batorównej, ale pan Niznansky wprowadził wiele innych wątków, które zapewne miały urozmaicić fabułę. Owszem, to im się udało, jednak momentami odczuwałam wrażenie, że przyćmiewały swoją obecnością to, co powinno być na pierwszym miejscu. Jednak mamy tutaj wątek Fick’a, który stara się przypodobać swojej Pani, ale jest również egocentrykiem i samolubem, który chce zapewnić sobie jak najlepszy byt. Mamy kilka historii miłosnych, które owszem, bywają momentami wzruszające, ale brakuje w nich „tego czegoś”. Po prostu brak mi w nich głębszych doznań i emocji. Mimo to, ich obecność sprawia, że czytelnik nie nudzi się jednym motywem, a ma także okazję poznać wielu ciekawych bohaterów.

Język powieści nie wyróżnia się niczym szczególnym – prosty i przyjemny. Dobrą rzeczą są przypisy, które wyjaśniają nam pewne pojęcia, czy dają blade pojęcie o pewnych osobistościach wspomnianych w tekście. Książka potrafi nas na swój sposób wciągnąć i zaciekawić – w końcu, gdyby było inaczej, to zapewne nie doczytałabym jej do końca. Ma pewien swój urok, który sprawia, że czytamy i czytamy, a kartki lecą i lecą. Teraz może powiem coś, co niektórych zdziwi, ale bardzo żałuję, że autor nie pokusił się o opisy tortur dokonywanych na młodych dziewczynach. Otrzymałam je dopiero na sam koniec, w spowiedziach poszczególnych bohaterów. Wiem, że większość osób nie przepada za wielkim rozlewem krwi i opisami okrucieństw, ale uważam, że to by tej książce dodało niesamowitego charakteru! W końcu Elżbieta Batory nie była potulnym barankiem, więc jej biografia, nawet zbeletryzowana, powinna być mocna i krwawa – tak jak ona sama. O tym autor niestety zapomniał.

Mimo wszystko czytało mi się tę książkę całkiem przyjemnie. Nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Czy się zawiodłam? To chyba tylko i wyłącznie ze względu na moje wizje całej historii, przez które nie chciałam dopuścić do siebie innych możliwości. Powieść ma swoje plusy i minusy, jak wszystko zresztą, ale myślę, że warto się z nią zapoznać. Chociażby z czystej ciekawości. Z pewnością znajdą się osoby, które lubią taki styl, narrację i poruszone w niej wątki. Starałam się przedstawić ją obiektywnie, ponieważ wiem, że każdy może oczekiwać od niej czegoś innego. Podsumowując: książka jest dobra, co mam jej do zarzucenia to mam, ale cieszę się, że ją przeczytałam i przekonałam się o niej na własnej skórze. Jeżeli jesteście nią zainteresowani to śmiało, czytajcie, ponieważ w inny sposób nie dowiecie się, co Wam autor zaoferował.

Za książkę serdecznie dziękuję: