środa, 29 sierpnia 2012

"Wiedźma naczelna" - Olga Gromyko


Wiecie, że z Wiedźmami się nie zadziera? Zwłaszcza z tymi rudymi i wrednymi. A takich nie brakuje. A ten kto narazi się Wiedźmie, może bardzo marnie skończyć. Tak więc radzę Wam lepiej – nie ryzykujcie!
Po wielu niesamowitych przygodach Wolha Redna nadal nie ma spokoju. Tym razem trafia do warowni bogobojnego zakonu Białego Kruka (chociaż ten kruk ponoć bardziej przypomina mizernego kurczaka). W miejscu tym panuje strach, ponieważ nocami pojawia się upiór. I to nie w celach takich, żeby kogoś tylko zdenerwować albo zrobić kawał. O nie, ta strzyga jest dużo bardziej poważna. Jakby tego było mało, okazuje się, że na Wolhę ktoś poluje i grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. A poza tym wkrótce ma wyjść za mąż – i tu ją boli! Bo jak to tak… zamężna wiedźma?

„Wiedźma naczelna” to piąta i ostatnia część przygód wyżej wymienionej bohaterki. Pierwsze cztery części były moim zdaniem naprawdę niesamowite, pokochałam tę serię od pierwszych stron. Nie wyobrażam sobie więc, że miałabym nie sięgnąć po rozstrzygającą część tego cyklu. Poza tym wiem, że cała seria znajdzie się kiedyś u mnie na półce – i to obowiązkowo!

Cóż mogę powiedzieć, styl pisarki się nie zmienił, byłoby to co najmniej dziwne. Nadal mamy swobodny język, który jest bardzo łatwy i przyjemny w odbiorze. Czasami ciężko zrozumieć pewne wypowiedzi, ale to ze względów kulturowych, którymi różnią się poszczególni bohaterowie. W końcu nie można wymagać, żeby Orsana mówiła takim samym językiem jak inni, skoro nie pochodzi z ich stron. Poza tym taki Walek – czy widzieliście kiedyś trolla mówiącego pięknym i dostojnym językiem? No właśnie. Ja też nie. Nadal mamy tutaj niesamowitą dawkę humoru, ciężko się nie popłakać ze śmiechu w pewnych momentach.

Ogromnym plusem jest różnobarwność bohaterów. W tej części występują wszyscy Ci, z którymi mieliśmy wcześniej do czynienia – Welka, Orsana, Walek, Len czy Rolar. Pojawiają się także inni, nowi, ale nie są aż tak ważni jak Ci wymienieni przeze mnie. Wolha nadal pozostaje rudą, upartą złośnicą, która zawsze musi postawić na swoim. Za to właśnie ją kocham! Ta postać jest po prostu niesamowita, bardzo często zdarzało mi się z nią utożsamić. Jedna z moich ulubionych postaci literackich jeśli chodzi o kobiety. Dalej uwielbiam Walka, mimo że jest trollem. Ale to on zawsze potrafi mnie rozbawić do łez. A Len był tym razem wyjątkowo romantyczny, co także mi się spodobało.

Mamy tutaj wiele ciekawych i interesujących przygód, wiele się dzieje, akcja toczy się w miarę szybko. Każda sytuacja potrafi nas pochłonąć, cała powieść zdecydowanie wzbudza ciekawość i wciąga. Ja byłam ogromnie ciekawa jak pani Gromyko postanowi zakończyć jedną z moich ulubionych serii, więc z jednej strony chciałam przeczytać szybko, a z drugiej przedłużałam to, jak tylko mogłam. Nie chciałam po prostu tak szybko żegnać się z tą historią i bohaterami. Ale niestety przyszedł ten czas. Jeśli chodzi o zakończenie, to w sumie nie wyobrażam sobie innego, chociaż czegoś mi minimalnie zabrakło. Czegoś mocniejszego i głębszego, chociaż powiem szczerze, że końcowe sceny były naprawdę świetne!

Z czystym sumieniem polecam gorąco całą serię! Na pewno spodoba się osobom, które lubią przeżywać wiele przygód, a także tym, którzy lubią sporą dawkę dobrego humoru oraz uparte i wredne bohaterki!

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Nawiedzone miasteczko Shadow Hills" - Anastasia Hopcus + Stos :D


Czuliście kiedyś taką wielką potrzebę, że musicie coś zrobić? Ciągle o tym myśleliście, nawiedzały Was sny o tym i po prostu wiedzieliście, że dopóki tego nie uczynicie, będzie Was to nękać. Takie sytuacje bywają bardzo męczące, zwłaszcza jeśli nie da się ich zignorować. Tylko czy zawsze mamy możliwość zrobienia tego, co nam chodzi po głowie? Nie. I wtedy jest już najgorzej. Jednak jeżeli pojawia się taka okazja, to może warto zaryzykować i zobaczyć, dlaczego nasz mózg czy też psychika oczekują od nas pewnych rzeczy?

Persephonę po śmierci jej siostry – Ateny – męczą koszmary. Dodatkowo zawsze pojawiają się o tej samej godzinie – 3:33. Phe czuje, że mają one jakiś związek ze śmiercią siostry, zwłaszcza kiedy odkrywa jej pamiętnik. Znajduje tam wzmiankę o tajemniczym miasteczku Shadow Hills. Aby dowiedzieć się, co oznaczają jej koszmary i dlaczego Atena pisała o tym miejscu, Phe postanawia przenieść się do tamtejszej szkoły. Ma nadzieję, że dowie się tam wszystkiego, czego szukała. Niestety okazuje się, że odpowiedzi nie przychodzą, pojawia się tylko coraz więcej pytań. Poza tym dlaczego Phe spotyka tam chłopaka ze swojego snu?

Kilka razy przymierzałam się do tej książki, aż w końcu się za nią zabrałam. Przyciągnęła mnie jakżę piękna okładka, od której ciężko oderwać wzrok. Poza tym opis jest naprawdę ciekawy, liczyłam tutaj na jakieś powiązania mitologiczne, ze względu na imię bohaterki czy też jej siostry. Poza tym tytuł – „Nawiedzone miasteczko Shadow Hills” brzmi naprawdę fascynująco! Lubię takie rzeczy, ale niestety ta książka mnie troszeczkę zawiodła. A dlaczego? Zaraz się wyjaśni.

Przyznam, że pomysł jest dosyć znany, jednak jest tu wiele nowych elementów, które autorka wprowadziła, zapewne po to, żeby nie było do końca stereotypowo. Za to należy jej się uznanie, ponieważ nie lubię książek schematycznych i stereotypowych. Stworzyła nowe miasteczko z własną historią, która wydaje się być niesamowita, dlatego żałuję, że została opisana w trochę lakoniczny sposób. Można było to rozwinąć jeszcze bardziej. Pomysł na wątek paranormalny – ciekawy i interesujący. Nie spotkamy tutaj wampirów czy innych strzyg, które są obecne w tego typu książkach. „Dziwni” mieszkańcy tego miasteczka kryją inną tajemnicę, która mi przypadłą do gustu, ale to dlatego, że dotyczy moich zainteresowań. Nie będę Wam tego zdradzać, ale autorka naprawdę nieźle to wymyśliła.

Najbardziej zawiedli mnie bohaterowie, ponieważ byli za słabo wykreowani. Niby każdy się czymś wyróżniał, ale moim zdaniem zabrakło im pewnej indywidualności i głębi. Momentami wydawali mi się bardzo płytcy i puści. Podobnie jak fabuła. Wszystko było zdecydowanie za proste, wszystko toczyło się zbyt gładko. Dodatkowo większość rzeczy była bardzo przewidywalna, zero momentów zaskoczenia. Brakowało mi akcji, która wbiła by mnie w fotel i sprawiła, że serce stanie mi w gardle. A w końcu biorąc pod uwagę opis i tytuł, miałam prawo na to liczyć, prawda? Tutaj niestety tego nie było, co jest wielkim minusem tej książki. Gdyby autorka się bardziej postarała, mogłaby to wszystko wykreować znacznie lepiej.

