"Star Carrier: Pierwsze uderzenie" - Ian Douglas

 
Gdyby opowiedzieć o dzisiejszym rozwoju techniki i nauki ludziom, którzy żyli 100-200 lat temu, uznaliby nas za niepoczytalnych. Dla nas ta cała technologia i stały rozwój techniczny czy też naukowy są czymś naturalnym i dobrym. Krążą jednak legendy o kontynencie, który przez podobne rzeczy i zbytnią pewność siebie (która też jest bardzo widoczna w dzisiejszych czasach) zniknął w przeciągu chwili z powierzchni naszej planety. Pewnie domyślacie się, że mam na myśli Atlantydę. I tu należy postawić sobie pytanie: czy rozwój zawsze idzie tylko w dobrą stronę? Czy przypadkiem nie zatracamy czegoś po drodze?

Rok 2404. Nasza planeta znajduje się bez mała u szczytu rozwoju genetyki, robotyki i nanotechnologii. Ludzkość jest bliska osiągnięcia transcendencji. Zakładanie kolonii na gwiazdach czy innych planetach jest zupełnie normalne, podróż pojazdem kosmicznym z prędkością 72 000 km/h również. A ponieważ nie jesteśmy sami we Wszechświecie – konotatki z Obcymi stają się również czymś naturalnym. Problem polega na tym, że władcy Galaktycznego Imperium Sh’daar uznali, że zbytnia ewolucja ludzi jest zagrożeniem dla całego Wszechświata. Chcą temu zapobiec, nawet gdyby wiązało się to z całkowitą eksterminacją gatunku. Jednak kimże byliby Homo sapiens, gdyby nie podjęli działań przeciwko nim?

„Star Carrier. Pierwsze uderzenie” to książka, która porywa nas do świata przyszłości, a dokładniej do wieku XXV. Myślę, że w dzisiejszych czasach nie jest ciężko sobie wyobrazić coś takiego. Świat ciągle pędzi do przodu, więc kto wie, czy już niedługo nie będziemy latać na wakacje na Marsa. Jednak tematyka poruszana w tej powieści nie jest taka przyjemna. Mieszkańcy Ziemi toczą stale bitwy z Turuschami – jednymi z Sh’daar. Miejscem akcji jest więc krótko mówiąc Kosmos. Książka obfituje w bogate i dokładne opisy walk toczonych między dwoma rasami, oczywiście przy użyciu mega-nowoczesnych statków kosmicznych i broni, która jest częścią ich wyposażenia.

Zdecydowanie największym plusem tej historii jest znakomite przedstawienie owego świata. Ian Douglas posługuje się specjalistycznym słownictwem i potrafi wszystko przedstawić w zaskakująco dokładny sposób. Nawet nie trzeba specjalnie uruchamiać wyobraźni – to dzieje się samo. Widzimy powierzchnię gwiazdy Eta Boötis IV, wnętrze pojazdów kosmicznych, a także całą otaczającą je przestrzeń kosmiczną – widok, który pojawia się w naszym umyśle jest naprawdę niesamowity. Wielki ukłon w stronę autora za to, że stworzył świat, który potrafił mnie aż tak zafascynować i pochłonąć. Początkowo faktycznie miałam problemy z czytaniem i nie mogłam się za bardzo dopasować do całej historii. Obawiałam się nawet, że książka zupełnie do mnie nie trafi. Na szczęście potem było już coraz lepiej, a z każdym kolejnym rozdziałem byłam mocniej oczarowana. Ten klimat jest po prostu nieziemski!

Tempo akcji nie jest zatrważające, ale sceny bitew są naprawdę porządnie opisane. W sumie to stanowią element dominujący, przeplatany badaniami nad obcą cywilizacją oraz podejmowaniem ważnych decyzji – zarówno przez dowódców, jak i zwykłych żołnierzy. Uczestniczymy w tych wydarzeniach całym sobą, a zdarza się, że skoki adrenaliny towarzyszą również nam. Kreacja bohaterów jest trochę słaba, ale myślę, że nie jest to aż takie istotne. Chociaż przyznaję, że pilota Trevora Graya oraz admirała Koeninga poznajemy w sumie w miarę dobrze, a pozostali bohaterowie odgrywają mniej znaczące role. Jest dobrze, ale mogło być w tym przypadku nieco lepiej, ale to tylko moje odczucie. Ważną rzeczą jest też to, że autor stale umieszcza dokładny czas i miejsce akcji, dzięki czemu czytelnik z pewnością się w tym nie pogubi.

Bardzo podoba mi się sam pomysł na tę historię – z jednej strony to typowe science-fiction, a z drugiej coś, co naprawdę może się wydarzyć w bliżej nieokreślonej przyszłości. To wzbudza w czytelniku taką lekką niepewność – czy nasz rozwój aby na pewno idzie w dobrym kierunku? Niby zwykła powieść, a naprawdę daje do myślenia. Zaciekawiła mnie też stworzona przez autorów obca rasa, nad którą naukowcy prowadzili badania – bardzo interesująca rzecz i mam nadzieję, że w kolejnych częściach, dowiem się o Turuschach jeszcze więcej. No i nie ukrywam, że z chęcią poznam dalszy rozwój wydarzeń. Niby dostałam całkiem dobre zakończenie, ale coś mi mówi, że to dopiero początek, a nie koniec.

Mimo trudnego początku, książka wypadła naprawdę bardzo dobrze. Wiele momentów całkowicie mnie porwało. Jak na mój gust, czytanie tej powieści wymaga skupienia i ciszy, bo to wtedy osiągamy najlepsze efekty, jeśli chodzi o zagłębienie się w ten intrygujący świat. Poza tym specjalistyczne słownictwo robi swoje – nie możemy sobie pozwolić na dezorientację, żeby się nie pogubić. Oczywiście wiele wyrazów opatrzonych jest przypisami, które sporo wyjaśniają, ale i tak uważam, że tej książki nie można zaliczyć do takich lekkich, niewymagających myślenia lektur na jeden wieczór.  Na pozór zwykła historia science-fiction, ale jednak kryjąca w sobie coś znacznie więcej – ukryte przesłanie, która zmusza do refleksji nad rozwojem naszej planety i techniki. Zdecydowanie polecam i wystawiam 8/10.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu:


Archive

Pokaż więcej

Etykiety

Pokaż więcej

Reading is dreaming with open eyes...

Reading is dreaming with open eyes...

A book is a dream that you hold in your hands...

A book is a dream that you hold in your hands...

Do what you love!

Do what you love!