Za plus możemy uznać oczywiście to, że książkę czyta się bardzo szybko i łatwo. Język nie jest skomplikowany, dodatkowo możemy nawet na chwilę odbiec myślami gdzieś indziej, ponieważ i tak nie powinniśmy się zagubić w danej sytuacji, która aktualnie ma miejsce w książce. Za plus uważam także nowe elementy dodane przez autorkę, o których wspomniałam wyżej, ponieważ nadały one książce oryginalności i świeżości, co nieco ją uratowało w moich oczach. Niestety cała reszta wydała mi się zbyt kiepska, był pomysł i potencjał, ale niestety zabrakło dopracowania ich. Poza tym ta przesłodzona „idealna miłość”, która się nawiązała po paru dniach znajomości…

Czy polecam? Powiem tak – jeżeli macie ochotę na lekką powieść na jeden wieczór to możecie przeczytać, ponieważ historia jest nawet niezła. Jeśli jednak liczycie na coś, co wbije Was w fotel i sprawi, że będziecie tą historię długo pamiętać, to darujcie sobie. W sumie początkowo było naprawdę miło, ale potem było coraz gorzej, jednak jakoś dobrnęłam do końca. W każdym bądź razie do książki już nie wrócę i będzie to jedna z tych, którą przeczytałam, ale nie zapadła mi w pamięć.


A teraz kolejne stosisko:

Na "Nefertiri" i "Heretycką królową" miałam ochotę, bo mnie Tiriś zachęciła :D Poza tym Egipt!
"Namiętność"... wiele osób mnie przekonywało, żeby po nią sięgnąć, bo zastopowałam na drugiej części, która mnie załamała.. mam nadzieję, że mieliście rację i się nie zawiodę :P
"Boża Inwazja" Dick'a... kocham tego autora, więc tak po prostu :D
"Numery 2" - pierwsza część była obłędna, więc od razu wzięłam tą z półki!
"Król demon" - już od jakiegoś czasu polowałam i upolowałam.
"W otchłani" - miałam wielką ochotę po prostu po wielu pozytywnych recenzjach.
"Nocna gwiazda" - skończę tę serię, po prostu musiałam mieć od niej przerwę...
A reszta jakoś tak wpadła w łapki :D Po prostu kocham moją bibliotekę!

I piosenka, od której się uzależniam od wczoraj:



W ogóle wszystkie piosenki mają obłędne :D


czwartek, 23 sierpnia 2012

"Miasto kości" - Cassandra Clare


Wierzycie w przypadki? Bo ja nie. Zdecydowanie nie. Nie wierzę w to, że pewne rzeczy zdarzają nam się przypadkowo. Za dużo by tego musiało być, żeby działo się ot tak sobie. Ja wierzę w przeznaczenie, w to, że każda rzecz, która nas spotyka ma jakiś cel i ma nas czegoś nauczyć. Mówi się, że życie płata nam figle… owszem, ale i tak nikt nie przekona mnie do tego, że te figle to przypadkowe zdarzenia.

Clarissa Fray ma całkiem udane życie. Mieszka z mamą i jej dobrym przyjacielem, dobrze się z nią dogaduje, niczego jej nie brakuje, ma najlepszego przyjaciela. Jednak, gdy pewnego dnia w klubie widzi coś, czego nie widzi nikt inny, całe jej życie się zmienia. Wkrótce znika jej matka, a ona dowiaduje się coraz to nowych rzeczy o sobie, swojej matce i ich życiu. Wszystko co do tej pory wiedziała było kłamstwem. A żeby tego było mało, ma jeszcze do czynienia z aroganckim i niesamowicie przystojnym Nocnym Łowcą.

W końcu się zdecydowałam i sięgnęłam po serię Cassandry Clare „Dary Anioła”. Tyle razy już o niej czytałam, tyle dobrego słyszałam, a ciągle odwlekałam przeczytanie jej. Jakiś czas temu przeczytałam „Mechanicznego anioła”, którego wszyscy praktycznie zachwalali, a mnie się średnio podobał, więc bałam się, że tutaj będzie podobnie. Początkowo chyba nawet tak było, ale potem zrobiło się znacznie lepiej.

Trzeba przyznać, że w tej książce naprawdę sporo się dzieje, co mnie niezmiernie ucieszyło. Myślałam, że znajdą się momenty, które mnie będą nużyć, ale na szczęście tak nie było. Są chwile wytchnienia i spokoju, ale są one krótkie. Tak to akcja pędzi, jednak nie za szybko. Pędzi swoim własnym tempem, które nie pozwala czytelnikowi się zanudzić, ale także nie sprawia, że gubi się on w całej historii. No właśnie, sama historia… pomysł bardzo ciekawy, dobrze zrealizowany. Kolejna książka, gdzie miłość nie jest głównym wątkiem, co mogłoby zniszczyć jej urok. Nie porusza ona może zbyt głębokich tematów, jest po prostu dobrą powieścią, którą warto przeczytać. Jej świat może nas niesamowicie pochłonąć, bo jest całkiem nieźle opisany.

Może Was zadziwię, ale polubiłam praktycznie każdego bohatera. Chociaż „polubiłam” wydaje się trochę za dużym słowem, bardziej chodzi o to, że nikt nie działał mi na nerwy, chociaż myślałam, że główna bohaterka właśnie to będzie robić. Miło się zaskoczyłam. Nie jest ofiarą losu, potrafi pokazać pazurki i postawić na swoim. Nie będzie pewnie zaskoczeniem to, że Jace jest obłędny. Chyba jeden z większych plusów tej książki. Jego charakter i arogancja są na swój sposób bardzo urokliwe, jego kwestie sprawiały, że się sporo uśmiałam.

Książka jest podzielona na 3 części i o ile pierwsza była taka sobie, tak trzecia całkowicie wbiła mnie w fotel. Za nic w świecie nie spodziewałabym się takiego zwrotu akcji i przebiegu wydarzeń! Już chciałam narzekać, że wszystko się działo zbyt łatwo a tu proszę! Naprawdę chylę czoła. Świetnie rozegrana historia, zaskakująca i nieprzewidywalna. Poza tym widać dopracowanie, wszystkiego dowiadywaliśmy się stopniowo, ale wszystko było połączone w logiczną całość, dzięki czemu potem łatwiej było pokojarzyć fakty i wiele zrozumieć. Jednakże momentami miałam wrażenie, że są pewne niezgodności w treści, więc to taki delikatny minusik, ale może ja jestem zbyt dociekliwa. No i w sumie przydałaby mi się większa dawka emocji, bo tutaj za bardzo nie zostałam poruszona, poza tym, że byłam wielce zaskoczona obrotem wydarzeń.

Zakończenie sprawiło, że na pewno przeczytam drugą część, pierwsze czasami bywają trochę średnie, bo są swego rodzaju wprowadzeniem, potem dzieje się już znacznie więcej. Mam nadzieję, że w tym przypadku też tak będzie i druga część całkowicie wbije mnie w fotel już od pierwszych storn. Ogólnie polecam tym, którzy jeszcze nie czytali, ja się cieszę, że w końcu to zrobiłam.


______________________________________________________________________
Wybaczcie, że ostatnio nieco mniej zaglądam na Wasze blogi i komentuję, ale mój internet wybitnie odmawia współpracy ostatnimi czasy, co już niezmiernie działa mi na nerwy -_-
A ogólnie to po 19 latach nauczylam się pić kawę, co jest dziwne i mnie przeraża. Smaki mi się zmieniają, hah. Starzeję się. Co nie zmienia faktu, że kawa i tak nie pokona mojego uzależeniania od herbat, których wypijam jakieś 6 dziennie... 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

"Krwawy król" - Gail Z. Martin


Często nie zdajemy sobie sprawy z upływu czasu. A tak naprawdę leci on niesamowicie szybko, nawet nie zdążymy się obejrzeć, a kolejny rok za nami. Czy działa to na naszą korzyść czy nie, to już chyba zależy od nas samych. Dodatkowo nawet przez niecały rok tyle rzeczy może ulec zmianie… nasze życie może przekręcić się o 180 stopni, a my musimy sobie jakoś dać z tym radę. Gdy jest to zmiana na lepsze to nie ma problemu, jeżeli jednak jest odwrotnie… no to już kiepsko.

Tris Drayke, książę Margolanu, ma przed sobą ciężkie czasy. Musi całkowicie opanować umiejętności Przywoływacza Dusz, obronić przyjaciół, samego siebie, pokonać brata, Arontalę i objąć tron. Trochę sporo do zrobienia jak na jedną osobę, prawda? Na całe szczęście towarzyszą mu przyjaciele, którzy pomagają mu jak tylko mogą, a nawet są w stanie oddać za niego życie. Wojna wisi w powietrzu, Margolan jest pogrążony w mroku i chaosie, wszędzie panuje śmierć i niesamowite ubóstwo. Czas leci i leci, i działa na jego niekorzyść. Czy Tris będzie w stanie dać sobie z tym wszystkim radę?

„Krwawy Król” to kontynuacja „Przywoływacza dusz” autorstwa Gail Z. Martin’a. Ponieważ pierwsza część zdobyła moją sympatię, a zakończenie rozbudziło moją ciekawość, nie wahałam się żeby sięgnąć po tą część. Czy utrzymała ona poziom pierwszej? Z pewnością tak, chociaż jedna rzecz niestety mnie bardzo rozczarowała.

Odnośnie fabuły i bohaterów nie ciężko się domyślić, że nic się tu nie zmieniło. Muszę jednak zwrócić uwagę na to, jak pięknie jest przedstawiona przyjaźń i oddanie bohaterów względem siebie, nawet pomiędzy wierszami książki. Na pewno możemy się od nich uczyć honoru i oddania, odwagi, zapału, trzymania się naszego celu. Myślę, że to naprawdę ważne, gdy z powieści możemy wyciągnąć jakieś nauki, które na pewno nam się przydadzą w życiu. Tutaj na pewno nauczymy się tego, żeby nigdy się nie poddawać i dawać z siebie wszystko. Czasem nawet pojedynczy cytat daje nam sporo do myślenia.

Nie jest to książka humorystyczna ani radosna. Jest tu śmierć, głód, strach, upiory, spiski i intrygi. Wiele rzeczy jest opisane w taki sposób, że czasami naprawdę możemy sami poczuć przerażenie. Poza tym autor opisuje wszystko w taki sposób, że mimo tego, że czytamy, to ma się wrażenie, jakby się oglądało film. Bardzo realistycznymi obrazami, które zapamiętałam były głównie treningi Trisa, „ogród” Jareda oraz Dwory Dusz. Naprawdę niesamowite widoki, jeśli mogę to tak nazwać. Momentami czułam się lekko znużona, jednak nie jestem pewna czy to wina historii, czy może po prostu męczyła mnie czcionka, w końcu nie każda jest odpowiednia dla oczu. W każdym bądź razie, raz było spokojnie, a już za chwilę działo się tyle, że ciężko to wszystko opisać. Raz napięcie rosło, raz malało, a punkt kulminacyjny osiągnęło oczywiście na sam koniec. Co mnie rozczarowało? Ano właśnie to, co jest głównym tematem tej książki. Mianowicie walka z Jaredem i Arontalą. Nie będę zdradzać szczegółów, powiem tylko, że spodziewałam się czegoś innego i lepszego.

Jednakże myślę, że całość była bardzo przyjemną lekturą i mogę tą serię polecić tym, którzy lubią przeżywać przygody wraz z bohaterami i zatracić się w książkowym świecie.

___________________________________________________________________

Wzięło mnie na generalne porządki, jeeeny, ile mi się miejsca zrobiło jak powyrzucałam stare i niepotrzebne rzeczy. Dodatkowo zrobiłam sobie "Pudełko wspomnień", fajna sprawa :D
Wycieczka do Krakowa bardzo udana, mimo że na drugi dzień nadal bolały mnie nogi oO
Ogólnie mam ochotę zrobić coś twórczego, ale jeszcze nie wiem co.

piątek, 17 sierpnia 2012

"Więzień labiryntu" - James Dashner


Spróbujcie sobie wyobrazić, że budzicie się w ciasnym i ciemnym pomieszczeniu nic nie wiedząc. No może nic nie wiedząc to przesada. Wiecie, że żyjecie, znacie swoje imię, macie przebłyski swojego życia, ale brak Wam konkretnych informacji. Dodatkowo z tego pomieszczenia wyciągają Was obcy ludzie i trafiacie do zupełnie nieznanego Wam miejsca. Miejsce to jest czymś w rodzaju więzienia, nie jest ono bezpieczne, a co więcej skrywa wiele tajemnic. Ciężko nie postradać zmysłów, prawda?

Thomasa właśnie spotyka taka sytuacja. Budzi się w ciemnej windzie, ktoś wymazał mu pamięć, a gdy wydostaje się z ciemnej windy, jego oczom ukazuje się grupa nastoletnich chłopaków. Thomas trafił do Strefy, która otoczona jest Labiryntem, w którym czekają przerażające i niebezpieczne stwory. Żaden z nich nie wie, dlaczego się tam znaleźli, nie wiedzą też, kto ich tam wysłał. Mimo wszystko starają się budować tam społeczność, a dodatkowo codziennie poszukują wyjścia z tej pułapki. Dzień po Thomasie do Strefy przybywa dziewczyna, jedna jedyna w całej Strefie. I od tego momentu wszystko idzie nie tak jak powinno.

W sumie nie czytałam za wiele opinii na temat tej książki, kiedyś usłyszałam, że jest dobra, więc postanowiłam to sprawdzić. Jak dobrze, że ja to zrobiłam! Ta książka nie jest dobra, ta książka jest wręcz obłędna i cudowna! Na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę i powiem Wam, że naprawdę warto ją mieć na półce!

Koncepcja stworzenia Strefy wraz z Labiryntem jest naprawdę niesamowita i zasługuje na uznanie. Wiem, że to teoretycznie bardzo prosta sprawa i wiele osób mogłoby to wymyślić, ale pan James Dashner zrobił to wyjątkowo dobrze. Mimo tego, że nie występuje tutaj narracja pierwszoosobowa, to stajemy się sami „Więźniem Labiryntu” i wraz z Thomasem poznajemy reguły i zasady, które rządzą w Strefie. Stajemy się „świeżuchem”, powoli i stopniowo zapoznajemy się ze strefą, a wkrótce także z Labiryntem. Opisy są znakomite, dają nam wyraźny obraz świata książkowego. Nie chodzi nawet tylko o sam wygląd miejsca akcji, ale także o to, że potrafimy faktycznie odczuć wiele rzeczy na własnej skórze. W jeszcze lepszym wczuciu się w klimat pomaga język Streferów, który jest obecny przez całą książkę.

Akcja jest bardzo płynna i wartka, stale coś się dzieje i nie pozwala czytelnikowi popaść w monotonię. Książka nie nudzi, jest za ciekawa, aby coś takiego mogło mieć miejsce. Ciekawa, interesująca i pomysłowa – to na pewno. Co jeszcze? Na pewno nieprzewidywalna. Możemy snuć własne domysły, co wydarzy się dalej, ale tak naprawdę myślę, że nie przewidzimy wszystkiego. Mnie się nie udało, nie byłam pewna, co do tego, co mnie i bohaterów jeszcze czeka. Celowo napisałam „mnie i bohaterów”, ponieważ my wszystko przeżywamy razem z nimi. Ileż to było takich momentów, kiedy w moich oczach pojawiła się nadzieja, a ile było też takich, że serce podeszło mi do gardła, a strach sparaliżował ciało.

Książka potrafi być zaskakująca, tak samo jak pewne zwroty akcji, a nawet i sami bohaterowie. Thomas jest bardzo zdeterminowanym i odważnym nastolatkiem, od którego wielu mogłoby się uczyć lojalności i honoru. Reszta chłopaków także posiada swoje indywidualne cechy, które sprawiają, że mamy tutaj kanon różnobarwnych bohaterów. Jest to kolejne urozmaicenie, które sprawia, że książka jest jeszcze bardziej wciągająca. Nie zauważyłam tutaj wątków pobocznych, ale w tym przypadku to bardzo dobra rzecz. Nie wyobrażam sobie, że coś mogłoby odwracać naszą uwagę od głównego tematu, który potrafi nas całkowicie pochłonąć.

Książka posiada także bardzo ładną i adekwatną do treści okładkę – ja takie rzeczy bardzo lubię. Poza tym początek każdego rozdziału posiada wydrukowany fragment okładki. Niby nic nieznacząca ozdoba, a jednak wiele daje. Sprawia, że książka zyskuje w naszych oczach, w końcu w większości jesteśmy wzrokowcami, a więc estetyka i przejrzystość mają duże znaczenie.

Czy polecam?  Nie wiem jak mogłabym tego nie zrobić! Szczerze przyznam, że jeśli chodzi o taką tematykę wśród książek, to ta powieść, od czasów „Igrzysk śmierci”, w moich oczach im dorównała. Jest wciągająca, interesująca i pełna akcji oraz napięcia. Z czystym sumieniem mogłabym dać jej maksymalną ocenę, nie zauważyłam tutaj żadnych minusów czy niedociągnięć.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:
 

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Rozkosz nieujarzmiona" - Larissa Ione


Mówi się, że jeśli nie można kogoś pokonać, to trzeba się do niego przyłączyć. I podobno przyjaciół trzeba trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Tylko czy to aby na pewno dobre rozwiązania? Są ryzykowne, to prawda. Ale czasami tylko one pomagają nam odkryć prawdę o świecie i sobie samym. Pomagają nam przejrzeć na oczy i zobaczyć, że wiele rzeczy, w które do tej pory wierzyliśmy, było kłamstwami. Kto by pomyślał, że wrogowie mogą być tacy przydatni, prawda?

Tayla jest zabójczynią demonów. Nie rozgranicza ich na dobre czy złe, po prostu zabija każdego, który stanie jej na drodze. Do czasu, kiedy trafia do podziemnego szpitala dla demonów i tamtejszy lekarz –Eidolon - ratuje jej życie. Między tą dwójką od samego początku jest żądza, mimo że są zaprzysiężonymi wrogami. Jednak Tayla, aby udowodnić swoim zwierzchnikom, że jest nadal lojalna, musi zdradzić Eidolona, który ją uratował, a na dodatek ją pociąga. Natomiast Eidolon podczas badań odkrywa bardzo interesujące fakty dotyczące Tayli, które prawdopodobnie wywrócą jej świat do góry nogami.

Nie będę ukrywać, że lubię romanse paranormalne, a zwłaszcza te, które zostały skierowane dla starszych czytelniczek. „Rozkosz nieujarzmiona” zdecydowanie się do nich zalicza i uważam, że jest jedną z lepszych książek należących do tego gatunku. Przyciągnął mnie do niej nie tylko opis, ale i okładka, która okazała się wręcz idealnie dopasowana do treści książki! Cieszę się, że dane mi było ją przeczytać.

Zapewne większość z Was wie, że w romansie paranormalnym musimy mieć do czynienia z istotami paranormalnymi. W tym przypadku są to demony. I tutaj chciałabym zwrócić szczególną uwagę na to, jak świetnie zostały one przedstawione. Poznajemy ich hierarchię oraz klasyfikację, zasady, które rządzą ich światem, a także wszelkie możliwe upodobania i stosunki z ludźmi czy też innymi demonami. Motyw ten został naprawdę bardzo dobrze opracowany i wpleciony w powieść, ma to moim zdaniem ogromne znaczenie, bo w końcu ta seria ma dotyczyć tej rasy, więc musimy ją lepiej poznać. Autorka stworzyła świat demonów po swojemu, na nowo, dodała mu nieco życia i świeżości, a przy okazji zadbała o to, żebyśmy sami się w tym nie zagubili. Poza tym na samym początku znajduje się słowniczek, który wiele nam ułatwia. I fragment ze środka powieści, który już nas zachęca do czytania.

Sam tytuł – „Rozkosz nieujarzmiona” – zapewne każe Wam myśleć, że jest to nic więcej, niż zwykły romans paranormalny, w którym przeważają sceny miłosnych uniesień. Ja początkowo też tak myślałam, ale tak nie jest. Sceny erotyczne faktycznie są tutaj obecne, ale nie zdominowały one całości książki, raczej stanowią jej dopełnienie. Ku miłemu zaskoczeniu nie są opisane w sposób ordynarny, ale w sposób seksowny, namiętny i gorący. Książka porusza wiele innych tematów – choćby walkę demonów z ludźmi czy handel organami. Znajdziemy tu także wiele tajemnic, które wciągną nas w powieść, ale nie otrzymamy od razu wszystkich odpowiedzi. Wszelkie sekrety wyjaśniają się stopniowo, ale nie wszystkie zostały rozwiązane, co każe mi sądzić, że nastąpi to w dalszych częściach. Czy książka jest przewidywalna? Cóż, pewne rzeczy można przewidzieć na podstawie opisu, czy tytułu serii, ale znajdą się też takie, które nas zaskoczą.

Bohaterowie są na swój sposób niezwykli i porywający. Każdy z nich został ciekawie przedstawiony, chociaż oczywiście główny nacisk jest na Taylę i Eidolona. Tayla jest pewną siebie i odważną kobietą, której życie zmienia się o 180 stopni po poznaniu Eidolona. Mimo wszystko potrafi ona sobie z tym poradzić. Sam Eidolon jest zaborczy, momentami arogancki, ale przy tym wszystkim czarujący i opiekuńczy. Nie dziwię się, że tak się spodobał Tayli. Sama nie pogardziłabym takim demonem. Akcja toczy się umiarkowanym tempem, ale stale się coś dzieje. Na pewno nie ulegniemy nudzie czy znużeniu, wręcz przeciwnie. Książka potrafi nas niesamowicie pobudzić, wciągnąć i zaintrygować. Język jest momentami ostry, ale to dodaje tylko pikanterii i ostrości tej powieści, więc jest to dodatkowy atut.

Czy polecam? Jak najbardziej, zwłaszcza fankom romansów paranormalnych z nutką erotyzmu, napięcia i wartkiej akcji. Myślę, że właśnie im spodoba się ta książka najbardziej, a ja sama czekam już na drugi tom, ponieważ jestem bardzo ciekawa jak dalej potoczą się losy Tayli, mam nadzieję, że autorka zafunduje nam jeszcze większą dawkę napięcia, sekretów i poczucia humoru, które tutaj także występowało.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:


środa, 15 sierpnia 2012

"Siła trucizny" - Maria V. Snyder

Ponoć każde życie jest lepsze niż śmierć. Gdy wiemy, że jesteśmy skazani na stracenie, zazwyczaj próbujemy się chwycić wszystkiego, co mogłoby nas od tego uratować. Mało kto chce umierać, zwłaszcza nie z powodów naturalnych. Założę się, że gdyby każdy z Was miał wybór: śmierć albo tester  żywności lub inny zagrażający życiu zawód, większość z Was wybrałaby życie, mimo ciężkiej pracy pełnej niepewności.

W Iksji miał miejsce krwawy przewrót podczas którego zginął sam król. Od tamtej pory magia jest surowo zakazana, magowie zostali albo zabici, albo udało im się uciec na południe o Sycji. Na czele Iksji stoi teraz surowy komendant, który wybitnie nie toleruje magii. Yelena została skazana na śmierć, ponieważ zabiła człowieka. To, że działała w obronie własnej nie ma znaczenia. Jednakże nagle wyrok zostaje odwołany, a ona przyjmuje propozycje zostania testerem żywności samego komendanta. Nie jest to wymarzone życie Yeleny, ale zawsze to życie, a nie śmierć.

Wiele osób bardzo zachwalało tą książkę, tak więc postanowiłam ją kupić i sama się przekonać, czy jest warta uwagi. Nie żałuję wydanych pieniędzy, na pewno warto było po tą powieść sięgnąć, mimo że spodziewałam się czegoś mocniejszego. Po prostu myślałam, że będzie tu więcej przemocy, szybkiej akcji i rozlewu krwi, ale widocznie moje przeczucia były błędne. W każdym bądź razie i tak jestem zadowolona z tego, co otrzymałam.
Bardzo podoba mi się sam pomysł, ponieważ z czymś takim się jeszcze nie spotkałam, a ja lubię nowe rzeczy i motywy. Wykonanie jest bardzo dobre i dopracowane. Żałuję tylko trochę, że autorka tak mało w sumie napisała o poszczególnych truciznach. Były one fikcyjne, owszem, ale myślę, że mogła nam pozwolić poznać je lepiej, a można było także opisać kilka prawdziwych, z realnego świata. Jednak to tylko i wyłącznie moje zdanie – ja po prostu lubię temat trucizn. W każdym bądź razie cała reszta – czyli opisy miejsc, sytuacji a nawet broni – są naprawdę niezłe. Łatwo sobie wyobrazić świat Iksji.

Główna bohaterka zdecydowanie może nam przypaść do gustu, jest zwinna, sprytna i co najważniejsze: potrafi myśleć, kombinować, a przy tym wszystkim zachować rozsądek. Wiele możemy się od niej nauczyć. Jej emocje, poglądy, myśli zostały bardzo dobrze przedstawione, dzięki czemu możemy ją lepiej poznać, a także postawić się w jej sytuacji. I co? Umieramy czy testujemy? Właśnie wtedy intensywnie nad tym myślimy, dokładnie tak jak Yelena. Razem z nią przeżywamy wzloty i upadki. Muszę przyznać, że także reszta bohaterów, zarówno drugoplanowych, jak i tych dalszych planów jest dobrze wykreowana. Wiadomo, że nie skupiamy się na nich tak jak na naszej testerce, ale na pewno możemy ich sobie wyobrazić.

Cała akcja toczy się bardzo płynnie i swobodnie, nie ma nagłych przeskoków z jednego miejsca w drugie. Są momenty kiedy napięcie wzrasta, są sytuacje, które nas zaskakują, a są i takie, które możemy przewidzieć od samego początku, ale w tym przypadku to nie jest zła rzecz, bowiem po prostu czekamy na nie z utęsknieniem. To sprawia, że książka nas wciąga i czytamy dalej. Momentów przynudzania nie zauważyłam, więc jest naprawdę nieźle. Wiele się dzieje – to też duży plus – jednak jest to bardzo ładnie rozłożone i układa się w logiczną całość. Były nawet momenty, kiedy faktycznie się wzruszyłam lub też przeraziłam.

Powiem szczerze, że książka nie zachwyciła mnie jakoś wybitnie, jednakże uważam ją za bardzo dobrą. Może czegoś jej brakuje, a może po prostu jest to wynikiem tego, że nastawiłam się nieco na coś innego. Jednakże polecam tą powieść, ponieważ myślę, że warto ją przeczytać i poznać główną bohaterkę, a także przeżyć razem z nią te wszystkie ‘przygody’.


niedziela, 12 sierpnia 2012

"Ubik" - Philip K. Dick


Lubicie czasem wejść do  zupełnie innego świata i się w nim zatracić? Tak? To fajnie. Jednakże nie mam tu na myśli świata, gdzie spotkamy elfy, smoki czy magów. Nie, zdecydowanie nie chodzi mi w tej chwili o świat fantasy. Chodzi mi w sumie o całkiem normalny świat, a jednak inny. Dziwna sprawa, prawda? To w końcu normalny czy inny? Dobre pytanie, na które sama do tej pory nie znam odpowiedzi.

Glen Runciter jest właścicielem firmy, gdzie pracują inercjały. Są to ludzie, którzy niwelują działanie innych ludzi, którzy mają talent psychotroniczne – jasnowidzenie, czytanie w myślach itp. Któregoś dnia dostaje on zlecenie na pozbycie się kilku telepatów w firmie działającej nigdzie indziej jak na samym Księżycu. Jest to szansa na niesamowity zarobek, tak więc Runciter zbiera swoich najlepszych ludzi i udaje się na Lunę. Jednak to, co ich tam czeka i jakie ta wyprawa będzie mieć skutki nie przychodzi nikomu nawet na myśl. Chociaż, może sam Runciter wie?

Z twórczością Phillipa K. Dicka spotkałam się, gdy sięgnęłam po książkę „Blade Runner”. Zachwyciła mnie, to na pewno. Tak więc stwierdziłam, że muszę sięgać dalej po twórczość tego autora. Nie żałuję, że to zrobiłam. Ta książka jest po prostu obłędna jak dla mnie!

Książka ta jest faktycznie inna od większości jakie czytam. Jest po prostu nieco dziwna, a może lepiej powiedzieć specyficzna. Sprawia to nie tylko sam styl pisania autora, ale także pomysł, fabuła, przebieg akcji, bohaterowie, tamten świat. Czasem nic nie trzyma się kupy, a jednak książka powstała i jest naprawdę niesamowita. Cóż mogę o niej powiedzieć… na pewno przenosi nas do swojego świata i to bardzo głęboko. Niby czytamy, a czujemy się jakbyśmy oglądali film. Naprawdę, miałam wrażenie, że siedzę w kinie, a to wszystko dzieje się na ekranie. Niesamowite uczucie. Dodatkowo książka jest taka, że można trochę postradać zmysły. Nie mówię tutaj o tym, że od razu od niej oszalejecie i wylądujecie w białym pokoju bez klamek, ale na pewno będziecie się trochę dziwnie czuć, trochę nieswojo, a Wasz umysł będzie błądził. Piękna sprawa, że książka potrafi uczynić coś takiego.

Bohaterowie może nie są bardzo wyraźnie opisani, poza Runciterem i Joe, jednak nie zwraca się na to szczególnej uwagi. Są tu dużo ważniejsze aspekty, które ją przyciągają. Książka jest zaskakująca i nieprzewidywalna. Akcja toczy się już od pierwszych stron, nie ma daremnych wprowadzeń w sytuację, od razu jesteśmy wstrzeliwani w nowy, obcy świat. W tym przypadku jest to świetny zabieg, nie wyobrażam sobie, że miałabym tutaj czytać jakieś spokojne wprowadzenie. Nie ma zbędnego owijania w bawełnę, zarówno opisy i dialogi dostarczają nam wystarczającą wiedzę i informacje.

Ciekawe jest też to, że nie dowiadujemy się na samym początku czym lub też kim jest tytułowy Ubik. Wzbudza to w nas ciekawość już podczas czytania pierwszych stron i czytamy dalej licząc na to, że za chwilę otrzymamy rozwiązanie i dowiemy się o co chodzi. A to wcale nie jest takie proste, o nie. I całe szczęście, chwała panu Dickowi za to. Tak na dobrą sprawę to nawet na końcu nie mamy pewności co to jest Ubik, mimo że to pytanie pojawia się w tekście kilka razy. Myślę, że to pozostaje w domyśle czytelnika.

Poza faktem, że jest to bardzo dobra powieść, ma ona także drugie znaczenie, bardziej głębokie przesłanie. Widzi się to dopiero, gdy analizuje się wszystko bardziej szczegółowo a i pomaga nam w tym zapewne przedmowa. Jednak jakie to jest znaczenie – odkryjcie sami.

Książkę jak najbardziej polecam, chociaż nie jest ona chyba dla wszystkich. Niektórzy naprawdę mogą przez nią nie przejść, może im się wydać ciężka i trudna. Mnie w każdym bądź razie urzekła i to jak!

czwartek, 9 sierpnia 2012

"Lament" i "Ballada" - Maggie Stiefvater

Nie wiem czy ktoś z Was miał kiedyś sytuację taką, że coś nagle zmieniało się w jego życiu w dość znacznym stopniu, jednak przyjmowaliście to ze stoickim spokojem. Ja miałam tak kilka razy, po prostu czułam, że tak musi być, że to jest takie proste i oczywiste. Chociaż czasami faktycznie nieźle potrafiłam się w tym wszystkim zagubić…

Deirdre jest bardzo utalentowaną harfistką. Mimo swojego talentu, bywa nieśmiała i często łapie ją trema. Podczas kolejnego jej występu zaczyna dziać się coś dziwnego. Spotyka ona chłopaka ze swojego snu, który rozmawia z nią jak gdyby nigdy nic. Dodatkowo zamiast solo, Deirdre występuje z nim. Od tej pory tajemniczy Luke pojawia się coraz częściej w jej życiu, coraz częściej dziewczyna spotyka go na swojej drodze… podobnie jak czterolistne koniczyny. Wkrótce okazuje się, że utalentowaną dziewczyną interesują się fejowie. A dodatkowo Luke nie jest tym za kogo się podaje.

Z twórczością pani Stiefvater spotkałam się już wcześniej – mianowicie czytałam „Drżenie”, które mi się bardzo podobało. Stwierdziłam więc, że może warto sięgnąć po kolejną serię, która wyszła spod pióra tej autorki. „Lament” niestety nie wzbudził we mnie aż tylu emocji, co „Drżenie”.

Pomysł jest już dosyć oklepany, więc nie nastawiałam się zbytnio na jakieś super nowości. Mimo wszystko autorka dorzuciła coś od siebie i nie trzymała  się typowo jakiegoś utartego wzoru, więc to wiele dało tej książce, niż gdyby miała być kolejnym stereotypowym czytadłem o elfach. Tematykę tą w sumie lubię, więc czytało mi się całkiem przyjemnie. Jednakże mam wrażenie, że cała ta intryga była zbyt prosta i zbyt oczywista. Nie znalazł się chyba żaden element, który by mnie zaskoczył, a szkoda.

Akcja pędzi już od pierwszych stron, od razu jesteśmy wrzuceni w cały świat powieści i w sytuacje. Nie ma głębszego wprowadzenia, od razu przechodzimy do rzeczy. I teraz należy się zastanowić czy jest to dobry zabieg czy zły. Są ludzie, którzy nie lubią owijania w bawełnę i smęcenia, więc oni będą zapewne zadowoleni. Jednak są też tacy, którzy lubią mieć lepsze wprowadzenie, i im może się to nie do końca spodobać. Ja początkowo była troszkę w szoku, że tak szybko wszystko się dzieje. Może nawet nie tylko w szoku, co bardziej byłam zdezorientowana. Momentami faktycznie akcja pędziła za bardzo, ale po pewnym czasie się przyzwyczaiłam.

Pewne rzeczy początkowo mnie zaczęły odrzucać, ciągłe wypominanie przypadłości Deirdre przed występami, niektóre wypowiedzi.. czasami były zbyt płytkie. Jednak z rozdziału na rozdział było coraz lepiej, a sama końcówka była chyba najlepsza. Cieszę się, że nie odłożyłam książki po początkowych odczuciach niechęci, ponieważ okazała się w całości całkiem dobrą i ciekawą lekturą. Nie jest szczególnie skomplikowana i trudna, raczej taka rozluźniająca. Czyta się szybko, momentami potrafi wciągnąć. Brakowało mi tylko większej dawki emocji. Ale przynajmniej świat stworzony przez autorkę został bardzo dobrze opisany, a i bohaterowie niczego sobie.

Mimo drobnych minusów, które wyprowadzały mnie z równowagi, książkę oceniam na całkiem niezłą. Dla rozluźnienia na pewno można przeczytać, nawet w jeden wieczór. Muszę też wspomnieć o pięknej oprawie graficznej – tekst jest bardzo przejrzysty, przyjazna czcionka, piękne ilustracje i teksty na stronie każdej nowe księgi. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak sięgnięcie po kolejną część. A Wam w sumie polecam na jakieś samotne wieczory.



Nie raz w życiu musimy dokonywać ciężkich wyborów. Jedne są bolesne, drugie właściwe. Jednak czasem trudno wybrać właściwie. W przeciągu krótkiego czasu nasze życie potrafi się diametralnie zmienić, a gdy myślimy, że wszystko, co złe, przeminęło… to nagle powraca. I bywa, że jest znacznie gorzej niż moglibyśmy sądzić.

James i Dee oddalili się od siebie. Każde z nich ma złamane serce i muszą to przewalczyć. Jednak razem idą do tej samej szkoły muzycznej, jednak jak się okazuje nie jest to do końca normalna szkoła. A przynajmniej niektórzy uczniowie i nauczyciele nie są. James jako utalentowany dudziarz przyciąga do siebie Nualę, która jest leanan sidhe – odbiera utalentowanym śmiertelnikom kilka lat życia w zamian za inspirację. Jednak James nie zamierza zawrzeć z nią paktu. Jednak wkrótce połączy ich coś więcej, a James będzie musiał zdecydować – czy ratować Nualę czy Dee.

„Ballada” to druga część cyklu o fejach autorstwa Maggie Stiefvater. Szczerze powiem, że pobiła ona swoją poprzedniczkę. Ta część jest dużo lepsza, bardziej dojrzalsza i myślę, że ciekawsza. Po „Lamencie” miałam trochę opory przed czytaniem kolejnej części, jednak dobrze, że nie zrezygnowałam. „Ballada” nadaje tej serii zupełnie nowe, lepsze oblicze.

Narracja jest podzielona na Jamesa i Nualę, ponieważ to oni stanowią tutaj dwójkę głównych bohaterów. Bardzo mi się to spodobało, ponieważ uważam, że James jest naprawdę świetną postacią i bardzo go polubiłam. Poza tym dzięki temu zabiegowi możemy lepiej poznać tą dwójkę bohaterów, zżyć się z nimi i przeżywać po trochu to, co oni. Nuala sama w sobie też jest dosyć interesująca, widać w niej dobroć i poświęcenie, mimo tego, że jestem fejem. Za to James jest cudowny pod względem swoich wypowiedzi, które nie raz doprowadziły mnie do śmiechu. Cieszę się, że nie było tutaj aż tyle Dee, trochę mi działa na nerwy, zwłaszcza gdy się tak nad sobą użala.
  
W drugiej części serii akcja już tak bardzo nie pędzi, tutaj jest właśnie idealnie – nie za szybko, nie za wolno. Mamy czas na refleksje i przemyślenia, poza tym ja nie do końca przepadam za aż tak szybkim tempem, gdzie ledwo sama nadążam. Opisy są nadal dobre, myślę, że niektórym uda się przenieść do tego magicznego świata. Sam pomysł jest całkiem niezły, podobnie jak i wykonanie, chociaż myślę, że troszkę zbyt przewidywalny. Brakowało mi jakiejś głębszej tajemnicy albo spisku. Tutaj dalej wszystko jest odrobinę za proste.

Jednakże czyta się bardzo miło i przyjemnie, mimo pewnych minusów „Lamentu” cała seria jest naprawdę ciekawa i fascynująca na swój sposób. Coś sprawiało, że chciałam czytać dalej, niezależnie od tego, jak to będzie. Jest w tej serii jakaś magia. „Ballada” przebiła swoją poprzedniczkę, to na pewno. Teoretycznie można ją czytać bez znajomości poprzedniej części, jednak myślę, że mogę spokojnie polecić całość. Moje zdanie jest takie, że warto przeżyć tą przygodę razem z Jamesem i Deirdre.


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Delirium" - Lauren Oliver


Trudności z koncentracją, pocenie się, wilgotne dłonie, brak apetytu, dezorientacja, myślenie tylko o jednej osobie – każdy, kto kiedyś był zakochany doskonale zna to wszystko. Towarzyszyło mu to za każdym razem gdy widział ukochaną osobę, a co dopiero, gdy z nią rozmawiał. Miłość to piękna rzecz, prawda? Mimo tych wszystkich objawów sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Inaczej postrzegamy świat, wydaje się lepszy. Jednak może być także tragiczna. Gdyby miłość była chorobą, wzięlibyście lekarstwo?

Lena ma prawie 18 lat i żyje wraz ze swoją ciotką, wujkiem i ich córkami. Niedługo czeka ją zabieg – ma dostać remedium, lek, który sprawi, że jej życie będzie lepsze. Remedium i surowe reguły mają zapewnić mieszkańcom jej miasta bezpieczeństwo i szczęśliwe życie. Lek. Na co? Na miłość. Przynajmniej mówiąc potocznie, ponieważ normalnie  to uczucie jest postrzegane jako choroba i to bardzo poważna, a wręcz śmiertelna. Lena głęboko wierzy w idee, które szerzą Porządkowi i władze, nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że może się zbuntować, albo, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo. Nigdy, aż do teraz.

Już od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam opis „Delirium” wiedziałam, że muszę tą książkę przeczytać. Teraz, kiedy jestem już po tej wspaniałej lekturze wiem kolejną rzecz – muszę ją mieć na półce, ponieważ na pewno kiedyś do niej wrócę. Więc takim oto sposobem znalazła się ona na liście moich upragnionych i zapewne ulubionych książek.

Opis z tyłu okładki wyraźnie wskazuje na to, że jest to kolejna opowieść o zakazanej miłości w świecie pełnym zasad i reguł. Nie zaprzeczę, rzeczywiście tak jest. Ale tak naprawdę ta książka ma dużo głębsze znaczenie, porusza dużo ważniejsze motywy, poznajemy także inne, równie ważne wartości. Miłość jest tutaj pięknym dopełnieniem całego przesłania. Najważniejszym motywem moim zdaniem jest tutaj poczucie wolności i swobody. Jednakże bardzo łatwo można to powiązać z miłością. Świat, który został idealnie i bardzo szczegółowo opisany, jest pełen rygoru i surowości. Ludzie są pod stałą obserwacją, nie mają prawa wyboru z kim spędzą resztę życia, a wszelkie uczucia są im odbierane. Kary są równie surowe co zasady, dlatego prawie nikt nie postanawia ich łamać. Czy jest to aby na pewno zasługa poczucia bezpieczeństwa czy to zwykły strach?

Książka jest napisana w sposób bardzo prawdziwy i wiarygodny. Na początku każdego rozdziału pojawiają się dłuższe lub krótsze cytaty, które jeszcze lepiej wprowadzają nas w klimat książki. Mniemam, że zostały one wymyślone przez autorkę, ale naprawdę ciężko w to czasami uwierzyć. Są bardzo, ale to bardzo realistyczne. Poza tym widać dzięki temu i wielu innym, drobnym szczegółom, że autorka naprawdę przyłożyła się do pisania tej powieści. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane i przemyślane, potencjał został w pełni wykorzystany! Momentami pewne fragmenty przypominały mi trochę inne pozycje, mianowicie „Las zębów i rąk” oraz „Under the Never Sky”, jednak możliwe, że to moje prywatne odczucie. Pomysł sam w sobie jest naprawdę fascynujący i ciekawy. Nie raz także przerażający.

Bohaterowie zostali znakomicie przedstawieni, zwłaszcza główna bohaterka. Narracja jest pierwszoosobowa, co pozwala nam poznać ją najlepiej. Stopniowo poznajemy jej lęki, cechy charakteru, odczucia i wspomnienia. Stajemy się po prostu samą Leną i ta historia dotyczy nas samych. Widać stopniowe zmiany, jakie w niej zachodzą, widać chęć odkrycia prawdy, oddanie, chęć walki i to, że się nie poddaje. A z początku wydawała się strasznie nieśmiała i zamknięta w sobie, a tu proszę jaka miła niespodzianka. Wiele dobrego mogę także powiedzieć o Hanie i Aleksie, ale myślę, że powinniście poznać ich sami.

„Delirium” nie jest kolejnym, prostym romansidłem. Ta książka jest dużo głębsza i poważniejsza. Dodatkowo jest piękną historią o miłości, wolności i poświęceniu. Wiele momentów jest wzruszających, łzy same płyną po policzkach, zwłaszcza na sam koniec. Książkę cechuje także nieprzewidywalność, a i elementy zaskoczenia nie są jej obce. Jestem tą pozycją zachwycona, urzekła mnie niesamowicie! Polecam każdemu!

niedziela, 5 sierpnia 2012

"Wariant" - Robison Wells + stos



Ponoć, gdy nie możemy kogoś pokonać, to najlepiej się po prostu do niego przyłączyć. Zaakceptować to, co jest nam dane, przyjąć to do wiadomości i żyć dalej. W końcu mamy wybór – albo będziemy żyć spokojnie, mając to, co nam potrzebne do życia, albo przegramy i zostaniemy z niczym. Ale z drugiej strony.. bez ryzyka nie ma zabawy, prawda? A poddawanie się obowiązującym normom bywa po prostu nudne!

Benson spędził życie wędrując od jednej rodziny zastępczej do drugiej. W końcu otrzymał stypendium w Akadamii Maxfield i myślał, że to jego szansa. Szansa na nowe, lepsze życie. Przykra sprawa, ale Benson się mylił i to bardzo. Bo Akademia Maxfield nie jest normalną szkołą. Nie ma tutaj dorosłych, żadnych nauczycieli – uczniowie sami prowadzą lekcje, sami biorą udział w zajęciach, wszystko robią sami. Na pierwszy rzut oka brzmi cudownie, prawda? No to teraz ta gorsza strona – wszędzie są kamery, które śledzą każdy ich ruch, wszędzie są mikrofony, które słyszą każdą ich wypowiedź, a sami uczniowie są podzieleni na trzy grupy i na którąś trzeba się zdecydować – Porządek, Spustoszenie albo Wariant.

Czytałam już trochę książek o tym jak to nowy uczeń czy uczennica trafia do nowej szkoły pełnej surowych zasad i nie może się w niej odnaleźć. Jednak muszę przyznać, że „Wariant” Robisona Wells’a jest zupełnie inną książką, mimo że porusza taką samą tematykę. Po pierwsze – już od pierwszych stron coś się dzieje i tak jest już do końca książki. Ciągle jest jakaś akcja, wszystko dzieje się dość szybko, a dodatkowo stopniowo rośnie napięcie. Tak naprawdę nie wiemy, czego możemy się spodziewać. Nie mamy pewności co się wydarzy, gdy przewrócimy kartkę i zaczniemy czytać kolejną stronę. W tej książce wszystko jest możliwe, wszystko jest zagadką i tajemnicą.

Język bardziej skierowany do młodzieży, jednak są tutaj sceny pełne przemocy, przez które nie każdy da radę przejść. Autor stworzył naprawdę coś wspaniałego, co wciąga nas już od samego początku. Ciężko się oderwać od tej lektury, ponieważ tak na dobrą sprawę, przeżywamy wszystko z Bensonem. Pomaga nam w tym zapewne narracja pierwszoosobowa. Dzięki niej sami stajemy się nowym uczniem Akademii Maxfield, poznajemy panujące tam zasady i nowych uczniów i nie da się ukryć, że nasza reakcja jest dokładnie taka sama jak reakcja Bensona. Chcielibyśmy uciec z takiej szkoły, ale na pewno nie chcemy uciec od dalszego czytania tej książki.

Świat powieści został przedstawiony całkiem nieźle, na pewno możemy wiele rzeczy zobaczyć oczami wyobraźni. Bohaterowie w dużej mierze też są dobrze wykreowani, przynajmniej Ci ważniejsi. Na pewno każdy z nich wyróżnia się daną cechą, którą spokojnie każdy z nas zauważy. A to już zawsze coś. W sumie nie wiem, co mogę powiedzieć o głównym bohaterze – na pewno to, że jest sprytny, odważny i dąży do wyznaczonego celu – to mu się chwali. Czasem jednak jego zachowania były zbyt heroiczne w nie do końca dobrym tego słowa znaczeniu i po prostu nieprzemyślane i głupie. Jeśli chodzi o samych bohaterów to nikt nie zdobył jakoś wybitnie mojej sympatii, ale sam pomysł na tą książkę – jak najbardziej! Ciekawy pomysł na samą fabułę, ale także na postacie uczniów, którzy tak naprawdę nie mają żadnego miejsca, do którego mogliby uciec. Podobał mi się także ich podział na trzy gangi i cała organizacja szkoły.

Po raz kolejny przekonałam się, że da się stworzyć książkę młodzieżową bez wątku paranormalnego, która jest naprawdę dobra. Jednak muszę się z Wami podzielić jeszcze jedną rzeczą. Podczas czytania tej powieści ciągle towarzyszyło mi głównie jedno odczucie – myśl, że ja sama mogłabym się tam znaleźć. Ogarniało mnie wtedy niesamowite przerażenie, nie mogłam sobie wyobrazić co bym zrobiła w takiej szkole – czy bym się podporządkowała, czy bym próbowała uciec. Sceny przemocy mnie tak nie ruszyły, bo prawda taka, że mnie rzadko kiedy coś takiego porusza.

Mimo wszystko czuję pewien niedosyt, może dlatego, że książka była trochę za krótka? Jednak na pewno mnie nie znudziła ani nie znużyła – żadnym swoim momentem. Tutaj nie ma czegoś takiego jak nuda, bo akcja jest przez całą książkę. Polecam jak najbardziej, bo to bardzo dobra pozycja! Mam nadzieję, że doczekam się drugiej części i po niej mój niedosyt zostanie zaspokojony!



 _____________________________________________________________________
A teraz trochę tak ode mnie. Po pierwsze stosik. Byłam w bibliotece, a w sumie to dwóch no i nie mogłam się powstrzymać :D "Delirium" i "Zakochana w mroku" pożyczone od Kadzi, reszta z biblio.

Hah, tak mało mi do szczęścia potrzeba :D I normalnie muszę się z Wami podzielić moją słitaśną focią:


A z ciekawszych rzeczy... byłam dzisiaj z Hinatą na zdjęciu szwów... skończyło się to tym, że dostała zastrzyk na uspokojenie, który nie podziałał, a więc dostała narkozę. Dopiero wtedy można było zdjąć szwy z brzuszka, a ja skończyłam z przegryzionym palcem i krwawiącą dziurą pod obojczykiem i nad mostkiem. A weterynarz się śmiał, że mam dzikusa w domu... dzikus oO To jest bestia, a nie dzikus. Jeszcze śpi, narkoza nie zeszła, ale jak się obudzi to mam przerąbane.. ona mnie chyba za to zabije...

środa, 1 sierpnia 2012

"Magia kąsa" i "Magia parzy" - Ilona Andrews


Nikt nie lubi być sam,  prawda? W końcu to nie leży w ludzkiej naturze, żebyśmy byli cały czas samotnikami. Wiadomo, że każdy potrzebuje chwili wytchnienia i spokoju, takiego czasu tylko dla siebie. Ale to nie może trwać wiecznie. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka, do rozmowy, do pomocy… czasem po prostu do tego, żeby ktoś z nami był.

Haha Curran wygląda jak Simba :D
Kate Daniels jest najemniczką, w jej żyłach oprócz krwi płynie również magia. Pewnego dnia dowiaduje się o śmierci swojego opiekuna – jedynej osoby, którą miała. Teraz została zupełnie sama. Jednak Kate jest silną i odważną młodą kobietą i postanawia tego tak nie zostawiać. Chce odnaleźć zabójcę, który zabrał jej przyjaciela do grobu. Jednakże im głębiej wchodzi w sprawę tego morderstwa, tym bardziej wszystko się komplikuje. Nie wie komu może zaufać, kto jej może pomóc, z kim może współpracować. Obawia się, że każdy może mieć coś na sumieniu, a ona sama już nie wie, na czym stoi. A rozwiązanie sprawy wcale nie jest takie proste.

Już od jakiegoś czasu seria pani Ilony Andrews przyciągała moją uwagę. Zresztą, jak wszystko to, co ma słowo „magia” w tytule. Poza tym okładki też niczego sobie. Toteż weszłam do biblioteki jedynie z zamiarem oddania książek i nie brania niczego nowego, ponieważ w domu na półce czeka mnóstwo książek zakupionych… no ale jak to ja – nie mogłam się powstrzymać, kiedy zobaczyłam, że ta książka stoi na półce i się do mnie uśmiecha. Wzięłam.

Wiele już czytałam książek o magii, zmiennokształtnych, najemnikach, silnych kobietach.  Teoretycznie powinnam mieć już dość, ale problem polega na tym, że ja tego rodzaju książek to chyba nigdy nie będę miała dość. Zwłaszcza jeżeli autor czy autorka potrafi to opisać w niecodzienny sposób, nie trzymając się stereotypów i schematów oraz dodać coś od siebie. Wtedy to zyskuje w moich oczach jeszcze bardziej. Tak więc pomysł jest znany, jednak zrealizowany bardzo dobrze, pani Andrews wykreowała mimo wszystko własny świat, własne zasady i własne postaci. Język jest bardzo przyjemny. Książkę czyta się niewiarygodnie szybko, mimo że rozdziały są długie. Ale w tym przypadku ta historia wciąga nas tak, że nawet nie wiemy kiedy, a strony lecą i lecą…

Bohaterowie są świetnie wykreowani, nie tylko ze względu na ich charakter czy sposób bycia, ale nawet jeśli chodzi o wygląd. Naprawdę chyba po raz pierwszy mi się zdarzyło, że aż tak dobrze wyobraziłam sobie bohaterów powieści łącznie z tym, jak wyglądają. Niby drobny szczegół, a jednak sporo daje. Dodatkowo opisy są bardzo dokładne, jednak nie nużące, co czasami jest ciężko połączyć. Bardzo łatwo i dokładnie możemy stworzyć w głowie obraz świata, który stopniowo poznajemy. Plus także za to, że rzeczy nie dzieją się same z siebie, że jedna rzecz pociąga za sobą drugą. Chodzi mi o to, że autorka po prostu dobrze przemyślała sobie wszystko i nie znajdziemy tutaj rzeczy, które pojawiają się nagle z niczego. Wszystko jest ładnie dopracowane, wraz ze szczegółami.

Nieprzewidywalność? Jak najbardziej. Niby wpadamy na trop rozwiązania zagadki, a potem czytamy dalej i widzimy, że nasze podejrzenia teoretycznie były słuszne i myślimy: „Ha! Miałam rację!”, nagle wszystko się komplikuje bardziej, a my zdajemy sobie sprawę z tego, że wcale racji nie mieliśmy. A dlaczego? A dlatego, że nie ma tak łatwo! Co to by była za frajda, gdyby tajemnica została szybko rozwiązana, a dodatkowo była na tyle łatwa do odgadnięcia, że sami się szybko domyślamy? Żadna!

To naprawdę kawał (dosłownie, bo prawie 500 stron) dobrej książki! Cieszę się, że w końcu udało mi się po nią sięgnąć i na pewno sięgnę po kolejne części, bo nie mogę żyć w niewiedzy co dalej się dzieje z Kate i jakie przygody ją jeszcze czekają.



Ani chwili wytchnienia… znacie to skądś? Ciągle jesteście w biegu, ciągle coś załatwiacie, ciągle ktoś czegoś od Was chce. Jednak nie przeszkadzam Wam to, ponieważ właśnie wtedy czujecie, że żyjecie. Daje Wam to kopa i chce Wam się żyć. A poza tym… nie wyobrażacie sobie, że możecie żyć w inny sposób. Znajome? No to widocznie macie coś wspólnego z Kate Daniels!

Na ulicach Atlanty następują wybuchy magii. Wzmogła się aktywność różnych dziwadeł magicznych. Kate czeka na kolejne wyzwanie i wkrótce je dostaje. W ruinach znajduje małą dziewczynkę – Julie. Julie jest brudna, zaniedbana, głodna i pozostawiona sama sobie, bowiem jej mama zaginęła i nie wiadomo, co się z nią stało. Kate postanawia zająć się dziewczynką i rozwikłać tajemnicę zniknięcia jej matki. Jednak nic nie może być zbyt proste – jej śladem podąża tajemniczy i nieziemsko przystojny Bran – heros z zaświatów, a jest jeszcze Curran – władca zmiennokształtnych.

Po przeczytaniu pierwszej części, wiedziałam, że sięgnę po drugą. Nie było nawet innej opcji. Po przeczytaniu tej, wiem, że sięgnę po następne. Muszę przyznać, że ta seria wybitnie przypadła mi do gustu. Bardzo przyjemnie mi się ją czyta, bardzo szybko i niesamowicie mnie wciąga! Pewnie ma to związek z tym, że jestem uzależniona od magii, ale także z tym, że uwielbiam bohaterki, które walczą, są silne, uparte i bezczelne.

Ciekawą rzeczą jest to, że autorka potrafiła wymyślić nowy wątek i nowe wyzwanie dla Kate, a mimo wszystko zachować pewne powiązania z poprzednią częścią. Teraz mamy tutaj wątek mitologiczny – w całą sprawę zaplątana jest pewna bogini. Ponownie Kate podejmuje się ciężkiego wyzwania, nie zdając sobie sprawy, że wszystko komplikuje się coraz bardziej. Mimo wszystko to mi się w niej podoba – że dąży do celu za wszelką cenę i stawia czoło konsekwencjom. Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to Kate Daniels zostanie jedną z moich ulubionych kobiecych postaci w literaturze współczesnej.

Pomysł oczywiście mi się spodobał, wciągnął mnie i widać, że jest dopracowany i przemyślany. Wszystko stanowi logiczną, dobrą całość, w której nie można się zagubić. Wszystko jest dla nas jasne i klarowne, chociaż tajemnicę rozwiązać jest wcale nie tak łatwo. Z resztą nie tylko nam – Kate też ma pewne problemy. I to jest właśnie dobra rzecz – w niektórych książkach wszystko udaje się bohaterom ot tak, wszystko jest prościutkie  - a tutaj nie. Tutaj są spiski, pojawiają się komplikacje, a dodatkowo mamy zaskakujące zwroty akcji.

W tej części jest też chyba nieco większy nacisk na uczucia Kate i jej poczucie samotności. Nadal jednak nie stanowi to głównego wątku, ale raczej jego dopełnienie, które dodaje pewnej pikanterii całej historii. Bardzo lubię Currana i ciągle mam nadzieję, że między tą dwójką do czegoś dojdzie. Polubiłam także Brana, ale nie jakoś wybitnie. Książkę czyta się naprawdę szybko, poza tym my po prostu wchodzimy w świat, który Ilona Andrews stworzyła i wszystko obserwujemy na własne oczy. Czasem nawet zżywamy się z samą Kate. Tak myślę sobie tylko, że autorka mogłaby trochę więcej magii wprowadzić do jej życia, żeby używała jej częściej, chociaż i tak główna bohaterka w pewnych aspektach pozostaje dla mnie nadal zagadką.

Polecam zdecydowanie zapoznanie się z całą serią, ponieważ jestem przekonana, że mile spędzicie czas czytając tą historię. Mnie się cała historia bardzo podoba, czekam już z niecierpliwością aż w moje ręce wpadnie kolejna część.